Telefon trzymam zawsze naładowany i blisko. Zanim odbiorę, biorę oddech i ćwiczę wesoły głos, żeby córka nie usłyszała, że płakałam. W zeszłym miesiącu ćwiczyłam ten głos trzy razy - bo tyle razy zadzwoniła.

Trzy razy w miesiącu. Kiedyś dzwoniła codziennie. „Mamo, co gotujesz?", „Mamo, Kacper znowu nie chce jeść marchewki", „Mamo, wyobraź sobie, co mi szefowa powiedziała". Znałam każdy dzień jej życia. Teraz znam tylko pogodę we Wrocławiu, bo sprawdzam ją na telefonie jak obca.

Mam na imię Halina, ale to chyba nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że od dwunastu miesięcy moja jedyna córka Agnieszka traktuje mnie jak kogoś, komu wypada złożyć życzenia na święta. I że nie wiem dokładnie dlaczego.

Nie. Nieprawda. Wiem dlaczego. Po prostu nie potrafię się z tym zgodzić.

Zaczęło się od wesela. A właściwie od rozmowy przed weselem, przy stole w mojej kuchni na Bielanach, gdzie Agnieszka siadała od dziecka. Przyszła z Damianem - swoim narzeczonym - i z listą gości. Dwieście osób. Ja zobaczyłam tę listę i powiedziałam jedno zdanie za dużo.

„Agnieszko, a gdzie jest ciocia Jadwiga?"

Damian spojrzał na Agnieszkę. Agnieszka spojrzała w okno. I wtedy zrozumiałam, że ciocia Jadwiga nie jest problemem. Problem jest dużo większy.

Muszę cofnąć się o kilka lat. Jadwiga to moja starsza siostra. Sześć lat różnicy, ale w naszej rodzinie te sześć lat oznaczało, że Jadzia była drugą matką. To ona zaplatała mi warkocze, to ona chodziła na wywiadówki, kiedy mama pracowała na drugiej zmianie w szpitalu. Tata zmarł, kiedy miałam jedenaście lat - wypadek na budowie - i Jadzia przejęła dom. Gotowała, sprzątała, pilnowała, żebym odrobiła lekcje. Nie miała łatwego charakteru, nie. Była ostra, wymagająca, czasem niesprawiedliwa. Ale była.

Kiedy Agnieszka była mała, Jadzia przyjeżdżała do nas co drugi weekend. Przywoziła sernik, bo jej sernik był legendarny - wilgotny, kremowy, z rodzynkami moczonymi w rumie. Agnieszka jadła go łyżeczką prosto z blachy i nazywała ciocię „ciocią serniczką". Jadzia nie miała własnych dzieci. Agnieszka była jej światem.

A potem Agnieszka dorosła. I usłyszała coś, czego nie powinna była usłyszeć - albo czego nie potrafiła właściwie zrozumieć.

Trzy lata temu, na imieninach mojej kuzynki Lucyny, Jadzia po dwóch kieliszkach nalewki powiedziała do kogoś - nie wiem do kogo, nie byłam przy tym - że „Agnieszka to ładna dziewczyna, ale rozumu to dostała po ojcu, czyli niewiele". Miała na myśli mojego byłego męża Andrzeja, z którym rozwiodłam się, kiedy Agnieszka miała szesnaście lat. Andrzej grał w automaty, przepuścił nasze oszczędności i zostawił nas z kredytem na mieszkanie. Jadzia nigdy mu nie wybaczyła. I nigdy nie umiała oddzielić Andrzeja od Agnieszki.

Agnieszka usłyszała. Nie powiedziała nic tego wieczoru. Ale tydzień później przyszła do mnie i oświadczyła, że z ciocią Jadwigą skończyła. Że nie życzy sobie jej na swoim ślubie.

„Mamo, ona mnie od głupiej nazwała przy całej rodzinie."

„Agnieszko, ona nie miała tego na myśli. Znasz ciocię, po nalewce gada głupoty."

„To może niech przestanie pić."

Próbowałam tłumaczyć. Że Jadzia ma siedemdziesiąt lat. Że jest samotna. Że straciła męża dwa lata temu i jedyną radością są dla niej rodzinne spotkania. Że ludzie mówią rzeczy, których nie myślą, i że dojrzałość polega na umiejętności przebaczenia.

