Syn wrócił po rozwodzie „na dwa tygodnie". Minął rok. Zajął pokój wnuczki, lodówkę traktuje jak swoją, a kiedy poprosiłam, żeby szukał mieszkania, powiedział: „Mamo, to przecież mój dom".

Te słowa usłyszałam w niedzielę, przy obiedzie. Nakładałam mu właśnie schabowego - takiego, jakiego lubił od dziecka, z cienką panierką i cytryną - a on powiedział to tak spokojnie, jakby oznajmiał, która jest godzina. Nawet nie podniósł wzroku znad telefonu.

Odstawiłam patelnię na kuchenkę. Ręce mi drżały, ale nie z gniewu. Z czegoś gorszego. Z poczucia, że sama się w to wpakowałam.

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu mieszkam w tym samym bloku na poznańskim Ratajach. Trzecie piętro, trzy pokoje, balkon na wschód. Kiedy mąż Tadek żył, to mieszkanie wydawało się ciasne. Po jego śmierci - pięć lat temu - zrobiło się za duże. Zbyt ciche. Aż do momentu, gdy zadzwonił Grzegorz.

„Mamo, Beata złożyła pozew. Mogę u ciebie przenocować parę dni? Muszę się ogarnąć."

Parę dni. Dwa tygodnie. Tak to wtedy brzmiało. Przyjechał z jedną torbą i twarzą człowieka, który nie spał od tygodnia. Miał czterdzieści lat, a wyglądał na pięćdziesiąt. Postawiłam mu herbatę, pościeliłam łóżko w dawnym pokoju Kasi - mojej wnuczki, córki drugiego syna Wojtka, która zostawała u mnie co drugi weekend. Różowa pościel, pluszowy miś na parapecie, kredki w pudełku po butach.

„Tylko na chwilę, mamo. Zaraz coś znajdę" - powiedział, zamykając drzwi.

Pierwszy miesiąc było nawet miło. Dom znów żył. Grzegorz wstawał rano, wychodził do pracy - jeździł busem dla firmy kurierskiej - wracał wieczorem. Jedliśmy razem kolacje. Opowiadał o trasach, o klientach, czasem o Beacie. Że go nie rozumiała. Że ciągle chciała więcej. Że mieszkanie, które wynajmowali, zostało przy niej, bo sąd tak postanowił na czas procesu. Słuchałam, kiwałam głową, podawałam sernik.

Po dwóch miesiącach przestał wracać na kolację. Zaczął jeść osobno - coś kupionego w drodze, zostawiane kartony na blacie. Lodówkę zapełniał swoimi rzeczami: piwa rzemieślnicze, które podobno „kosztują swoje", gotowe sałatki w plastikowych pudełkach, jakiś ser, którego zapach przesiąkał przez półki. Moja zupa, moje mleko, moje masło - przesuwane na bok. Dosłownie i w przenośni.

Pokój wnuczki zmienił nie do poznania. Zniknął pluszowy miś - „schowałem do szafy, przeszkadzał". Kredki wylądowały w kartonie na balkonie. Na różowej pościeli leżał laptop, kable od ładowarek i popielniczka, choć palił na balkonie - teoretycznie. W rzeczywistości czułam dym, wchodząc do przedpokoju.

Kasia przyjechała na weekend w październiku. Miała dziesięć lat i wielkie oczy, gdy stanęła w drzwiach swojego pokoju.

„Babciu, a gdzie moje rzeczy?"

Grzegorz siedział wtedy w kuchni. Nawet nie wyszedł. Wojtek, młodszy syn, zabrał córkę tego samego wieczoru. Na korytarzu powiedział cicho: „Mamo, porozmawiaj z nim. Albo ja porozmawiam, ale wtedy się pokłócimy."

Nie porozmawiałam. Nie od razu. Bo jak rozmawiać z własnym dzieckiem, które ma problemy? Tadek zawsze mówił: „Rodzina to rodzina, Halina. Drzwi się nie zamyka." A ja całe życie tych drzwi nie zamykałam. Dla nikogo. Dla teściowej, która mieszkała u nas dwa lata przed śmiercią. Dla siostry, która pożyczała pieniądze i nie oddawała. Dla sąsiadki, która zostawiała u mnie klucze, bo „a nuż się zamknę".

Ale Grzegorz nie był sąsiadką. Grzegorz był moim synem. I właśnie to komplikowało wszystko.

W grudniu spróbowałam delikatnie. Przy herbacie, wieczorem, kiedy wydawał się w dobrym humorze.

„Grzesiek, a jak tam sprawa z mieszkaniem? Szukasz czegoś?"

Wzruszył ramionami. „Mamo, widziałaś te ceny? Za kawalerkę w Poznaniu chcą dwa tysiące. Ja zarabiam trzy sześćset na rękę. Jeszcze alimenty na Olę."

