W maju lekarz powiedział, że mam zmiany w sercu i muszę ograniczyć wysiłek. Nie powiedziałam o tym nikomu z rodziny. Boję się, że córka usłyszy słowo „ograniczyć" i przestanie przywozić wnuki, a wtedy zostanie mi już tylko cisza.
Recepty schowałam do torebki, a torebkę pod łóżko, między pudło z butami zimowymi a walizkę, z którą ostatni raz jeździłam do sanatorium cztery lata temu. Leki biorę rano, zanim wstanę z łóżka - połykam tabletkę, popijam wodą z butelki trzymanej na szafce nocnej i czekam piętnaście minut, zanim postawię nogi na podłodze. Tak zalecił doktor Wiśniewski. Powiedział jeszcze, żebym nie dźwigała, nie biegała za autobusem i nie denerwowała się. Pokiwałam głową, jakby to było takie proste.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Gocławiu, trzecie piętro bez windy. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu - nie umarł, po prostu odszedł do Teresy z klatki obok, a potem przeprowadzili się gdzieś pod Radom. Nie utrzymujemy kontaktu. Córka Agnieszka ma trzydzieści cztery lata, męża Tomka i dwoje dzieci: Zosię, która skończyła pięć lat, i Jasia, który ma trzy. Mieszkają na Białołęce, czterdzieści minut autobusem. Agnieszka przywozi je do mnie w soboty.
Te soboty to jest wszystko, co mam.
Zosia wchodzi pierwsza, zawsze z hukiem, zawsze z jakimś rysunkiem w ręce. „Babciu, patrz, narysowałam konia!" - a ja patrzę i widzę coś, co wygląda jak fioletowa chmura z nogami, i mówię, że piękniejszego konia w życiu nie widziałam. Jasio wchodzi za nią, wolniej, bo jeszcze nie do końca radzi sobie ze schodami. Podnoszę go na ostatnim stopniu.
Właśnie - podnoszę. Doktor Wiśniewski powiedział, żebym nie dźwigała powyżej pięciu kilogramów. Jasio waży piętnaście.
W czerwcu Agnieszka zaczęła coś podejrzewać. Nie dlatego, że jestem słabsza - jestem słabsza, ale ukrywam to dobrze. Chodzi o to, że odmówiłam wspólnego wyjścia na plac zabaw. Zawsze chodziłyśmy na ten plac przy Meissnera, ja z Jasiem na huśtawce, Agnieszka z Zosią na zjeżdżalni. Tym razem powiedziałam, że wolę zostać w domu, bo bolą mnie nogi.
- Mamo, od kiedy bolą cię nogi? - Agnieszka spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem. Ma taki wzrok po ojcu - uważny, przenikliwy, jakby już wiedziała odpowiedź i tylko sprawdzała, czy skłamię.
- Od zawsze - powiedziałam. - Stawy. Wiek. Normalne.
Nie drążyła. Ale widziałam, jak zerka na mnie, gdy myśli, że nie patrzę.
W lipcu było gorzej. Upały. Serce buntowało się na trzecim piętrze bardziej niż zwykle. Wchodziłam na klatkę schodową z przystankami - piętro, oddech, piętro, oddech, piętro, oddech, drzwi. Sąsiadka z drugiego, pani Krysia, raz zapytała, czy dobrze się czuję. „Świetnie" - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się tak szeroko, że mnie policzki zabolały.
Leki działały. Albo nie działały - trudno powiedzieć, bo nie miałam porównania. Doktor Wiśniewski kazał przyjść na kontrolę we wrześniu. Powiedział, że jeśli się nie poprawi, trzeba będzie rozważyć zabieg. Nie pytałam jaki. Nie chciałam wiedzieć.
Soboty trwały. Robiłam rosół w piątek wieczorem, bo w sobotę rano nie miałam już siły stać przy garnku dwie godziny. Pierogi lepiłam w czwartek, małymi partiami, po dwadzieścia sztuk z przerwą. Sernik piekłam w środę. Cały tydzień pracowałam na jedną sobotę.
Agnieszka wchodziła i mówiła: „Mamo, po co tyle jedzenia, przecież nie musisz". A ja odpowiadałam: „Jak to po co, dzieci muszą jeść". I Zosia jadła pierogi z masłem, a Jasio rosół z makaronem, i w kuchni było głośno i ciepło, i pachniało tak, jak powinno pachnieć w domu, w którym ktoś na kogoś czeka.
Pod koniec sierpnia wydarzyła się rzecz, której się bałam. Wracałam z Biedronki z dwiema reklamówkami - mleko, chleb, jabłka, ser, parę drobiazgów. Na drugim piętrze musiałam usiąść na schodach. Postawiłam torby, oparłam się o ścianę i zamknęłam oczy. Serce waliło tak, jakby chciało się wydostać. Siedziałam może pięć minut, może dziesięć. Usłyszałam kroki - ktoś schodził z góry. Wstałam tak szybko, jak mogłam, złapałam torby i udawałam, że dopiero co weszłam na piętro.
