Wnuczka przychodzi do mnie w środy na obiad i zawsze pomaga zmywać. Wczoraj przy drzwiach zaczęła się wiercić i w końcu wydusiła: „Babciu, mama kazała zapytać, czy dasz na wycieczkę. A jak nie dasz, to mam powiedzieć, że nie pojadę przez ciebie."
Stałam z ręcznikiem kuchennym w dłoni i patrzyłam na nią. Na Olę. Dziewięć lat, kucyk przekrzywiony na bok, plecak zsunięty z jednego ramienia. Oczy wbite w podłogę, jakby to ona powinna się wstydzić. Moje serce zrobiło coś dziwnego - ścisnęło się i jednocześnie zaczęło walić tak głośno, że byłam pewna, że ona to słyszy.
- Iluś, kotku? - zapytałam, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć.
- Trzysta pięćdziesiąt złotych. Na trzy dni. Do Krakowa - wyrecytowała, nadal nie patrząc mi w oczy.
Trzysta pięćdziesiąt złotych. Moja emerytura to dwa tysiące sto czterdzieści osiem złotych. Wiem co do grosza, bo każdego pierwszego siadam z zeszytem i rozpisuję: czynsz, leki na ciśnienie i na tarczycę, rachunki za prąd, gaz. Jedzenie. Na koniec miesiąca zostaje mi trzysta, góra trzysta pięćdziesiąt. Dokładnie tyle, ile kosztuje wycieczka Oli.
Zapytałam ją, czy chce jeszcze herbaty z miodem. Pokręciła głową. Pomogła mi odstawić talerze. A potem zarzuciła plecak na ramiona i powiedziała cicho:
- To co mam powiedzieć mamie?
- Powiedz, że zadzwonię do niej wieczorem.
Ola kiwnęła głową i poszła. Patrzyłam na nią z balkonu, jak przechodzi przez podwórko między blokami na Bielanach, jak kopie kamyk butami, które już zaczynają być za małe. Miała ten sam chód co moja Renata w jej wieku. Trochę na boki, trochę na wyrost, jakby ciało nie nadążało za nogami.
Renata jest moją jedyną córką. Ma czterdzieści dwa lata, pracuje na pół etatu w recepcji przychodni i wychowuje Olę sama, bo Darek, jej były mąż, trzy lata temu wyjechał do Irlandii i od roku nie płaci alimentów. Komornik niby działa, ale na razie z tego działania są tylko pisma, które Renata chowa do szuflady w przedpokoju. Wiem, bo widziałam tę szufladę.
Nie powiem, że się nie dogadujemy. Dogadujemy się. Ale od jakichś dwóch lat mam wrażenie, że Renata mówi do mnie innym tonem. Takim zmęczonym, ale jednocześnie oskarżycielskim. Jakbym była winna temu, że Darek wyjechał, że przychodnia płaci mało, że życie kosztuje coraz więcej. Kiedy raz spróbowałam jej zasugerować, żeby wzięła pełny etat, usłyszałam: „Mamo, ty nie wiesz, jak to jest samej z dzieckiem. Ty miałaś tatę za plecami całe życie".
Miałam. Mój Staszek był elektrykiem w zakładach na Woli, pracował do emerytury, a potem jeszcze pięć lat dorabiał po sąsiadach. Zmarł cztery lata temu. Rozległy zawał, w nocy, bez ostrzeżenia. Rano obudziłam się obok niego i przez chwilę myślałam, że jeszcze śpi. Nie mówię o tym często. Nie potrafię.
Po jego śmierci zostałam z tą emeryturą, z mieszkaniem w bloku na trzecim piętrze bez windy i z uczuciem, że połowa mnie zniknęła razem z nim. Ale miałam Olę. Środowe obiady zaczęły się, kiedy Ola poszła do pierwszej klasy, a Renata potrzebowała kogoś, kto odbierze ją ze szkoły w środy, bo wtedy przychodnia ma dłużej otwarte. Zgodziłam się od razu. To był dla mnie ratunek, nie obowiązek.