Ola - jego córka z pierwszego związku, piętnastoletnia, która nie chciała go znać od dwóch lat. Kolejna historia, kolejne zamknięte drzwi. Wiedziałam, że alimenty płaci, bo widziałam przelewy - zostawiał wyciągi na stole. Wiedziałam też, że na piwo rzemieślnicze i nowe buty sportowe jakoś pieniądze znajdował.

Ale nic nie powiedziałam. Bo matka nie liczy synowi pieniędzy. Prawda?

W styczniu Kasia przestała przyjeżdżać na weekendy. Wojtek tłumaczył, że ma zajęcia, kółka, koleżanki. Ale ja wiedziałam. Dzwoniłam do niej, a ona pytała: „Babciu, a wujek Grzesiek dalej u ciebie mieszka?" I kiedy mówiłam, że tak, milkła na chwilę. „To może ja przyjadę, jak wyjedzie."

Wyjedzie. Dziesięcioletnia dziewczynka czekała, aż dorosły mężczyzna wyjedzie z jej pokoju.

Tamtej nocy nie spałam. Leżałam w ciemności i słuchałam, jak Grzegorz ogląda coś na laptopie - śmiech z głośnika, stłumiony ścianą. Myślałam o Tadku. Co by powiedział? „Rodzina to rodzina"? A może powiedziałby: „Halina, ten chłopak ma czterdzieści lat. Daj mu kopniaka."

Nigdy się nie dowiem. Tadek umiał mówić trudne rzeczy. Ja nie umiałam nigdy.

W lutym zebrałam się na odwagę. Usiadłam naprzeciwko niego w kuchni, wyłączyłam telewizor i powiedziałam: „Grzesiek, musimy porozmawiać. Mieszkasz tu rok. Kasia nie ma gdzie przyjeżdżać. Musisz zacząć szukać czegoś dla siebie."

Patrzył na mnie przez długą chwilę. Potem powiedział to zdanie, które od tamtej pory słyszę, gdy zamykam oczy.

„Mamo, to przecież mój dom."

Mój dom. Nie powiedział „twój dom, w którym mieszkam". Nie powiedział „dom, w którym dorastałem". Powiedział: mój. Jakby te trzydzieści lat, w których płaciłam czynsz, robiłam remonty, myłam okna, sprzątałam po jego ojcu, po jego babce, po nim samym - jakby to wszystko nie istniało.

Wstałam od stołu. Umyłam jego kubek, który stał w zlewie od rana. Wytarłam blat. I wyszłam na balkon, choć było minus dziesięć, i stałam tam pięć minut, bo nie chciałam, żeby widział, że płaczę.

Następnego dnia zadzwoniłam do Wojtka. Powiedziałam mu wszystko. Był wściekły - nie na mnie, na brata. „Mamo, ja z nim porozmawiam." Odpowiedziałam: „Nie. Ja porozmawiam. Ale potrzebuję wiedzieć, że mam prawo."

Prawo. Matka prosi syna o pozwolenie, żeby mieć prawo we własnym domu.

To było trzy tygodnie temu. Od tamtej rozmowy Grzegorz się do mnie prawie nie odzywa. Chodzi po mieszkaniu jak duch, zostawia naczynia w zlewie, wraca późno. Wczoraj wieczorem usłyszałam, jak rozmawia przez telefon na balkonie. Mówił do kogoś: „Stara robi się trudna. Chyba będę musiał coś kombinować."

Stara. Tak powiedział. Może nie usłyszałam dobrze. Może mówił o samochodzie, o busie, o pralce. Mówię sobie, że może się przesłyszałam.

Dziś rano znalazłam na stole ogłoszenie o wynajmie - wydrukowane, z zakreślonym jednym adresem. Nie wiem, czy to Grzegorz je wydrukował. Nie wiem, czy to znak, że szuka. Nie wiem, czy powinnam zapytać, czy udawać, że nie widziałam.

Wiem jedno. W sobotę przyjeżdża Kasia. Powiedziałam Wojtkowi, żeby ją przywiózł. A pokój - ten pokój z różową pościelą i pluszowym misiem - zamierzam odkręcić. Wyciągnąć kredki z kartonu na balkonie. Postawić misia na parapecie.

Tylko nie wiem jeszcze, co powiem Grzegorzowi, gdy wróci z pracy i zobaczy, że jego laptop leży na wycieraczce w przedpokoju. Nie wiem, czy powiem cokolwiek. I nie wiem, czy jak spojrzy na mnie tymi oczami - oczami małego chłopca, który bał się burzy i wchodził do mojego łóżka - czy wtedy nie cofnę się znowu.

Matka to matka. Ale to jest mój dom. I to zdanie - powtarzam je sobie od rana jak modlitwę - muszę wreszcie powiedzieć na głos.