Niedzielne obiady syn „unowocześnił": przywozi pudełka z restauracji - „nikt się nie narobi, mamo". Zjadają w czterdzieści minut, patrząc w telefony, pudełka do kosza i „lecimy". Kiedyś przy obieraniu ziemniaków opowiadało się życie. Pudełek się nie obiera.
W ostatnią niedzielę stałam przy zlewie i patrzyłam, jak Tomek ładuje do kosza trzy styropianowe pojemniki po pad thai. Zamknął klapę, otrzepał ręce i powiedział: „Mamo, my już lecimy, bo Majka ma zajęcia o czwartej." Wnuczka nawet nie podniosła głowy znad tabletu. Synowa Kasia uśmiechnęła się przepraszająco, pocałowała mnie w policzek i po dwóch minutach na klatce schodowej było cicho. Dwadzieścia po drugiej. Cała niedziela jeszcze przede mną. Pusta.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterdziestu mieszkam w tym samym bloku na poznańskim Ratajach. Trzecie piętro, trzy pokoje, kuchnia z oknem na podwórko, gdzie kiedyś rosły kasztanowce. Teraz jest parking. Mąż Andrzej odszedł osiem lat temu - nie umarł, odszedł, do koleżanki z pracy, w pięćdziesiątce mu się zachciało nowego życia.
Zostałam z mieszkaniem, z emeryturą po trzydziestu dwóch latach w księgowości fabryki mebli i z jednym synem, który mieszka piętnaście minut samochodem, a czasem wydaje się, że piętnaście godzin lotu.
Tomek ma trzydzieści osiem lat, dobrą pracę w firmie informatycznej, żonę z dobrej rodziny i córeczkę Maję, która za rok idzie do komunii. Na papierze - wszystko pięknie. Dzwoni co drugi dzień, pyta „jak się czujesz, mamo", a ja mówię „dobrze, synku" i rozłączamy się po trzech minutach. Ale te niedzielne obiady - to był mój ostatni bastion. Jedyna chwila w tygodniu, kiedy mogłam poczuć, że jeszcze komuś jestem potrzebna nie przez telefon.
Przez lata wyglądało to tak: w sobotę wieczorem zaczynałam przygotowania. Rosół stawiałam z prawdziwej kury kupionej na Wildzie od pani Heleny, która hodowała drób na działce ROD. Marchewki i pietruszki kroiłam ręcznie, bo blender robi papkę, a nie włoszczyznę. Na drugie - schabowe albo rolada, do tego ziemniaki, surówka z kapusty, kompot z wiśni. Na deser sernik na zimno albo szarlotka. Tomek przyjeżdżał koło pierwszej, Maja wbiegała do kuchni i krzyczała: „Babciu, co dzisiaj?". Kasia pomagała nakrywać do stołu. Siadaliśmy o wpół do drugiej i jedliśmy dwie godziny. Bo przy obiedzie to nie o jedzenie chodzi.
Przy obieraniu ziemniaków Tomek kiedyś powiedział mi, że Kasia jest w ciąży. Przy krojeniu cebuli do bigosu opowiedziałam mu, jak poznałam jego ojca na zabawie sylwestrowej w siedemdziesiątym ósmym. Przy szarlotce Maja pytała, czy za komunistów naprawdę nie było bananów, i robiła wielkie oczy, kiedy mówiłam, że stałam po pomarańcze cztery godziny. Te rozmowy nie miały początku ani końca, po prostu się toczyły, jak ciasto na stolnicy.
A potem, jakieś pół roku temu, Tomek przyjechał z torbą foliową pełną pudełek. „Mamo, zamówiłem z tej nowej restauracji, wiesz, tej azjatyckiej na Święcickiego. Spróbuj, fantastyczne. I nikt się nie narobi." Pomyślałam, że to raz. Że następnym razem wrócę do kuchni. Ale następnym razem znów przyjechał z pudełkami. I kolejnym. I jeszcze kolejnym.
Za trzecim razem powiedziałam mu: „Synku, ja mogę ugotować. Ja lubię gotować." Machnął ręką. „Mamo, nie masz się tak męczyć. To bez sensu, żebyś pół soboty stała przy garach. Odpoczywaj. Cieszmy się sobą."
