Brat przekonał mamę, żeby przepisała mu mieszkanie w zamian za dożywotnią opiekę. Na początku rzeczywiście był u niej codziennie. Po roku zaczął wpadać raz w tygodniu. Potem już tylko raz w miesiącu.
Dowiedziałam się o tym wszystkim przypadkiem, bo mama nigdy by mi nie powiedziała. Zadzwoniła sąsiadka z parteru, pani Hania, której numer miałam zapisany od lat „na wszelki wypadek". Powiedziała krótko: „Dorota, twoja mama leżała wczoraj na podłodze w łazience prawie trzy godziny, zanim zapukałam i otworzyła mi na kolanach. Marek nie odbierał telefonu. Pomyślałam, że powinnaś wiedzieć".
Stałam wtedy w swoim mieszkaniu we Wrocławiu, trzysta kilometrów od mamy, i poczułam, jak nogi mi miękną. Chwyciłam się blatu kuchennego. Rosół, który gotowałam dla Kasi wracającej z uczelni, bulgotał na kuchence, ale ja już nie byłam w stanie myśleć o obiedzie.
Muszę się cofnąć, żeby ktokolwiek zrozumiał, jak do tego doszło. Mama - Halina, siedemdziesiąt osiem lat - mieszkała sama w trzypokojowym mieszkaniu na Bielanach w Warszawie, w bloku z wielkiej płyty, na trzecim piętrze bez windy. Tata, Stanisław, zmarł osiem lat temu na zawał. Mieszkanie było ich wspólne, po śmierci taty przeszło w całości na mamę. Nas jest dwoje: ja - Dorota, pięćdziesiąt sześć lat, księgowa, dwadzieścia lat we Wrocławiu - i Marek, młodszy o cztery lata, elektryk z własną firmą pod Warszawą.
Marek zawsze był mamie bliższy. Nie mówię tego z zazdrością, to po prostu fakt. Mieszkał dwadzieścia minut autem od jej bloku. Ja odwiedziłam mamę co dwa-trzy miesiące, dzwoniłam co tydzień. Marek wpadał częściej, naprawiał kontakty, przywoził zakupy. Mama powtarzała: „Marek to złoty chłopak". I rzeczywiście - tak wtedy wyglądało.
Dwa lata temu, latem, mama zadzwoniła do mnie i powiedziała coś, co wydawało mi się dziwne, ale nie wzbudziło alarmu. „Dorota, Marek mnie namówił, żebym mu przepisała mieszkanie. Ale spokojnie, on się mną zajmie, podpisaliśmy taką umowę u notariusza, z dożywociem. Wszystko legalnie. On mówi, że tak będzie lepiej, bo jak coś się stanie, to nie będzie problemów ze spadkiem".
Zaczęłam zadawać pytania, ale mama ucięła: „Nie rób scen, dziecko. Marek wie, co robi. On się mną opiekuje, nie ty". To bolało, ale miała rację - nie ja byłam tą, która przyjeżdżała naprawić cieknący kran o dziesiątej wieczorem.
Przez kilka pierwszych miesięcy nic się nie zmieniło. Mama brzmiała zadowolona. Marek przywoził jej obiad, zawoził do lekarza, sprzątał. Kiedy dzwoniłam, słyszałam w tle jego głos: „Mamo, herbatę z cytryną czy bez?". Myślałam sobie: dobrze. Może przesadzam.
Potem, gdzieś koło marca tamtego roku, zauważyłam, że mama zaczęła mówić „Marek był we wtorek" zamiast „Marek był dzisiaj". Nie skomentowałam. W maju to było już: „Marek wpadł w niedzielę, przywiózł mi trochę wędliny z Lidla". Jedna wizyta w tygodniu. W lipcu pytałam: „Mamo, kiedy Marek ostatnio był?". Cisza. „Chyba… z dwa tygodnie temu? Ale dzwonił, dzwonił na pewno".
Nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do Marka. Odebrał po piątym sygnale, wyraźnie poirytowany.
- Dorota, ja mam firmę, mam robotników, mam zlecenia, nie mogę siedzieć u mamy non stop.
- Marek, podpisałeś umowę dożywocia. To nie jest przysługa, to obowiązek prawny.
- Nie ucz mnie prawa. Mama sobie radzi. Ma panią Hanię na dole, ma telefon. Jak coś będzie potrzebować, to zadzwoni.
- Ona ma siedemdziesiąt osiem lat i problemy z kolanami. Nie zejdzie po schodach sama.
- To może się przeprowadź do Warszawy, jak ci tak zależy.
Rozłączył się. Siedziałam z telefonem w ręku i czułam, jak we mnie narasta coś, czego nie potrafiłam nazwać. Złość? Bezsilność? Poczucie winy, że pozwoliłam na to wszystko?
