Córka podarowała mi „inteligentny zegarek, żebyś była bezpieczna, mamo". Cieszyłam się jak dziecko. Wczoraj zadzwoniła zła: „Dlaczego byłaś wczoraj w aptece aż trzy razy?"
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Stałam na balkonie z konewką w ręku, podlewałam pelargonie, a w słuchawce telefonu głos Agnieszki brzmiał tak ostro, jakby dzwoniła z komisariatu, nie z biura projektowego w centrum Wrocławia.
- Trzy razy, mamo. Trzy. Najpierw o dziewiątej, potem o dwunastej, potem po czwartej. Wszystko widzę w aplikacji.
Odstawiłam konewkę na parapet. Pelargonie kapały na chodnik trzy piętra niżej, ale jakoś nie mogłam się tym przejąć.
- Agnieszka, ja tylko po witaminy poszłam i potem wracałam po parasol, który zostawiłam na ladzie. A trzeci raz to byłam u Krystyny, ona mieszka nad tą apteką, wiesz przecież.
- Zegarek nie rozróżnia pięter, mamo. Pokazuje lokalizację. I częstotliwość. - W jej głosie pojawił się ten ton, który znałam z jej dzieciństwa. Ton małej dziewczynki, która właśnie dowiedziała się, że świat nie działa tak, jak powinna. - Po prostu się martwię.
Rozłączyłam się z „kocham cię, córeczko" i usiadłam w kuchni przy stole. Herbata z cytryną stygła w kubku z napisem „Najlepsza babcia", który wnuczka Hania namalowała w przedszkolu. Patrzyłam na ten zegarek na nadgarstku - czarny, lśniący, z zielonym kółeczkiem na ekranie, który podobno mierzył mi tętno - i czułam coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać.
Mam na imię Bożena, od trzech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści dwa lata przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Krzykach. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu - nie od nas, nie do innej kobiety, tylko po prostu odszedł, tak jak odchodzą ludzie z niewydolnym sercem w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat. Agnieszka jest moją jedyną córką. Mieszka dwadzieścia minut tramwajem ode mnie, ale widujemy się raz, góra dwa razy w miesiącu.
Ten zegarek dostałam na Dzień Matki. Agnieszka przyjechała z Hanią, przywiozły szarlotkę z cukierni i małe pudełeczko w białym papierze.
- To smartwatch, mamo. Mierzy puls, kroki, sen. I ma GPS, więc gdybyś się źle poczuła na spacerze, to ja od razu zobaczę, gdzie jesteś.
Cieszyłam się naprawdę. Nie z powodu technologii - z tego, że córka o mnie myśli. Że kupiła coś drogiego, bo się troszczy. Hania pokazała mi, jak przesuwać palcem po ekraniku, i śmiałyśmy się, kiedy przypadkiem zadzwoniłam do pogotowia ratunkowego. Piękne popołudnie. Jedliśmy szarlotkę, piłyśmy kawę, Hania rysowała koty w moim zeszycie na rachunki.
Pierwsze tygodnie były cudowne. Nosiłam zegarek z dumą, pokazywałam Krystynie z góry i Danucie z parteru. „Patrz, Danusia, dziesięć tysięcy kroków! Córka mówi, że jestem sprawniejsza niż ona!". Czułam się zaopiekowana. Jakby Ryszard wciąż gdzieś przy mnie stał i pilnował, żebym nie zapomniała o lekarstwach.
Potem zaczęły się telefony.
Najpierw niewinne. „Mamo, fajnie, że byłaś na spacerze w parku, ale czemu wróciłaś inną drogą?". Potem coraz dziwniejsze. „Mamo, zegarek pokazał, że o trzeciej w nocy miałaś podwyższone tętno, wszystko w porządku?". Budziłam się rano z wiadomością: „Mamo, słabo spałaś, tylko cztery godziny głębokiego snu. Może idź do lekarza?".
Zaczęłam się zastanawiać, kiedy moja córka w ogóle pracuje, skoro cały czas wpatruje się w aplikację z moimi danymi.
