Zięć zaproponował, że wyremontuje mi łazienkę. Rozebrał kafelki w sobotę. W poniedziałek powiedział, że nie ma czasu i będzie mógł kontynuować najwcześniej w sierpniu. Na dworze był marzec.
Stałam w drzwiach łazienki i patrzyłam na gołe, szare ściany z resztkami kleju po płytkach. Na podłodze leżał gruz, w rogu stała wiadro z brudem i młotek, który Dariusz zostawił jak pamiątkę. Rury wystawały ze ściany jak połamane żebra. Wanna stała na środku, odłączona od odpływu, bezużyteczna. Poczułam zapach starego betonu - taki sam jak w piwnicy mojej babci w Radomiu, gdzie schodziliśmy po kartofle. Tylko że tutaj to nie była piwnica. To była moja jedyna łazienka.
Zadzwoniłam do Basi. Moja córka odebrała po piątym sygnale, jak zwykle.
- Basiu, porozmawiaj z Darkiem. On mi łazienkę zostawił w takim stanie, że ja się umyć nie mam gdzie.
- Mamo, on naprawdę nie ma teraz czasu. Ma nadgodziny i jeszcze ten projekt z garażem u nas. Poczekaj, w sierpniu dokończy.
- Basiu, do sierpnia jest pięć miesięcy. Ja mam sześćdziesiąt dwa lata i chore biodro. Mam się pięć miesięcy myć w miednicy?
- Mamo, nie dramatyzuj. Możesz przyjeżdżać do nas na kąpiel.
Do nich. Na drugi koniec Wrocławia. Dwa autobusy i tramwaj. Z chorym biodrem. Żeby się wykąpać we własnej wannie - znaczy, w ich wannie - i potem wrócić do swojego rozgrzebanego mieszkania. Rozłączyłam się i postawiłam wodę na herbatę. Ręce mi drżały, ale nie od zimna.
Mam na imię Krystyna. Mieszkam w bloku na Kozanowie od trzydziestu ośmiu lat - od kiedy z mężem Andrzejem dostaliśmy to mieszkanie z przydziału. Andrzej umarł jedenaście lat temu. Rak płuc, osiem miesięcy od diagnozy do końca. Został mi ten blok, emerytura z ZUS-u i córka Basia, która wyszła za Dariusza piętnaście lat temu. Dariusz jest elektrykiem. Dobry fachowiec - tak przynajmniej wszyscy mówili.
Z łazienką problem ciągnął się od dawna. Kafelki pękały, fuga czarniała, z jednej rury kapało. Robiłam, co mogłam - uszczelniacz, białe fugi z tubki, ścierka pod rurą. Ale kiedy w lutym odpadł kawał płytki nad wanną i odsłonił mokrą, ciemną plamę na ścianie, wiedziałam, że sama nie dam rady. Zadzwoniłam do firmy remontowej. Wycena: dwanaście tysięcy. Moja emerytura to dwa tysiące sto złotych. Nawet z oszczędnościami nie wystarczało.
Wtedy Dariusz powiedział na obiedzie u Basi te słowa, które zapamiętam do końca życia:
- Mamo, niech pani nie wydaje pieniędzy na jakichś ludzi. Ja to zrobię. Dam radę w dwa weekendy.
Basia się uśmiechnęła z taką dumą. Patrzyła na niego jak na bohatera. Ja się ucieszyłam. Naprawdę się ucieszyłam. Kupiłam nawet sernik na sobotę, kiedy miał przyjechać zacząć robotę. Wybrałam z nim kafelki - białe, proste, takie jak chciałam. Zapłaciłam za materiały dwa tysiące osiemset. Ze swoich oszczędności.
W sobotę przyjechał o dziewiątej. Rozebrał stare kafelki w pięć godzin. Łomotało tak, że sąsiadka z dołu, pani Jadwiga, przyszła zapytać, czy burzę ścianę nośną. Powiedziałam: - Nie, Jadziu, zięć remontuje. - Jadwiga pokiwała głową z taką miną, jakby chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała.
W niedzielę Dariusz nie przyjechał, bo - jak wyjaśniła Basia - był zmęczony po sobotniej robocie i musiał odpocząć. Dobrze, pomyślałam, w poniedziałek po pracy dokończy chociaż przygotowanie ścian. W poniedziałek zadzwonił wieczorem.
- Mamo, nie dam rady teraz ciągnąć. W robocie się zrobiło gorąco, biorę nadgodziny. Najwcześniej w sierpniu wrócę do łazienki.
Powiedziałam: - Dobrze, Darku. Dziękuję. - I odłożyłam telefon.
Przez pierwszy tydzień myślałam, że to chwilowe. Że się ogarnie, że wstyd go ruszy, że Basia mu powie. Ale Basia nie powiedziała. A jak ja próbowałam poruszyć temat, córka się irytowała. - Mamo, on pracuje po dwanaście godzin. Nie naciskaj. On ci to robi za darmo, pamiętasz?
