Mąż zmarł w lutym. W kwietniu przyszła kobieta i zostawiła pod drzwiami torbę z jego rzeczami - koszula, zegarek, szczoteczka do zębów. Powiedziała: „Przepraszam, to u mnie zostało".

Stałam w progu i patrzyłam na tę torbę - granatową, sportową, z logo jakiejś siłowni, na którą Ryszard nigdy nie chodził. Kobieta już odwróciła się w stronę schodów. Drobna, jasnowłosa, może czterdzieści lat. Zapach perfum - słodki, intensywny, zupełnie obcy na mojej klatce schodowej.

- Przepraszam - powtórzyła, nie odwracając się. A potem zbiegła na dół i trzasnęły drzwi na parterze.

Podniosłam torbę. Była lekka. Wniosłam ją do przedpokoju i postawiłam na szafce, obok butów Ryszarda, które wciąż tam stały, bo nie potrafiłam ich ruszyć. Usiadłam na taborecie w kuchni i zaczęłam liczyć. Luty, marzec, kwiecień. Dwa miesiące od pogrzebu. Ta kobieta trzymała u siebie jego rzeczy dwa miesiące, zanim się zdecydowała.

Albo potrzebowała dwóch miesięcy, żeby się dowiedzieć, że nie wróci.

Ryszard zmarł na rozległy zawał w hali produkcyjnej. Był elektrykiem w fabryce kabli pod Wrocławiem, pracował tam dwadzieścia sześć lat. Zadzwonili do mnie z dyżurki ochrony o czternastej siedem. Pamiętam tę godzinę, bo właśnie zalewałam herbatę i patrzyłam na zegar nad lodówką. Pomyślałam: jeszcze trzy godziny do końca jego zmiany. A potem usłyszałam: „Pani Krystyno, proszę przyjechać do szpitala".

Mieliśmy trzydzieści cztery lata małżeństwa. Dwoje dorosłych dzieci - Magda w Krakowie, Piotrek w Irlandii. Blok na Kozanowie, trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią. Normalne życie. Ryszard wracał z pracy, jadł obiad, oglądał wiadomości, szedł do garażu grzebać przy swoim starym Passacie. W weekendy czasem jechaliśmy na działkę. Czasem. Ostatnie lata - coraz rzadziej.

Teraz siedziałam z tą torbą i zastanawiałam się, kiedy to się zaczęło. Kiedy Ryszard zaczął być gdzie indziej. Kiedy „zostaję po godzinach" przestało oznaczać nadgodziny. Kiedy te weekendowe wyjazdy do kolegi na ryby stały się coraz dłuższe. Ale nie - nie chciałam myśleć w ten sposób. Jeszcze nie.

Otworzyłam torbę dopiero wieczorem. Koszula w niebieską kratę - Ryszard miał takie trzy, ale ja znałam każdą, i ta nie była żadną z nich. Kupił ją sam? Dostał? Zegarek - ten rozpoznałam. Casio, srebrne, które nosił do pracy. Myślałam, że zginął gdzieś w hali tamtego dnia. A on był u niej. I szczoteczka do zębów. Niebieska, zwykła, z Biedronki pewnie. Ale to właśnie szczoteczka uderzyła mnie najbardziej. Bo szczoteczka do zębów to nie jest coś, co zostawiasz na jedną noc. To jest codzienność. Obecność. Stałe miejsce.

Przez tydzień nikomu nie powiedziałam. Chodziłam do pracy - prowadzę kasę w spółdzielni mieszkaniowej - robiłam zakupy, gotowałam obiady dla siebie samej, jak już się przyzwyczajałam od lutego. Torba stała w szafie w przedpokoju. Zamknięta. Ale ja o niej wiedziałam. Czułam ją jak gorączkę pod skórą.

Zadzwoniłam do Magdy w niedzielę. Nie powiedziałam o torbie. Zapytałam, czy tata kiedyś coś wspominał - kogoś nowego w pracy, jakąś znajomą. Magda zdziwiła się. „Mamo, o czym ty mówisz? Tata nie żyje dwa miesiące, a ty pytasz o jakieś znajome?"

- Nieważne - powiedziałam. - Po prostu sortuję jego rzeczy i znalazłam jakiś numer telefonu.

- Wyrzuć i nie myśl - powiedziała Magda. - Musisz odpuścić, mamo.