Agnieszka słuchała z kamienną twarzą. A potem powiedziała coś, co bolało bardziej niż wszystko inne:

„Mamo, ty zawsze ją bronisz. Całe życie. Ją, nie mnie."

I wyszła.

Na weselu ciocia Jadwiga nie była. Siedziałam przy stole honorowym w nowej sukience, którą kupiłam w galerii na Mokotowie za pieniądze odłożone z emerytury, i uśmiechałam się do wszystkich, a w środku miałam dziurę. Bo przy jednym stole siedziała moja córka w białej sukni - szczęśliwa, piękna, tańcząca z Damianem - a w pustym mieszkaniu na Żoliborzu siedziała moja siostra, która nawet nie wiedziała, że w tym dniu jest wesele. Bo Agnieszka zabroniła mi jej powiedzieć.

I ja posłuchałam. Żeby nie stracić córki.

Straciłam ją i tak.

Po weselu zadzwoniłam do Jadzi. Nie wytrzymałam. Powiedziałam jej o ślubie, przeprosiłam, płakałam w słuchawkę jak dziecko. Jadzia milczała długo, a potem powiedziała tylko: „Halinko, ja się nie gniewam. Na ciebie nigdy".

Ale ktoś - do dzisiaj nie wiem kto - powiedział Agnieszce. Może kuzynka Lucyna, może ktoś inny z rodziny. Telefon od córki przyszedł trzy dni później.

„Powiedziałaś jej?"

„Agnieszko, to moja siostra. Nie mogłam..."

„Mogłaś. I wybrałaś. Jak zawsze."

Od tamtej rozmowy minął rok. Agnieszka dzwoni - ale rzadko, krótko, grzecznie. Pyta, jak zdrowie, czy wzięłam leki, czy nie potrzebuję czegoś z apteki. Nie pyta, co gotuję. Nie opowiada o Kacprze. Na Wigilię przysłała paczkę kurierem - rękawiczki i krem do rąk. Ładne, drogie. Bezosobowe.

Jadzia przychodzi do mnie w niedziele. Przynosi sernik, choć teraz kroi go na mniejsze kawałki, bo trzęsą jej się ręce. Siadamy w kuchni, pijemy herbatę z cytryną, oglądamy teleturniej. Czasem Jadzia pyta: „A Agnieszka?" - i ja odpowiadam: „Dobrze, dobrze, dzwoniła w czwartek". Nie mówię, że rozmowa trwała cztery minuty. Nie mówię, że ćwiczę wesoły głos przed odebraniem telefonu.

Andrzej - ten, który grał w automaty, ten, który zostawił nas z niczym - odezwał się do Agnieszki w zeszłym roku. Po piętnastu latach ciszy. I Agnieszka się z nim spotyka. Chodzi z nim na kawę. Wysłała mi zdjęcie: Kacper na kolanach u dziadka Andrzeja, obaj się śmieją. Pod zdjęciem napisała: „Kacper go uwielbia".

Temu człowiekowi wybaczyła. Jemu, który nas zostawił. A cioci, która powiedziała jedno głupie zdanie po nalewce - nie.

A mnie? Mnie karze za to, że kocham dwie osoby naraz.

Wczoraj wieczorem, układając się do snu, myślałam o tym, czy powinnam zadzwonić pierwsza. Przeprosić jeszcze raz. Powiedzieć: „Masz rację, wybrałam źle, przepraszam, chcę wrócić do tego, co było". Umiałabym to zrobić. Przełknęłabym dumę, bo matka zawsze przełknie.

Ale czy to byłaby prawda? Czy naprawdę wybrałam źle? Jadzia ma siedemdziesiąt jeden lat, chore kolana i nikogo poza mną. Agnieszka ma trzydzieści dwa lata, męża, syna, pracę, całe życie przed sobą. Czy matka nie ma prawa chronić tego, kto jest słabszy?

A może córka ma rację, że przez całe życie byłam bardziej siostrą Jadzi niż jej matką?

Telefon leży na szafce nocnej. Naładowany. Czekam na czwarty telefon w tym miesiącu. Może jutro. A może za tydzień. Wezmę oddech, uśmiechnę się do sufitu i powiem wesołym głosem: „Cześć, córeczko, jak tam u was?".

I żadna z nas nie powie tego, co naprawdę myśli.