Sąsiadka z parteru zmarła we wtorek. W czwartek pod blokiem stały już trzy auta jej dzieci - wynosili meble, mierzyli okna do wymiany. Za życia bywali u niej na Wielkanoc. Od piątku rozdaję koleżankom moje kryształy i serwety - wolę sama wybrać, komu.
Pierwszą do drzwi zapukała Marzena z trzeciego piętra. Stanęła na progu, zobaczyła rozłożone na stole rzeczy i powiedziała tylko: „O Jezu, Bożena, co ty robisz?". Wzięłam kryształowy wazon - ten duży, po mamie, z brzuszkiem jak u baletki - i podałam jej. „Bierzesz?" - zapytałam. Marzena chwyciła go obiema rękami, jakby był z ciepłego ciasta, i zaczęła płakać. A ja pomyślałam: dobrze. Przynajmniej ktoś zapłacze.
Mam sześćdziesiąt trzy lata i od roku mieszkam w tym bloku sama. Wcześniej mieszkałam tu z Tadeuszem, a jeszcze wcześniej z Tadeuszem i dwójką dzieci - Agnieszką i Pawłem. Teraz Tadeusz leży na Bródnie od czterech lat, Agnieszka jest w Gdańsku, a Paweł w Dublinie. Dzwonią w niedziele, czasem w środy. Agnieszka pisze SMS-y z emotkami, których nie rozumiem - żółte buźki z serduszkami zamiast oczu. Paweł wysyła zdjęcia wnuków, których widuję dwa razy do roku, jeśli akurat linie lotnicze mają promocję.
Ale to nie jest opowieść o samotności. Samotność to za duże słowo na moje życie. Mam koleżanki, mam działkę na ROD-ach przy Puławskiej, mam codzienną trasę na zakupy - piekarnia, Biedronka, apteka. W poniedziałki gimnastyka dla seniorów w domu kultury. W środy Marzena przychodzi na kawę. Nie jestem samotna. Jestem sama, a to różnica.
Genowefa z parteru - bo tak miała na imię sąsiadka, Genowefa Stachurska, choć wszyscy mówili na nią pani Gienia - zamieszkała tu chyba ze dwa lata przede mną. Kiedy się z Tadeuszem wprowadzaliśmy w osiemdziesiątym szóstym, ona już miała firanki w oknach i pelargonie na parapecie. Przez trzydzieści osiem lat wymieniłyśmy może tysiąc zdań przy śmietniku, na klatce, na ławce pod blokiem. Nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami - raczej czymś, co nie ma nazwy. Ludźmi, którzy się wzajemnie widzą.
Ona widziała, jak niosę Agnieszkę z porodówki. Ja widziałam, jak odjeżdżał karetka z jej mężem Władkiem, który z niej nie wrócił. Ona słyszała moje awantury z Tadeuszem przez pion wentylacyjny, bo w blokach z wielkiej płyty ściany mają uszy. Ja słyszałam, jak jej syn Marek trzaskał drzwiami, kiedy jeszcze miał siedemnaście lat i problemy z prawem. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. To nie było potrzebne.
A potem umarła. Cicho, we wtorek rano. Lekarz powiedzieli, że prawdopodobnie we śnie. Marzena dowiedziała się pierwsza, bo listonosz zobaczył, że nie wzięła emerytury. We wtorek wieczorem na klatce pachniało jeszcze jej zupą - musiała gotować w poniedziałek. Kapuśniak, powiedziałabym. Gienia zawsze robiła kapuśniak na początku tygodnia.
W środę było cicho. A w czwartek przyjechali.
Trzy samochody. Marek - ten od trzaskania drzwiami, teraz pięćdziesięcioletni łysy mężczyzna w skórzanej kurtce - przyjechał granatowym SUV-em. Córka Ania, którą widziałam ostatnio chyba na pogrzebie Władka, dojechała srebrnym kombi. I jeszcze młodszy, Darek, o którym pani Gienia prawie nie mówiła, bo mieszkał gdzieś pod Opolem i się odciął. Temu samochodu nie zapamiętałam.
Stałam na balkonie i patrzyłam, jak wynoszą meblościankę na kawałki. Widziałam, jak Marek mierzy okna taśmą i zapisuje wymiary w telefonie. Ania pakowała do kartonów rzeczy z kuchni - nie sortowała, po prostu zgarniała do pudła. Kubki, talerze, te porcelanowe filiżanki, z których Gienia piła herbatę z cytryną o trzeciej po południu. Wszystko razem, byle szybko.
„Pewnie mają swoje życia" - pomyślałam najpierw. „Pewnie biorą urlop, nie mogą siedzieć w Warszawie w nieskończoność." Próbowałam ich zrozumieć. Naprawdę próbowałam.
