Chciałam zabrać wnuka na lody i do parku, jak dawniej. Córka wyjęła kalendarz: poniedziałek angielski, wtorek basen, środa korepetycje, weekend u drugiej babci. „Znajdę ci jakieś okienko za trzy tygodnie, jak coś odwołają." Wpisała mnie ołówkiem.
Ołówkiem. Nie długopisem, nie flamastrem - ołówkiem. Żeby łatwiej wymazać, gdyby coś ważniejszego wypadło. Stałam w przedpokoju córki, z pluszowym słonikiem w reklamówce i biletami na karuzelę w kieszeni, i patrzyłam, jak Agnieszka zamyka ten swój organizer oprawiony w skórę. Kliknęła gumką. Uśmiechnęła się. „Mamo, nie rób takiej miny, to nie koniec świata."
Może nie koniec. Ale coś pękło. Coś, czego nie da się naprawić jednym telefonem.
Mam na imię Krystyna, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa z Wrocławia. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w tej samej firmie budowlanej na Psim Polu, aż zamknęli oddział. Na emeryturę przeszłam dwa lata temu i od pierwszego dnia wiedziałam, że będzie mi brakowało ludzi. Mąż Ryszard, mechanik, umarł osiem lat temu na zawał - nagle, w warsztacie, przy rozkręconym silniku. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem, kwiatami na balkonie i jedną córką, która urodziła mi jedynego wnuka.
Filipek. Sześć lat, piegowaty, z takim samym kręconym czubkiem jak Ryszard. Kiedy był malutki, miałam go u siebie trzy razy w tygodniu. Robiłam mu kanapki z dżemem truskawkowym, ucinane w trójkąty, bo tak lubił. Czytałam mu o Kubusiu Puchatku, aż zasypiał mi na ramieniu z kciukiem w buzi. Znałam każdy jego grymas, każde pieprzenie paluszkami po stole, kiedy się nudził.
Ale Filipek poszedł do zerówki, a potem zaczął się ten grafik. Angielski w poniedziałek, bo „dzieci teraz muszą wcześnie, mamo, inaczej będzie za późno." Basen we wtorek - „pediatra powiedział, że kręgosłup." Środa korepetycje z logopedą, bo „sepleni trochę, lepiej teraz niż potem w szkole." Czwartek robotyka. Piątek - Agnieszka wraca wcześniej z pracy i ma z nim swój czas. Weekendy? Co drugi u drugiej babci, Wandy, matki zięcia Tomka.
„A ja?" - zapytałam kiedyś przy niedzielnym obiedzie. Agnieszka spojrzała na mnie ponad talerzem rosołu. „Mamo, przecież się widzimy."
Widzimy się. Raz na dwa tygodnie, w niedzielę, przy obiedzie, przy którym Filipek siedzi z tabletem, bo „inaczej nie je." Ja podaję zupę, Agnieszka sprawdza maile na telefonie, Tomek ogląda mecz w pokoju. I po godzinie zbierają się, bo Filipek ma jeszcze zajęcia z szachów online.
Dzwoniłam do Filipka we wtorek wieczorem. Odebrała Agnieszka. „Mamo, on jest teraz po basenie, wykończony, jutro wstaje o szóstej. Może w weekend pogadacie?" W weekend nie pogadaliśmy, bo był u Wandy. A potem minął kolejny tydzień.
Wandzie jakoś nikt nie wyznacza okienek. Wanda ma dom z ogrodem pod Oławą, huśtawkę, psa labradory i męża, który robi grilla. U Wandy jest atrakcyjnie. U mnie jest dwupokojowe mieszkanie na trzecim piętrze, klatka schodowa pachnąca starą farbą i lawenda na parapecie. Rozumiem, że Filipkowi fajniej biegać po trawie niż siedzieć u babci Krysi i rysować kredkami.
Ale kiedyś mu to wystarczało. Kiedyś wystarczałam ja.
Próbowałam porozmawiać z Agnieszką na spokojnie. Zaprosiłam ją na kawę, upiekłam sernik - ten, który zawsze lubiła, z rodzynkami i kroplą rumu w cieście. Usiadłyśmy w kuchni, jak dawniej.