Po telefonie od pani Hani pojechałam do Warszawy tego samego dnia. Wzięłam urlop na żywioł, nawet nie uprzedzając szefowej dlaczego. W pociągu przez trzy godziny gapiłam się w okno i myślałam o tym, jak mama wyglądała ostatnim razem, gdy ją odwiedzałam - w styczniu, na jej imieninach. Schudła. Lodówka była prawie pusta. Na komodzie leżał tygodniowy rozkład - poniedziałek, wtorek, środa - z pustymi kratkami. Zapytałam, co to jest. „A, nic, to sobie zapisuję, kiedy ktoś do mnie przychodzi" - powiedziała i szybko schowała kartkę do szuflady.
Teraz, jadąc pociągiem, zrozumiałam. Mama liczyła. Liczyła dni, kiedy Marek się pojawi. I te kratki były puste.
Zastałam ją siedzącą w fotelu przy telewizorze, z kocem na kolanach, choć był ciepły maj. Mieszkanie pachniało zamknięciem - stęchłym powietrzem i starą herbatą. Na kuchence stał pusty czajnik. W lodówce znalazłam dwa jajka, margarynę i otwarty słoik ogórków. Mama uśmiechnęła się, kiedy mnie zobaczyła, i powiedziała: „O, Dorotka. A to miło. Zrobisz mi herbatę?".
Nie płakałam. Jeszcze nie. Poszłam do sklepu, kupiłam wszystko, co było potrzebne. Ugotowałam zupę, posprzątałam łazienkę, wyprałam pościel. Mama siedziała i patrzyła na mnie, jakby nie wierzyła, że ktoś to robi.
Wieczorem zadzwoniłam do Marka jeszcze raz. Tym razem spokojnie, chociaż spokój kosztował mnie wszystko.
- Marek, byłam u mamy. Wiesz, jak ona żyje?
- Dorota, nie dramatyzuj…
- Mama nie ma co jeść. Upadła w łazience i leżała na podłodze trzy godziny. Trzy godziny, Marek.
Cisza. Długa. Potem:
- Przyjadę w weekend.
- Nie chodzi o weekend. Chodzi o to, że wziąłeś jej jedyny majątek w zamian za obietnicę. I teraz ta obietnica jest pusta.
- Co ty chcesz? Żebym ci mieszkanie oddał? O to ci chodzi?
Nie odpowiedziałam. Bo nie o to mi chodziło. A może trochę tak? Sama nie wiem. Może chodziło mi o sprawiedliwość, a może o to, że czułam się winna, bo to ja wyjechałam, ja byłam daleko, i to Marek miał prawo powiedzieć: „Ja tu jestem". Tyle że teraz jego już nie było.
Następnego dnia poszłam do prawnika. Dowiedziałam się, że umowa dożywocia to poważna sprawa - jeśli Marek nie wywiązuje się z obowiązków, mama może żądać rozwiązania umowy przez sąd. Ale mama musiałaby chcieć. A mama nie chciała.
- Nie będę ciągać syna po sądach - powiedziała, kiedy wieczorem przy zupie pomidorowej delikatnie poruszyłam temat. - On jest zmęczony, ma dużo pracy. Przyjdzie, jak będzie mógł.
- Mamo, on ci obiecał opiekę.
- A ty mi obiecałaś, że nie wyjedziesz z Warszawy. I co?
Zamurowało mnie. Mama nigdy wcześniej tego nie powiedziała. Nie tak wprost. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie i między nami leżało dwadzieścia lat niedomówień, urodzin, na które nie przyjechałam, Wigilii skróconych do dwóch dni, telefonów zamiast obecności.
Wróciłam do Wrocławia po tygodniu. Zanim wyjechałam, zrobiłam mamie zapas jedzenia, zostawiłam pieniądze, umówiłam panią z MOPS na wizyty dwa razy w tygodniu. Zadzwoniłam do Marka i powiedziałam mu, że jeśli w ciągu miesiąca nie wróci do regularnych wizyt, złożę wniosek w imieniu mamy do sądu o rozwiązanie umowy dożywocia. Powiedziałam to spokojnie, jak się mówi do kontrahenta w biurze, kiedy nie wpłacił faktury.
Marek odparł: „Rób, co chcesz".
Minął miesiąc. Mama mówi, że Marek był dwa razy. Pani Hania mówi, że raz, i to na piętnaście minut. Mam na biurku numer kancelarii prawnej i kartkę z wypisanymi przepisami. Patrzę na nią każdego wieczoru.
A potem dzwonię do mamy i słyszę: „Dorotka, nie rób mu tego. On jest moim synem. Oboje jesteście".
I odkładam słuchawkę, i nie wiem, co jest gorsze - że Marek złamał obietnicę, czy że ja zbyt długo udawałam, że mnie to nie dotyczy.