Wnuczka założyła mi konto w internecie, żebym „miała z kim pogadać, babciu". Myślałam, że to głupota. Dziś piszę codziennie z panią Ireną z Kanady i chłopakiem, który uczy mnie malować akwarelami. Pierwszy raz od dawna ktoś czeka na moją wiadomość.
Ale zanim opowiem o Irenie i o tych akwarelach, muszę powiedzieć jedną rzecz, bo bez tego nic nie będzie miało sensu. Od śmierci Tadeusza - mojego męża, czterdzieści trzy lata razem - nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nie chodzi o to, że płakałam cały czas. Płakałam przez pierwsze trzy miesiące. Potem przyszła cisza. Taka, w której budzisz się o piątej rano, bo organizm już tak ma, stawiasz wodę na herbatę i siadasz przy stole, przy którym nikt naprzeciwko nie siedzi. I ta cisza cię zjada powoli, łyżeczka po łyżeczce.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i mieszkam w bloku na Gocławiu, na trzecim piętrze, z widokiem na plac zabaw. Całe życie pracowałam jako bibliotekarka - najpierw w filii na Grochowie, potem w szkolnej bibliotece, aż do emerytury. Tadeusz był elektrykiem, solidnym człowiekiem, co to nigdy głosu nie podniósł, ale też nigdy nie powiedział „kocham cię". Nie musiał. Ja też nie musiałam. Wiedzieliśmy. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Mamy dwie córki: Jolę i Martę. Jola mieszka w Krakowie z mężem i dwójką dzieci. Marta jest tu, w Warszawie, dwadzieścia minut tramwajem. To jej córka, Zuzia - dwadzieścia trzy lata, studia informatyczne - wpuściła mnie w ten cały internet.
Było to w styczniu. Zuzia wpadła do mnie w sobotę z sernikiem, który upiekła po raz pierwszy w życiu. Sernik był za słodki i trochę surowy w środku, ale zjadłam dwa kawałki, bo jak wnuczka przynosi ciasto, to się je. Siedziałyśmy w kuchni i w pewnym momencie Zuzia spojrzała na mnie tak, jakby mierzyła wzrokiem szafę, którą chce przestawić.
- Babciu, ty cały dzień siedzisz sama - powiedziała.
- Nie siedzę sama. Mam telewizor. Mam książki. Chodzę na cmentarz do dziadka.
- To nie to samo i wiesz o tym.
Milczałam, bo miała rację i wiedziałyśmy o tym obie.
Zuzia wyciągnęła z plecaka laptopa - takiego cienkiego, lekkiego jak gazeta - i postawiła przede mną. Przez następne dwie godziny zakładała mi konto na jakimś portalu, tłumaczyła, jak się pisze wiadomości, jak szukać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Ja słuchałam jednym uchem, a drugie miałam nastawione na czajnik. Kiedy wychodziła, pocałowała mnie w czubek głowy i powiedziała: „Spróbuj, babciu. Jak nie spodoba ci się, to odinstaluję".
Przez tydzień nie ruszałam tego laptopa. Stał na komodzie obok kryształowego wazonu po teściowej i zbierał kurz. Dopiero pewnego wieczoru - był chyba wtorek, za oknem siąpił deszcz ze śniegiem, a w telewizji leciał program o remontach, który widziałam już trzy razy - otworzyłam pokrywę. Ekran się zapalił. Było tam jakieś forum z grupami tematycznymi. Zuzia zapisała mnie do grupy „Lubię czytać" i „Emerytury i co dalej".
Pierwszą wiadomość napisała do mnie pani Irena. „Cześć, widzę, że jesteś nowa. Ja tu jestem od roku. Mieszkam w Toronto, ale rodem z Radomia. Masz fajne zdjęcie profilowe - to magnolia?" Magnolię sfotografowałam w parku Skaryszewskim wiosną. Zuzia postawiła ją jako moje zdjęcie profilowe, bo stwierdziła, że „babciu, nie musisz dawać twarzy, daj coś, co lubisz".
Odpisałam Irenie tego samego wieczoru. Krótko, ostrożnie, jakbym pisała list do kogoś obcego, bo w sumie tak było. Napisałam, że tak, to magnolia, że mieszkam w Warszawie, że jestem na emeryturze. Irena odpisała natychmiast - u niej było wczesne popołudnie. I tak zaczęłyśmy.