To był Tomek. Zięć. Stał na klatce z kluczem w ręku.
- Dzień dobry, mamo. Agnieszka mnie wysłała, żeby sprawdzić, czy pani... czy u pani wszystko w porządku.
- A czemu miałoby nie być w porządku?
- Bo dzwoniła trzy razy i nie odbierała pani.
Telefon. Zostawiłam go w domu. Ostatnio często zapominam - nie dlatego, że mam problemy z pamięcią, ale dlatego, że nie chcę go nosić. Boję się, że zadzwoni, kiedy będę na tych schodach, dysząca, z ręką na piersi, i że Agnieszka usłyszy w moim głosie to, czego nie chcę jej pokazywać.
Tomek wszedł za mną na górę. Zaparzyłam herbatę. Siedział przy stole w kuchni i patrzył na pudełko tabletek, które zostawiłam na blacie. Zapomniałam schować. Był czwartek, dzień lepionych pierogów, i musiałam wziąć dodatkową dawkę, bo kręciło mi się w głowie.
- Co to za leki, mamo? - zapytał cicho.
- Na ciśnienie - powiedziałam.
Nie skłamałam do końca. Na ciśnienie też biorę. Ale on wziął pudełko do ręki i przeczytał nazwę. Widziałam, jak mu twarz ściąga. Tomek jest elektrykiem, nie lekarzem, ale jego matka miała problemy z sercem. Wiedział, co to za lek.
- Agnieszka wie? - zapytał.
- Nie. I nie musisz jej mówić.
Długo milczał. Dopił herbatę. Potem powiedział coś, co mnie zabolało bardziej niż cokolwiek, co usłyszałam od doktora Wiśniewskiego.
- Mamo, Agnieszka od dwóch tygodni mówi, że może warto ograniczyć soboty u pani. Że za dużo pani gotuje, za bardzo się męczy, że wnuki to duży wysiłek. Mówi, że pani wygląda na zmęczoną i że może lepiej, żebyśmy przyjeżdżali raz na dwa tygodnie.
Raz na dwa tygodnie.
Patrzyłam na Tomka i czułam, jak mi się w środku coś łamie - cicho, bez trzasku, jak gałąź pod mokrym śniegiem. Właśnie dlatego nie powiedziałam. Właśnie tego się bałam. Agnieszka zobaczy zmęczenie i zamiast pomóc - zabierze. Nie ze złości. Z troski. Z tej strasznej, uduszającej troski, która nie pyta, czego potrzebujesz, tylko decyduje za ciebie.
- Powiedz jej - odezwał się Tomek - albo ja powiem. Ale będzie lepiej, jeśli ty.
- Jeśli powiem, to wnuki będę widywać przez szybę na zdjęciach w telefonie.
- A jeśli nie powiesz i coś się stanie przy dzieciach?
Milczałam. Bo miał rację. I nie miał racji jednocześnie. Bo co to znaczy „coś się stanie"? Mogę zemdleć. Mogę się potknąć na tych schodach z Jasiem na rękach. Mogę nie wstać z łóżka w sobotę rano i pierogi będą nieskończone, a rosół zimny. Ale mogę też żyć tak jeszcze rok, dwa, pięć - biorąc tabletki, chodząc powoli, robiąc przerwy - i mieć te soboty. Mieć fioletowego konia na lodówce. Mieć makaron w rosole i krosienka Zosi na dywanie, i Jasia, który mówi „babcia" tak, jakby to było najważniejsze słowo na świecie.
Tomek wyszedł. Powiedział, że da mi tydzień.
Minęły cztery dni. Jest wtorek. Siedzę w kuchni, patrzę na pudełko z lekami, które teraz stoi otwarcie na parapecie. Za oknem kwitnie lipa. Telefon leży przede mną. Mogę zadzwonić do Agnieszki i powiedzieć prawdę. Mogę powiedzieć, że serce nie domaga, ale ręce jeszcze trzymają. Że potrzebuję tych sobót jak powietrza - może nawet bardziej niż tego powietrza, którego mi ostatnio brakuje na trzecim piętrze.
Albo mogę nie zadzwonić i czekać, aż Tomek to zrobi. Wtedy Agnieszka usłyszy to od niego, nie ode mnie, i będzie jej łatwiej podjąć decyzję, której się boję.
Podnoszę telefon. Odkładam. Podnoszę znowu.
Na lodówce wisi fioletowy koń. Patrzę na niego i myślę, że Zosia narysowała go szczęśliwy - z uśmiechem, który wychodzi poza kontur. Chciałabym, żeby w sobotę przyniosła następnego.
Tylko nie wiem, czy zdążę z pierogami.