Gotuję dla niej rosół albo kluski śląskie, czasem naleśniki z serem. Ola zmywa naczynia, bo sama kiedyś poprosiła - powiedziała, że lubi bawić się pianą. Teraz ma dziewięć lat i piany już nie traktuje jak zabawki, ale dalej zmywa. Rozmawiamy. O szkole, o koleżankach, o psie, którego chciałaby mieć. Jest mi przy niej lżej.
Dlatego to, co powiedziała przy drzwiach, zabolało tak, jakby ktoś wsadził mi szpilkę między żebra.
Nie zabolała kwota. Nie zabolała nawet prośba. Zabolało to zdanie: „A jak nie dasz, to mam powiedzieć, że nie pojadę przez ciebie". Bo to nie były słowa dziewięciolatki. To były słowa Renaty, wypowiedziane ustami mojej wnuczki. I to było coś, czego nie umiałam przełknąć.
Wieczorem zadzwoniłam.
- Renata, słuchaj, Ola mi powiedziała o wycieczce.
- No i co? Dasz czy nie? - głos córki był zmęczony, w tle leciał telewizor.
- Daję. Ale chcę ci powiedzieć, że nie podoba mi się to, jak ją wysłałaś.
Cisza. Potem westchnienie.
- Mamo, nie rób z igły widły. Poprosiłam ją, żeby zapytała.
- Nie poprosiłaś. Powiedziałaś jej, że jak nie dostanie pieniędzy, to nie jedzie przeze mnie. Wyobrażasz sobie, jak się to dziecko czuło, mówiąc mi to?
- A wyobrażasz sobie, jak ja się czuję, kiedy nie mam na wycieczkę własnej córki? - głos Renaty podskoczył o ton wyżej. - Myślisz, że to przyjemne? Myślisz, że ja z radości proszę ciebie o pieniądze? Tata by dał bez gadania.
I to było to. To jedno zdanie, które Renata powtarza jak zaklęcie, kiedy chce mnie uciszyć. Tata by dał. Staszek by dał. I pewnie by dał, bo Staszek nigdy nie umiał odmawiać, ani Renacie, ani nikomu. Ale Staszka nie ma. Jest tylko babcia z emeryturą, którą łatwo wydrążyć do dna.
Przelałam jej następnego dnia trzysta pięćdziesiąt złotych. Przez resztę miesiąca będę jadła makaron z masłem i pierogi z kapustą z zamrażarki, które robiłam jesienią. Dam radę. Nie o to chodzi.
Chodzi o to, że po raz pierwszy w życiu poczułam się jak bankomat. Nie babcia - bankomat. Taki, do którego wysyła się dziecko z wyuczoną formułką, a jak nie wypłaci - to jest winny.
A najbardziej bolało mnie to, że Ola w środę nie zadzwoniła. Nie napisała. Żadnego „dziękuję, babciu". Renata też nie. Pieniądze poszły, sprawa zamknięta. Jakby to był oczywisty obowiązek - babcia płaci, bo na to jest babcia.
Leżałam w nocy i myślałam o Staszku. O tym, czy on też by milczał, czy powiedziałby Renacie to, czego ja nie potrafię powiedzieć. Że kocham ją i kocham Olę tak bardzo, że oddałabym im wszystko. Ale że użycie dziecka jako posłańca z szantażem - to nie jest prośba o pomoc. To jest coś innego. Coś, co niszczy powoli, od środka, jak rdza.
Za dwa dni środa. Ola przyjdzie na obiad. Zrobię jej schabowe z ziemniakami, bo ostatnio mówiła, że w szkole dają za mało mięsa. Będziemy zmywać. I będę musiała zdecydować, czy powiedzieć jej, że ją kocham niezależnie od żadnych wycieczek. Czy powiedzieć Renacie, że następnym razem ma zadzwonić sama, a nie chować się za plecami dziewięciolatki. Czy może po prostu milczeć dalej, bo milczenie jest tańsze niż kłótnia, a ja mam sześćdziesiąt trzy lata i coraz mniej siły na wojnę z własną córką.
Staszek pewnie by powiedział: „Daj spokój, Halinko, nie szukaj problemów". I może miałby rację. A może właśnie dlatego Renata nauczyła się, że od nas można brać bez słowa.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.