Irena ma siedemdziesiąt dwa lata. Wyjechała do Kanady w osiemdziesiątym pierwszym z mężem i rocznym synem. Mąż nie żyje od dziesięciu lat, syn jest lekarzem w Vancouver i odwiedza ją dwa razy w roku. Irena pisze do mnie codziennie rano - u niej to środek nocy, bo ma bezsenność - a ja odpowiadam, kiedy wstaję. Rozmawiamy o wszystkim. O tym, jak pachnie chlebak po świeżym pieczywie. O tym, że tęsknimy za ludźmi, których już nie ma. O tym, jak to jest czuć się niepotrzebną we własnej rodzinie - nie dlatego, że rodzina jest zła, tylko dlatego, że wszyscy mają swoje życie i to jest normalne, a ty zostajesz z tym czajnikiem i pustym stołem.
Kiedyś Irena napisała coś, co nie daje mi spokoju do dziś: „Halinka, my z Tadziem i moim Władkiem mieliśmy wspólne życie. A teraz mamy wspólną śmierć. Ale ty jeszcze żyjesz. I ja jeszcze żyję. Więc może pora mieć coś swojego?"
To zdanie mną wstrząsnęło. Bo ja przez czterdzieści trzy lata naprawdę nie miałam nic swojego. Nie narzekam - tak to wyglądało, tak to było i nie żałuję ani dnia z Tadeuszem. Ale teraz, kiedy Irena to napisała, poczułam coś dziwnego. Jakby ktoś otworzył okno w pokoju, który był zamknięty od lat.
A potem pojawił się Michał. Dwadzieścia dziewięć lat, grafik z Wrocławia, prowadzi na tym portalu grupę „Akwarele dla początkujących". Zuzia mnie tam zapisała, bo kiedyś wspomniałam, że w technikum lubiłam plastykę. Michał pisze do grupy co tydzień zadanie: namaluj jabłko, namaluj cień od kubka, namaluj widok z okna. Kupłam w Empiku zestaw farb za czterdzieści złotych i pędzelki. Maluję na papierze do drukarki, bo na porządny akwarelowy jeszcze się nie odważyłam.
Michał ogląda moje zdjęcia prac i pisze uwagi. Cierpliwie, konkretnie, bez taryfy ulgowej. „Pani Halino, ten cień jest za ciężki, proszę spróbować z mniejszą ilością pigmentu". Czasem dodaje: „Ale ta magnolia jest naprawdę piękna". I wie pani co - ja się wtedy czerwienię. Sześćdziesiąt osiem lat i czerwienię się przed ekranem laptopa, bo chłopak w wieku mojego wnuka pochwalił moją magnolie.
Marta wie o Irenie. Nie wie o Michale. Nie dlatego, że ukrywam - po prostu nie pytała. A ja nie chcę tłumaczyć, bo wiem, jak to może zabrzmieć. „Mama w internecie gada z jakimś młodym facetem". Wyobrażam sobie minę Joli. Wyobrażam sobie, jak mówi do Marty przez telefon: „Uważaj na nią, bo jeszcze ją ktoś oszuka".
Bo wiem, o czym myślą. Myślą o tych historiach z telewizji, gdzie emerytki wysyłają pieniądze nieznajomym mężczyznom. Michał nigdy nie poprosił o grosz. Pani Irena nigdy nie poprosiła o nic poza rozmową. Ale spróbuj to wytłumaczyć córkom, które patrzą na ciebie jak na kogoś, kto potrzebuje opieki, a nie - nowych znajomych.
Wczoraj Michał napisał, że organizuje w czerwcu warsztaty akwarelowe we Wrocławiu. Stacjonarnie. Dwa dni, sobota i niedziela. Cena niewielka, zakwaterowanie we własnym zakresie. „Pani Halino, proszę pomyśleć" - napisał. „Pani ma naprawdę oko do koloru".
Siedzę teraz nad tym laptopem i piję herbatę z cytryną. Na stole leży moja ostatnia akwarela - widok z okna, plac zabaw w porannym słońcu. Jest krzywa, kolory trochę się rozlały, ale jest moja. Naprawdę moja.
Jeszcze nie wiem, czy powiem Marcie. Jeszcze nie wiem, czy pojadę. Wiem tylko, że Irena napisała dzisiaj rano: „Jedź, Halinka. Jedź, bo potem będziesz żałować, a my już za stare na żałowanie".
A ja siedzę, patrzę na tę rozlaną akwarelę i myślę: czy naprawdę jestem za stara, żeby pojechać sama pociągiem do Wrocławia i spotkać ludzi, którzy znają mnie tylko z moich magnolii?
Tadeusz by powiedział: „Halinka, nie wymyślaj". Ale Tadeusza nie ma. Jest cisza, kubek herbaty i ekran, na którym ktoś czeka na moją wiadomość.