Córka powiedziała, że nie przyjedzie na Wielkanoc, bo „potrzebuje odpoczynku od rodziny". Na Facebooku wrzuciła zdjęcia ze świąt u teściowej - stół na dwanaście osób.

Zobaczyłam to w Poniedziałek Wielkanocny, rano, kiedy herbata jeszcze parzyła się w kubku. Dwanaście osób przy stole nakrytym białym obrusem, świąteczne stroiki, porcelanowa zastawa, którą nie była moja. Kasia uśmiechnięta, w nowej bluzce, z ręką opartą o ramię Marcina. Podpis: „Cudowne święta w rodzinnym gronie 💛". Palcem powiększyłam zdjęcie. Patrzyłam na twarze ludzi, których nie znałam. Na jajka barwione inaczej niż u nas. Na mazurek, który upiekła inna matka.

Odłożyłam telefon ekranem do dołu i przez chwilę po prostu siedziałam. Z salonu dochodził głos Zbigniewa, który oglądał powtórkę meczu. Na kuchence stygł barszcz biały, którego nikt nie zjadł - ugotowałam go z przyzwyczajenia, na cztery osoby, choć przy stole siedzieliśmy we dwoje.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu ośmiu prowadzę dom na osiedlu przy ulicy Reymonta w Poznaniu. Trzecie piętro w bloku, balkon wychodzący na park. Kasia jest moją jedyną córką. Jedynym dzieckiem, bo syn, Piotruś, zmarł jako niemowlę - trzydzieści pięć lat temu, w lutym, na zapalenie płuc. Potem już nie mogłam mieć dzieci. Kasię wychowywałam tak, jakby była całym moim światem. Bo była.

Zbigniew pracował jako elektryk w zakładach naprawczych, ja byłam księgową w spółdzielni mieszkaniowej. Normalne życie - rachunki, praca, sobotnie zakupy w Lidlu, działka ROD latem, Wigilia we czwórkę, gdy Kasia przywoziła Marcina. Normalne. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Pierwszy sygnał pojawił się dwa lata temu, na Boże Narodzenie. Kasia przyjechała, ale spóźniona, z torbą prezentów, których nie pakowała sama - miały identyczne kokardki, kupione w galerii. Przy stole milczała. Kiedy podałam karp, powiedziała, że od roku nie je ryb. Nie wiedziałam. Zbigniew żartował: „To co, bigos ci nałożyć?", a Kasia uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto nie chce tłumaczyć, dlaczego go to nie bawi.

Potem, w styczniu, zadzwoniłam do niej z pytaniem, czy przyjedzie na moje imieniny. Cisza w słuchawce, a potem: „Mamo, sprawdzę z Marcinem grafik, dobrze?". Nie przyjechała. Przysłała kwiaty kurierem - piękne, drogie, w pudełku z satynową wstążką. Karteczka: „Kochana Mamo, wszystkiego najlepszego. Kasia i Marcin". Pismo drukarki, nie jej ręki.

Próbowałam rozmawiać. Dzwoniłam w środy, bo wiedziałam, że w środy wraca wcześniej z pracy - jest fizjoterapeutką w przychodni we Wrocławiu. Rozmowy były krótkie. Uprzejme. „Jak się czujesz, mamo?" - „Dobrze, a ty?" - „Dobrze" - „To dobrze". I cisza, w której słyszałam, że chce się rozłączyć.

Przed Wielkanocą zebrałam się na odwagę. Zadzwoniłam i powiedziałam wprost: „Kasiu, przyjedziecie? Nałożę barszczu, upiekę mazurek ten z morelami, jak lubisz".

I wtedy usłyszałam to zdanie.

„Mamo, nie przyjedziemy. Potrzebuję odpoczynku od rodziny".

Nie od pracy. Nie od miasta. Od rodziny. Ode mnie.

Odpowiedziałam: „Rozumiem, córeczko". Rozłączyłam się, usiadłam na taborecie w przedpokoju i patrzyłam na swoje ręce. Leżały na kolanach jak dwie niepotrzebne rzeczy. Zbigniew wyszedł z łazienki, zobaczył moją twarz i zapytał: „Co jest?". Powiedziałam: „Nic, Kasia nie przyjedzie". Pokiwał głową. Wrócił do łazienki. Szum wody. Brzęk maszynki do golenia o umywalkę.