„Córciu" - zaczęłam ostrożnie - „czy ty myślisz, że Filipek nie jest za bardzo załadowany tymi zajęciami?"
Agnieszka odłożyła widelczyk. Znałam ten gest. Tak samo odkładała łyżkę w liceum, kiedy mówiłam jej, że za późno wraca.
„Mamo, nie zaczynaj."
„Nie zaczynam. Pytam. On ma sześć lat, a grafik jak dyrektor korporacji."
„Bo tak teraz wygląda dzieciństwo. Nie jak za twoich czasów, kiedy dzieci latały po podwórkach i wracały po zmroku. Świat się zmienił."
„Ale dzieci się nie zmieniły. On potrzebuje się pobawić."
„On się bawi! Na basenie, na robotyce, na zajęciach..."
„Z tobą. Ze mną. Nie z instruktorem."
Agnieszka wstała, odniosła talerz do zlewu. Przez chwilę stała tyłem, patrząc przez okno na parking. Kiedy się odwróciła, miała ten swój wyraz twarzy - zmęczenie zmieszane z irytacją, którą starała się ukryć.
„Mamo, ja się staram, żeby on miał wszystko, czego ja nie miałam."
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż spodziewałam. Bo co takiego ona nie miała? Miała dom, kolację na stole, czyste ubrania, wspólne wakacje nad Bałtykiem, w Łebie, w tym samym ośrodku przez dziesięć lat. Miała ojca, który uczył ją jeździć na rowerze, i matkę, która szyła jej kostium na jasełka do trzeciej w nocy.
Ale widocznie miała też listę braków, o której nie wiedziałam.
„Czego nie miałaś?" - zapytałam cicho.
„Perspektyw" - odpowiedziała po chwili. „Możliwości. Języków. Wyjazdów. Ja się wszystkiego musiałam uczyć sama, po trzydziestce, na kursach wieczorowych, żebyś wiedziała. Filipek nie będzie tego nadrabiał."
Milczałam. Bo może miała rację. A może nie. Nie potrafiłam tego rozstrzygnąć od razu, stojąc w kuchni przy ledwo tkniętym serniku.
Tydzień później zadzwonił Filipek. Sam, z tabletu Agnieszki, pewnie przypadkiem odblokował połączenie. Usłyszałam jego sapanie i trzask klocków.
„Babciu Krysiu?"
„Tak, słoneczko."
„Babciu, a kiedy znowu pójdziemy na te lody? Takie niebieskie, pamiętasz? I będziemy karmić kaczki?"
Musiałam przełknąć coś, co urosło mi w gardle.
„Niedługo, kochanie. Jak mama pozwoli."
„Mama mówi, że jak coś odwołają."
Sześciolatek powtórzył to zdanie tak naturalnie, jakby recytował wiersz ze szkoły. Coś odwołają. I wtedy babcia się zmieści. Między angielskim a basenem, ołówkiem, bo łatwo wymazać.
Następnego dnia poszłam do parku sama. Kupiłam sobie lody - gałkę pistacjową i gałkę truskawkową - i usiadłam na ławce przy stawie, na którym pływały te same kaczki. Obok biegały dzieci. Żadne z nich nie było moje.
Zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Czy postawić sprawę ostrzej. Powiedzieć Agnieszce: nie będę czekać na okienko jak pacjentka w przychodni. Albo odwrotnie - wycofać się, nie naciskać, poczekać, aż Filipek będzie starszy i sam zadzwoni. Albo - a ta myśl bolała najbardziej - zaakceptować, że moje miejsce w jego dzieciństwie jest tam, gdzie wpisała mnie Agnieszka. Ołówkiem. Na marginesie.
Wyrzuciłam niedojedzone lody do kosza. Wracając do domu, minęłam klatkę schodową i poczułam zapach starej farby, który nagle wydał mi się nie tyle znajomy, ile swojski. Na balkonie czekała lawenda i widok na podwórko, puste o tej porze.
Wieczorem napisałam do Agnieszki SMS-a: „Nie musisz szukać okienka. Ja je sobie znajdę sama." Nie odpowiedziała od razu. Pewnie sprawdzała kalendarz.
Pluszowy słonik leży u mnie na kanapie. Czeka. Ja też czekam - ale już nie jestem pewna, na co.