Chodzę na grób męża w każdą niedzielę. Rok po pogrzebie zastałam przy nim młodego mężczyznę, który zapalał znicz. Spłoszył się i odszedł, a na wstążce, którą przyniósł, przeczytałam: „Tacie - Michał". Nigdy nie słyszałam o żadnym Michale.
Stałam nad grobem z tą wstążką w ręku i czułam, jak kolana mi miękną. Bordowy atłas, złote litery, starannie zawiązana kokardka na bukiecie białych goździków. Ktoś się postarał. Ktoś, kto nazywał mojego Zbyszka tatą.
Rozejrzałam się po alejce. Mężczyzna był już daleko - widziałam tylko ciemną kurtkę znikającą za bramą cmentarza na Junikowskiej. Wysoki, szczupły, ciemne włosy. Mógł mieć trzydzieści lat, może trochę więcej. Pobiegłabym za nim, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Usiadłam na ławce naprzeciwko grobu i patrzyłam na ten napis, aż litery zaczęły mi się rozmazywać.
Tacie. Michał.
Ze Zbyszkiem przeżyłam trzydzieści osiem lat. Poznaliśmy się w siedemdziesiątym ósmym roku, na zabawie andrzejkowej w domu kultury na Wildzie. Ja byłam fryzjerką, dwadzieścia dwa lata, kręcone włosy i za głośny śmiech. On - elektrykiem z zakładów Cegielskiego, trzy lata starszy, milczący, ale z takim uśmiechem, że kolana miękły. Wzięliśmy ślub po pięciu miesiącach. Moja mama mówiła, że za szybko. Jego mama mówiła, że w sam raz.
Mieliśmy dwóch synów - Piotra i Marcina. Piotr mieszka teraz w Gdańsku, Marcin pod Poznaniem, w Kórniku. Normalna rodzina, normalne życie. Zbyszek pracował, ja prowadziłam salon fryzjerski na parterze naszego bloku, potem drugi na osiedlu Rusa. Niedziele na działce, wakacje nad Bałtykiem albo u mojej siostry pod Kołobrzegiem. Żadnych dramatów, żadnych wielkich kłótni. A przynajmniej tak myślałam.
Zbyszek umarł w maju zeszłego roku. Rak trzustki - od diagnozy do końca minęły cztery miesiące. Ostatnie tygodnie spędził w domu, bo tak chciał. Trzymałam go za rękę do samego końca. I myślałam, że wiem o tym człowieku wszystko.
Wróciłam z cmentarza i zadzwoniłam do Piotra. Odebrał po piątym sygnale, jak zwykle w niedzielę, bo u nich w Gdańsku obiad jest wcześnie.
- Piotrek, powiedz mi - czy tata miał jakiegoś znajomego, kogoś bliskiego, kto miał na imię Michał?
- Michał? Nie kojarzę. Czemu pytasz?
- Tak... znalazłam takie imię w starych papierach.
Nie powiedziałam prawdy. Jeszcze nie. Chciałam najpierw sama zrozumieć.
Wieczorem przeszukałam szufladę Zbyszka w komodzie - tę, której nie ruszałam od pogrzebu. Rachunki za prąd, stare dowody rejestracyjne, gwarancja na wiertarkę z dziewięćdziesiątego piątego roku. Pod spodem, w brązowej kopercie, znalazłam dwa wyciągi z banku. Nie z naszego wspólnego konta, a z jakiegoś, o którym nie miałam pojęcia. Comiesięczne przelewy - po czterysta, potem po sześćset złotych - na konto, którego właścicielki nie znałam. Agnieszka Wieczorek. Przelewy od dwutysięcznego drugiego roku do marca ubiegłego roku. Ostatni - miesiąc przed śmiercią Zbyszka.
Siedziałam na podłodze sypialni z tymi papierami i czułam, jak cały mój świat się przesuwa. Jak meble, które stały latami na swoim miejscu, nagle zaczynają jechać po podłodze. Dwadzieścia lat. Zbyszek przez dwadzieścia lat przelewał pieniądze kobiecie, o której nigdy mi nie powiedział.
Następnego dnia poszłam do banku. Młoda dziewczyna za okienkiem spojrzała na mnie ze współczuciem, kiedy tłumaczyłam, że jestem wdową i potrzebuję informacji o kontach męża. Konto było zamknięte, ale potwierdziła - istniało. Nic więcej mi nie mogła powiedzieć.
Agnieszka Wieczorek. Wpisałam to imię w internet wieczorem, z okularami na nosie i trzęsącymi się palcami. W Poznaniu mieszkały cztery Agnieszki Wieczorek. Wybrałam tę, która wiekiem pasowała do Zbyszka - urodzoną w pięćdziesiątym dziewiątym roku, zamieszkałą na Ratajach.