Przez całą Wielką Sobotę gotowałam. Barszcz biały z białą kiełbasą. Mazurek z morelami. Sałatka jarzynowa. Jajka farbowałam w cebulowych łupinach, jak moja matka. Zbigniew powiedział: „Po co tyle, będziemy to jeść do przyszłego tygodnia". Nie odpowiedziałam. Gotowanie było jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić, jedynym językiem, jakim umiałam powiedzieć: „Czekam na ciebie, wróć".

Niedziela wielkanocna we dwoje. Stół nakryty na dwa talerze. Świeczka, baranek z cukru, koszyczek ze święconką. Zbigniew pochwalił barszcz. Jedliśmy w ciszy, w której brakowało jednego głosu. Potem poszedł oglądać telewizję, a ja zmywałam naczynia i myślałam o tym, co zrobiłam źle.

Bo musiałam coś zrobić źle, prawda? Matki zawsze robią coś źle.

Wieczorem, leżąc w łóżku, sięgnęłam po telefon. I zobaczyłam te zdjęcia. Stół na dwanaście osób. Kasia wśród obcych mi ludzi, śmiejąca się tak, jak dawno się przy mnie nie śmiała.

Nie napisałam komentarza. Nie dałam serduszka. Zamknęłam Facebooka i patrzyłam w sufit. Zbigniew chrapał obok. Za oknem jeździły samochody - ludzie wracali ze świąt do domów. Zastanawiałam się, ile z tych samochodów wiozło kogoś, kto właśnie postanowił nie odwiedzić matki.

Przez następne dni próbowałam analizować. Czy byłam za blisko? Za daleko? Czy te telefony w środy irytowały ją? Czy moje pytania o dzieci - bo Kasia ma trzydzieści trzy lata i wiem, że to jej sprawa, ale pytałam, oczywiście że pytałam - były tym, od czego chciała „odpocząć"? Czy to uwaga o jej wadze na ostatniej Wigilii? Powiedziałam wtedy: „Kasiu, schudłaś, wszystko w porządku?". Może usłyszała coś innego niż to, co chciałam powiedzieć.

A może to nie o mnie. Może to o Marcina rodzinę, która jest głośna i wesoła, gdzie nikt nie pyta o wagę, nie wspomina zmarłego brata, nie siada w ciszy nad barszczem. Gdzie jest dwanaście osób, a nie dwoje starych ludzi w bloku na trzecim piętrze.

Koleżanka Halina, z którą chodzimy na basen w czwartki, powiedziała mi: „Bożena, zadzwoń do niej i powiedz, że cię zraniła. Masz prawo". Inna koleżanka, Lucyna z parteru, powiedziała: „Daj jej spokój, młodzi tak mają, wróci sama".

Nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego.

Zamiast tego w piątek rano usiadłam przy stole, wzięłam kartkę i zaczęłam pisać list. Długopisem, nie na komputerze. Pisałam o tym, jak farbowałam jajka i myślałam o niej. O tym, że mazurek z morelami czeka w lodówce. Że barszcz wyszedł dobry. Że tęsknię. Nie pisałam o Facebooku. Nie pisałam, że wiem. Nie pytałam dlaczego.

Na końcu dopisałam: „Kasiu, nie musisz odpisywać. Nie musisz przyjeżdżać. Ale wiedz, że nakrycie na Twoim miejscu będzie zawsze".

Zakleiłam kopertę. Napisałam adres. Poszłam na pocztę, tę przy rondzie, gdzie pracuje Wiesława, która zawsze pyta, co u córki. Tym razem nie zapytała - może coś wyczuła. Kupiłam znaczek priorytetowy, chociaż to bez sensu przy liście krajowym, ale chciałam, żeby dotarł szybciej.

Wracałam do domu pieszo, przez park, wśród ludzi spacerujących z dziećmi w wiosennym słońcu. I myślałam o tym, że ten list może nic nie zmienić. Że Kasia może go przeczytać, schować do szuflady i dalej potrzebować odpoczynku ode mnie. Albo może zadzwonić. Albo nie.

Nie wiem, co gorsze - wiedzieć, że córka świętuje bez ciebie, czy udawać, że tego nie widzisz.

Weszłam na trzecie piętro. Zbigniew siedział w fotelu z gazetą. Spojrzał na mnie i powiedział: „Byłaś na spacerze?". Kiwnęłam głową. Zdjęłam kurtkę. Nalałam sobie herbaty do kubka - tego z napisem „Najlepsza Mama", który Kasia kupiła mi dziesięć lat temu na Dzień Matki.

Wypiłam ją do końca, choć była już letnia.