Za darmo. To słowo mnie ukłuło. Bo kafelki opłaciłam ja. Klej opłaciłam ja. Farbę, silikon, listwę - ja. Dariusz przyniósł młotek i wiertarkę. I swoją sobotę. Jedną sobotę.
W kwietniu zaczęłam jeździć do Basi na kąpiel. Dwa razy w tygodniu. Resztę dni radziłam sobie miską w kuchni. Czułam się jak za wojny - babcia opowiadała, jak się myła w balii. Nie sądziłam, że to samo będzie mi dane w dwudziestym pierwszym wieku, w centrum Wrocławia.
Pani Jadwiga z dołu, kiedy się dowiedziała, zaoferowała swoją łazienkę. Korzystałam trzy razy, ale nie mogłam znieść upokorzenia. Jadwiga nic nie mówiła, ale widziałam w jej oczach to, czego sama nie chciałam przyznać - że moja rodzina mnie zawiodła.
W maju zadzwoniłam do Dariusza sama. Pierwszy raz od marca.
- Darku, ja rozumiem, że masz dużo pracy. Ale czy mógłbyś chociaż podłączyć mi wannę, żebym miała ciepłą wodę? Reszta może czekać.
Cisza w słuchawce. Potem: - Mamo, to nie ma sensu podłączać, jak ściana nie jest gotowa. Trzeba całość zrobić naraz.
- To może wynajmę kogoś, kto dokończy?
I wtedy usłyszałam w tle głos Basi: - Mamo, nie rób nam wstydu! Darek powiedział, że zrobi, to zrobi!
Nie rób im wstydu. Ja, stojąca przy kuchennym zlewie z miską ciepłej wody, mam nie robić wstydu im.
Czerwiec. Trzydziesty stopni. Łazienka wyglądała identycznie jak w marcu - gołe ściany, gruz w kącie, rury sterczące z betonu. Kupione kafelki stały w przedpokoju w kartonach, bo nie miałam ich gdzie schować. Przewracałam się o nie w nocy, idąc do toalety. Toaleta przynajmniej działała - jedyne, co Dariusz nie zdążył rozmontować.
W lipcu zadzwoniła do mnie siostrzenica, Marzena z Poznania. Opowiedziałam jej wszystko. Marzena słuchała, a potem powiedziała cicho: - Ciociu, weź fachowca. Zapłać. To twoje pieniądze i twoje zdrowie.
Następnego dnia zadzwoniłam do firmy, tej samej co w lutym. Pan Roman przyjechał, obejrzał, pokręcił głową. - Kto pani to zostawił? - spytał. Nie odpowiedziałam. Wycenił dokończenie na siedem tysięcy. Miałam pięć odłożone na pogrzeb - tak, w moim wieku człowiek ma taką kopertę w szafie. Brakujące dwa tysiące pożyczyła mi Marzena.
Pan Roman z ekipą zrobili wszystko w dziesięć dni. Białe kafelki, nowe fugi, podłączona wanna, zamontowany prysznic. Kiedy pierwszy raz odkręciłam ciepłą wodę i stanęłam pod strumieniem, płakałam jak dziecko. Cztery miesiące. Cztery miesiące mycia się w miednicy, bo nie chciałam robić wstydu.
Basię poinformowałam SMSem: „Łazienka gotowa. Zrobił fachowiec." Oddzwoniła w ciągu minuty.
- Mamo, jak mogłaś?! Darek się obrazi! On ci obiecał!
- Basiu - powiedziałam i sama nie poznałam swojego głosu, tak był spokojny - Darek mi obiecał w marcu. Jest koniec lipca. Ja się myłam w misce.
- To mogłaś powiedzieć, że ci tak zależy!
Odłożyłam telefon. Usiadłam w kuchni. Herbata z cytryną stygła na stole. Przez okno widziałam lipę na podwórku, już przekwitającą, i ławkę, na której sąsiadki plotkowały po południu. Normalne życie. Tyle że coś między mną a Basią pękło - nie jak kafelek, gwałtownie i z trzaskiem. Raczej jak fuga, powoli, milimetr po milimetrze, aż w szczelinie zaczyna rosnąć coś ciemnego.
Dariusz nie zadzwonił. Ani wtedy, ani później. Basia pisała krótkie SMS-y - „Hej mamo", „Wszystko ok?", „Przyjedziesz na imieniny Zuzi?" - jakby nic się nie stało. A ja za każdym razem, wchodząc do tej pięknej, białej łazienki, myślałam o kopercie, której już nie ma w szafie. O pieniądzach na pogrzeb, których użyłam, żeby się umyć we własnym domu.
Na imieniny wnuczki pojechałam. Dariusz siedział przy stole, jedł sernik i opowiadał sąsiadowi o swoim garażu, który właśnie skończył remontować. Podobno wyszedł mu świetnie.