Łatwo jej mówić. Ma trzydzieści lat, męża, który wraca o piątej, i dziecko w drodze. Nie wie jeszcze, jak to jest - budzić się obok człowieka i nie wiedzieć, że on jest jednocześnie gdzie indziej. Że jego ciało jest tu, a życie - nie.

W następną środę poszłam do Bożeny. Sąsiadka z pierwszego piętra, znamy się od przeprowadzki. Piłyśmy kawę u niej, bo u niej zawsze herbatniki i czysto. Powiedziałam wprost. Pokazałam zegarek.

Bożena milczała długo. Za długo.

- Wiedziałaś - powiedziałam. To nie było pytanie.

- Krysia, ja nie wiedziałam na pewno. Widziałam go raz z jakąś kobietą. Na przystanku na Grabiszyńskiej. Trzymali się za ręce. Ale myślałam, może siostra, kuzynka...

- Ryszard nie miał sióstr.

- Wiem.

Wróciłam do siebie i wyciągnęłam torbę z szafy. Podeszłam do okna w kuchni. Trzecie piętro. Mogłabym wyrzucić to wszystko - koszulę, zegarek, szczoteczkę. Czyściutko. Nikt by nie wiedział. Dzieci by nie wiedziały. Ryszard byłby tym, kim zawsze - porządnym mężem, dobrym ojcem, pracowitym człowiekiem, który odszedł za wcześnie.

Ale ja bym wiedziała.

Myślałam o niej - o tej kobiecie z klatki schodowej. O tym, że przyszła i przeprosiła. Że oddała. Mogła wyrzucić, spalić, zapomnieć. A ona wzięła torbę, wsiadła pewnie w tramwaj i jechała przez pół miasta, żeby stanąć przede mną i powiedzieć te trzy słowa. Co ją gnało? Poczucie winy? Przyzwoitość? A może potrzeba zamknięcia? Może ona też żałowała i nie miała komu o tym powiedzieć.

Przez kolejne dni przyłapywałam się na dziwnych myślach. Że chciałabym z nią porozmawiać. Nie wykrzyczeć, nie uderzyć, nie oskarżyć. Porozmawiać. Zapytać - jaki on był u niej. Czy też wieczorami milczał przed telewizorem. Czy też zapominał o rocznicach. Czy u niej był inny - lepszy, bardziej obecny. A może taki sam, i ona tak samo spoglądała na jego plecy i myślała: jest tu, ale go nie ma.

Nie szukałam jej. Nie wiedziałam nawet, jak by miała na imię. Ale trzy tygodnie później, w sobotę rano, kupiłam na targu białe tulipany - Ryszard zawsze mi kupował białe tulipany na imieniny - i postawiłam je na stole. Zjadłam śniadanie. A potem wyciągnęłam jego rzeczy z torby i rozłożyłam na blacie. Koszula. Zegarek. Szczoteczka. Patrzyłam na nie jak na dowody w sprawie, której nikt nigdy nie wygra.

Magda dzwoni w każdą niedzielę. Pyta, jak się czuję. Mówię, że lepiej. I to nie jest do końca kłamstwo - bo jest inaczej. Nie lepiej, nie gorzej. Inaczej. Żałoba po mężu zamieniła się w coś, czego nie umiem nazwać. Opłakuję człowieka, którego najwyraźniej nie znałam. A może znałam, ale nie chciałam widzieć.

Wczoraj wieczorem włożyłam zegarek do szuflady w komodzie, tej po jego stronie łóżka. Koszulę wyprałam i złożyłam razem z jego innymi. Szczoteczkę wyrzuciłam do kosza. Nie wiem, dlaczego akurat tak - jedną rzecz wyrzuciłam, dwie zostawiłam. Nie wiem, co to oznacza.

Wiem tylko, że kiedy Magda zapyta mnie kiedyś o ojca, powiem jej prawdę. Albo nie powiem. Jeszcze nie zdecydowałam. Bo prawda jest taka, że Ryszard nie żyje i już się nie wytłumaczy, nie przeprosi, nie wybierze. A ja zostałam z torbą, której nie powinnam była dostać, i z pytaniem, na które nie ma dobrej odpowiedzi - co zrobić z miłością do kogoś, kto kochał kogoś jeszcze.