Ale my się sobą nie cieszymy. My siedzimy przy stole, każdy z telefonem. Tomek sprawdza maile. Kasia scrolluje coś na Instagramie. Maja ogląda bajki z głośniczka. Ja siedzę nad swoim pad thai, który jest za ostry i trochę za słony, i nie wiem, co powiedzieć, bo nikt nie słucha. Kiedy gotowałam, miałam pretekst, żeby gadać. „Podaj mi sól." „Pokrój ten ogórek." „Pamiętasz, jak twój ojciec wracał z ryb i miał w kieszeni żywą żabę?" Teraz nie mam pretekstu. Pudełka się otwiera, je i zamyka. Nie trzeba prosić o pomoc. Nie trzeba stać obok siebie przy blacie.
W zeszłym tygodniu nie wytrzymałam. W sobotę pojechałam na Wildę, kupiłam kurę, włoszczyznę, mięso na schabowe. Zrobiłam wszystko jak dawniej. Nawet serwetki złożyłam w trójkąty, jak mama mnie uczyła. Rano w niedzielę napisałam Tomkowi: „Synku, nie zamawiaj nic. Ugotowałam."
Odpisał po godzinie: „Mamo, ale ja już zamówiłem :( Nie chcę, żeby się zmarnowało. Zjemy to, co zamówiłem, a twoje następnym razem ok?"
Stałam nad garnkiem rosołu i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie głośno. Bez trzasku. Cicho, jak nitka, która trzymała serwetę na stole. Zlałam rosół do słoików. Schabowe zawinęłam w folię i włożyłam do zamrażarki. Nakrycie ze stołu zebrałam, zanim przyjechali.
Kiedy weszli, stół był pusty. Tomek postawił na nim pudełka, Kasia rozłożyła jednorazowe sztućce. Maja powiedziała: „Babciu, tam jest ryż z kurczakiem, chcesz?" Pokiwałam głową. Zjadłam w ciszy. Czterdzieści minut. Pudełka do kosza. „Lecimy."
Wieczorem zadzwoniła do mnie sąsiadka, Halina z pierwszego piętra. Gadałyśmy o jej cukrzycy, o cenach prądu, o tym, że na klatce znowu nie działa domofon. Pod koniec powiedziałam jej: „Halinko, wiesz co, chyba przestanę gotować niedzielne obiady." Halina milczała chwilę, a potem powiedziała: „Bożenka, jak przestaniesz gotować, to po co oni będą przyjeżdżać?"
Nie odpowiedziałam. Chciałam powiedzieć: „Żeby mnie zobaczyć." Ale sam dźwięk tych słów w mojej głowie brzmiał jak pytanie, na które nie znam odpowiedzi.
Następnego dnia rano wyjęłam z zamrażarki schabowe. Odgrzałam, położyłam na talerzu, usiadłam przy kuchennym stole sama. Zjadłam powoli, z surówką z kapusty i kompotem. Trwało to godzinę. Nie dlatego, że jadłam wolno. Dlatego, że co chwilę odkładałam widelec i patrzyłam na drugie krzesło.
W sobotę rano obudziłam się o szóstej, jak zwykle. Leżałam w łóżku i myślałam, czy iść na Wildę po kurę. Telefon milczał. Za oknem ktoś odpinał rower z barierki. Słońce wchodziło przez zasłonki, które uszyłam dwadzieścia lat temu.
O siódmej wstałam. Wyciągnęłam z szafki garniec. Ten duży, pięciolitrowy, po mamie. Postawiłam go na kuchence. Nie zapaliłam palnika. Stałam i trzymałam rękę na pokrywce, jakby to było czyjeś ramię.
O wpół do ósmej napisałam do Tomka: „Synku, jutro gotuję. Przyjedź godzinę wcześniej. Maja niech mi pomoże obierać ziemniaki."
Nie odpisał od razu. Odłożyłam telefon i zaczęłam kroić marchewkę. Drobno, ręcznie, jak trzeba. Czy on przyjedzie wcześniej? Nie wiem. Czy Maja odłoży tablet i weźmie obieraczką za zimnego kartofelka? Nie wiem tego też.
Ale rosół będzie na stole o wpół do drugiej. To jedyne, co zależy ode mnie.