Dwa tygodnie zbierałam się na odwagę. Chodziłam po mieszkaniu, rozmawiałam ze Zbyszkiem w myślach, pytałam go: dlaczego mi nie powiedziałeś? Co się stało? Kim jest Michał? Ale Zbyszek milczał, tak jak milczał za życia, kiedy czegoś nie chciał mówić. Umiał tak zacisnąć usta, że wiedziałam - nie ma sensu pytać.
W końcu w sobotę rano wsiadłam w tramwaj i pojechałam na Rataje. Blok jak nasz, szary, z balkonami zastawionymi doniczkami. Trzecie piętro. Zadzwoniłam.
Otworzyła mi drobna kobieta o siwych, krótko obciętych włosach. Miała na sobie fartuch kuchenny i pachniała cynamonem - piekła pewnie szarlotkę albo drożdżówki. Patrzyła na mnie pytająco.
- Dzień dobry. Nazywam się Halina Majewska. Byłam żoną Zbigniewa Majewskiego.
Zobaczyłam, jak zbladła. Chwyciła się framugi. Przez chwilę myślałam, że zamknie drzwi, ale nie zamknęła. Cofnęła się o krok i powiedziała cicho:
- Proszę wejść.
Usiadłyśmy w kuchni. Agnieszka nalała mi herbaty, chociaż nie prosiłam. Milczałyśmy. Na lodówce wisiało zdjęcie młodego mężczyzny - tego samego, którego widziałam na cmentarzu. Ciemne włosy, szczupła twarz. I oczy. Oczy Zbyszka.
- Michał ma trzydzieści dwa lata - powiedziała Agnieszka, nie patrząc na mnie. - Urodził się w dziewięćdziesiątym pierwszym. Zbigniew dowiedział się o nim, jak chłopak miał dziesięć lat. Ja wcześniej nie szukałam kontaktu. Radziłam sobie.
- Ale potem przestała pani sobie radzić - powiedziałam. Nie z ironią. Po prostu chciałam zrozumieć.
- Michał zachorował. Potrzebna była operacja, rehabilitacja. Poszłam do Zbigniewa. Nie chciałam rozbijać waszej rodziny. Chciałam tylko, żeby pomógł synowi.
Synowi. Słowo uderzyło mnie jak policzek, chociaż Agnieszka wypowiedziała je łagodnie.
- I pomagał - dodała. - Dwadzieścia lat. Nigdy nie chciał, żebym pani mówiła. Mówił, że to jego sprawa i że pani nie musi cierpieć przez jego błędy.
Wracałam tramwajem i patrzyłam na miasto za oknem. Poznań wyglądał tak samo jak rano - ludzie na przystankach, dzieci na rowerkach, staruszka z siatkami przy Bałtyku. A ja jechałam przez to miasto jak przez obce państwo.
Zbyszek miał syna, o którym mi nie powiedział. Przez dwadzieścia lat odkładał z naszych pieniędzy, żeby go wspierać. Kłamał - albo raczej milczał, co na jedno wychodzi. A jednocześnie - ten chłopak na cmentarzu zapalał znicz i pisał na wstążce „Tacie".
Wieczorem zadzwonił Marcin. Pytał, czy wszystko w porządku, bo Piotrek mu powiedział o moim dziwnym pytaniu. Powiedziałam, że w porządku. Że zmęczona jestem. Że w poniedziałek idę do lekarza po wyniki. Normalny zestaw wymówek.
Ale w nocy nie spałam. Leżałam w naszej sypialni, w naszym łóżku, i myślałam o tym, że Zbyszek sypiał tu obok mnie przez trzydzieści osiem lat, a ja znałam go może w siedemdziesięciu procentach. I czy to dużo? Czy mało? Czy ktokolwiek zna kogokolwiek do końca?
W następną niedzielę poszłam na cmentarz jak zwykle. Położyłam kwiaty, zapaliłam znicz. Goździki od Michała już zwiędły, ale wstążkę zostawiłam. Kiedy wstawałam, zobaczyłam go. Stał kilka grobów dalej, z rękami w kieszeniach. Czekał, aż odejdę.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Miał oczy Zbyszka - to samo spojrzenie, trochę nieśmiałe, trochę przepraszające. Zrobiłam krok w jego stronę. Potem drugi. Nie wiedziałam, co mu powiem. Nie wiedziałam nawet, czy chcę z nim rozmawiać, czy raczej krzyczeć, płakać, albo po prostu odwrócić się i odejść.
Ale nogi same mnie niosły.