Ale potem zobaczyłam, jak Darek wyrzuca do kontenera na śmieci album ze zdjęciami. Gruby, brązowy, z tłoczonym napisem „Pamiątka". Leżał na stercie starych gazet i zniszczonych kapci. I coś we mnie pękło. Nie głośno. Cicho, jak pęka nitka w swetrze, którą potem ciągniesz i ciągniesz, aż rozleci się cały rękaw.
Zeszłam na dół. Album wyjęłam z kontenera, otrzepałam i zaniosłam do siebie. Na pierwszej stronie było zdjęcie ślubne Gieni i Władka. Ona miała na sobie białą sukienkę z koronkowym kołnierzykiem, on - garnitur wyraźnie za duży w ramionach. Wyglądali na przestraszonych i szczęśliwych jednocześnie. Na następnych stronach - dzieci. Marek w czapce zimowej. Ania na huśtawce. Darek na kolanach u matki, z buzią od czekolady.
Tego wieczoru usiadłam w kuchni i rozejrzałam się po swoim mieszkaniu. Meblościanka po teściowej, którą Tadeusz nie chciał wyrzucić, więc stoi do dziś. Kryształy w witrynie - kupowane latami, na targu staroci, w Cepelii, na wycieczkach do Pragi. Serwety szydełkowane przez mamę. Porcelana z Ćmielowa, komplet na dwanaście osób, używany dwa razy do roku. Album ze zdjęciami - nasz, pełny takich samych przestraszonych i szczęśliwych twarzy.
Pomyślałam: co z tym zrobią Agnieszka i Paweł? Agnieszka ma w Gdańsku minimalistyczne mieszkanie, gdzie na ścianach wiszą trzy obrazki i nic więcej. Paweł w Dublinie ma dom urządzony z IKEA. Żadne z nich nie potrzebuje mojej meblościanki, moich kryształów, moich serwet. Przyjadą, zmierzą okna, wyrzucą album. Może nie do kontenera - może do piwnicy, co na jedno wychodzi.
I wtedy podjęłam decyzję. Nie z żalu. Nie ze złości. Z czegoś, co chyba najbliżej jest pragmatyzmu przemieszanego ze strachem.
W piątek zaczęłam dzwonić. Marzena dostała wazon. Lucyna z ROD-ów - komplet porcelany, bo ma cztery córki i dużo świąt. Krysiowi spod siódemki zaniosłam serwety, bo raz powiedziała, że takie robiła jej babcia, a ona nigdy się nie nauczyła. Halina z gimnastyki przyszła po kryształowe kieliszki - wzięła sześć z dwunastu i powiedziała: „Bożena, daj spokój, jeszcze się z nich napijesz". Nie odpowiedziałam.
Agnieszka zadzwoniła w niedzielę, jak zwykle. Opowiadała o pracy, o Kubie - to mój wnuk, ma osiem lat i gra na pianinie. Nie powiedziałam jej, co robię. Nie pytała. Rozmawiałyśmy jedenaście minut, policzyłam.
„Mamo, a u ciebie co słychać?"
„Nic, córciu. Pogoda ładna. Byłam na działce."
Typowa nasza rozmowa. Ciepła, pusta i gładka jak kamyk z plaży w Jastrzębiej Górze.
Paweł nie zadzwonił. Napisał SMS-a: „Cześć mamo, w tym tygodniu dużo pracy, pogadamy w następnym". Żółta buźka. Serduszko. Serduszko drugie.
W poniedziałek rano poszłam na gimnastykę i po drodze wstąpiłam do kwiaciarki na rogu. Kupiłam chryzantemy. Postawiłam je pod drzwiami mieszkania pani Gieni na parterze. Ktoś już zmienił zamek. Na wycieraczce leżała ulotka firmy remontowej.
Teraz jest środa. Siedzę w kuchni, piję herbatę z cytryną, patrzę na puste miejsce w witrynie po kryształach. Album pani Gieni leży na półce obok mojego. Dwa życia w brązowych okładkach.
Marzena przyszła po kawie i spytała wprost: „Ale czemu ty to robisz? Chcesz im dać nauczkę? Dzieci się wściekną."
Nie chcę dawać nauczki. I nie wiem, czy się wściekną. Może nawet nie zauważą - Agnieszka zapyta, gdzie wazon, a ja powiem, że się stłukł. I będzie spokój.
Ale jest jeszcze jedna myśl, której nie potrafię powiedzieć Marzenie. Że może nie oddaję tych rzeczy, żeby ukarać dzieci. Może oddaję je, żeby sprawdzić, czy ktoś przyjdzie zapytać. Czy komuś to zaboli. Czy w ogóle jest różnica między Genowefą Stachurską a mną - poza tym, że ja jeszcze żyję i mogę wybrać, kto dostanie kryształy.
Album ze zdjęciami zostawiam sobie. Na razie.