Nie powiedziałam jej tego. Bo jak powiedzieć córce, która się martwi, że jej troska zaczyna dusić? Że czujesz się jak owad pod lupą? Że ta zielona kropka na jej telefonie, która pokazuje, gdzie jestem - to nie jest już opieka, tylko smycz?
Próbowałam rozmawiać delikatnie. „Agnieszka, nie musisz sprawdzać codziennie, naprawdę czuję się dobrze". Odpowiadała: „Mamo, tata też mówił, że czuje się dobrze". I milkłam, bo co można odpowiedzieć na argument z martwym ojcem?
Ryszard rzeczywiście mówił, że czuje się dobrze. Miesiąc przed zawałem grał w brydża z sąsiadem i śmiał się, że jeszcze nas wszystkich przeżyje. Agnieszka miała wtedy dwadzieścia siedem lat i do dziś nie potrafi sobie wybaczyć, że nie zauważyła objawów. Że nie zmusiła go do badań. Że pojechała na weekend do przyjaciółki zamiast zostać z nami.
Rozumiem ją. Naprawdę rozumiem. Ale wczorajsza rozmowa o aptece - to mnie złamało coś w środku.
Bo ja nie byłam w aptece trzy razy z powodu choroby. Byłam po witaminy, wróciłam po parasol i poszłam do Krystyny na kawę - a Agnieszka widziała tylko trzy punkty na mapie i trzy wizyty w miejscu oznaczonym jako „apteka". I zamiast zapytać spokojnie, zadzwoniła oskarżycielskim tonem, jakbym przed nią coś ukrywała. Jakbym była podejrzaną, a nie matką.
Wieczorem siedziałam sama, patrzyłam na zegarek i myślałam o jednej rzeczy. Gdybym go zdjęła - Agnieszka zadzwoniłaby w panice w ciągu godziny. „Mamo, nie widzę cię w aplikacji, co się dzieje?!". A gdybym powiedziała, że nie chcę go nosić - zobaczyłaby w tym dowód, że jestem chora, zdezorientowana, że potrzebuję jeszcze większej kontroli.
Wpadłam w pułapkę, z której nie ma dobrego wyjścia.
Dziś rano zadzwoniła Krystyna z góry. Powiedziałam jej o wszystkim. Słuchała cierpliwie, jak to ona, a potem westchnęła i powiedziała rzecz, która siedzi mi w głowie od godzin.
- Bożenka, ty się nie gniewaj na Agnieszkę. Ona nie ciebie pilnuje. Ona pilnuje siebie. Żeby jej się drugi raz nie zdarzyło to, co z Ryszardem.
Może Krystyna ma rację. Może Agnieszka nie kontroluje mnie, tylko własny strach. Może ten zegarek to nie smycz, ale plaster na ranę, która nigdy się nie zagoiła.
Ale ja mam sześćdziesiąt dwa lata. Chodzę na spacery, gotuję obiady, czytam książki, odwiedzam koleżanki. Żyję. I chcę żyć bez uczucia, że ktoś patrzy mi przez ramię na każdy krok, każde tętno, każdy zakup w aptece.
Jutro Agnieszka przyjeżdża z Hanią na obiad. Ugotuję rosół, ten z koperkiem, jak Agnieszka lubi. Położę na stole szarlotkę. A potem usiądę naprzeciwko córki i powiem jej coś, co odkładam od tygodni.
Nie wiem jeszcze, jakich słów użyję. Może: „Córeczko, kocham cię i wiem, że się boisz. Ale ten zegarek sprawia, że ja też zaczynam się bać - że przestanę być twoją mamą, a stanę się pacjentką". A może po prostu zdejmę go z ręki, położę między nami na stole i zapytam: „Agnieszko, ufasz mi?".
Boję się, że odpowie: „Tata też mówił, że czuje się dobrze".
I wtedy naprawdę nie będę wiedziała, co zrobić. Bo jak wygrać z argumentem, który leży na cmentarzu przy ulicy Ślężnej?
Zegarek na mojej ręce właśnie zawibrował. Wyświetlił się napis: „Twoje tętno jest podwyższone. Czy wszystko w porządku?". Patrzyłam na to pytanie, które zadawała mi maszyna, i pomyślałam, że wolałabym usłyszeć je od córki. Ale od córki - nie od aplikacji.