Mąż odszedł w marcu. Dwa miesiące później bank przysłał pismo o kredycie, o którym nic nie wiedziałam. A potem zadzwoniła kobieta i powiedziała, że te pieniądze były dla niej.

Kopertę znalazłam w skrzynce w piątek po południu, między rachunkiem za gaz a ulotką pizzerii. Zwykła koperta z logo banku, zaadresowana do Ryszarda Molendy. Otworzyłam ją odruchowo, bo przez trzydzieści dwa lata małżeństwa otwierałam wszystkie listy, które przychodziły do naszego mieszkania na Gocławiu. Dopiero kiedy zobaczyłam kwotę - osiemdziesiąt siedem tysięcy złotych - musiałam usiąść. Nogi po prostu odmówiły posłuszeństwa.

Ryszard umarł dwunastego marca. Rozległy zawał na budowie, gdzie nadzorował ekipę remontową. Zadzwonili do mnie z pogotowia o trzeciej po południu, a o piątej byłam już wdową. Trzydzieści dwa lata - i jedno popołudnie wystarczyło, żeby wszystko się skończyło. Na pogrzebie córka Magda trzymała mnie pod rękę, syn Paweł stał z kamienną twarzą, a ja myślałam o tym, że Ryszard nie dokończył stawiania pergoli na działce. Takie głupie, niepasujące myśli człowiek ma w takich chwilach.

Nazywam się Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i od dwudziestu sześciu pracuję jako księgowa w hurtowni materiałów budowlanych na Pradze. Liczby to moja codzienność. Bilanse, faktury, kolumny cyfr - w tym świecie czuję się pewnie. Dlatego kiedy zobaczyłam to pismo z banku, pierwsza myśl była zawodowa: skąd kredyt na osiemdziesiąt siedem tysięcy, skoro nic takiego nie przechodziło przez nasze wspólne konto?

Sprawdziłam. Raz, drugi, trzeci. Kredyt był wzięty na Ryszarda, ale nie na nasze wspólne konto. Na jakieś inne, o którym nie miałam pojęcia. Rata - tysiąc czterysta dwadzieścia złotych miesięcznie. Termin spłaty - kolejne cztery lata. A jako żona, jako spadkobierca, jako osoba, która właśnie zaczęła się uczyć żyć na jednej pensji i wdowiej rencie - byłam w to wplątana po uszy.

Następnego dnia pojechałam do banku. Pani za okienkiem, młoda, może trzydziestoletnia, patrzyła na mnie ze współczuciem, ale niewiele mogła powiedzieć. Kredyt gotówkowy, udzielony w październiku ubiegłego roku. Cel - dowolny. Ubezpieczenie - nie, Ryszard zrezygnował. Pani podsunęła mi numer do działu spadkowego. Wróciłam do domu z plikiem dokumentów i pustką w głowie.

Zadzwoniłam do Magdy wieczorem. Córka mieszka we Wrocławiu z mężem i dwójką dzieci, przyjeżdża raz w miesiącu.

- Mamo, to musi być jakaś pomyłka - powiedziała. - Tata nie miałby tajemnic.

- Magda, to nie jest pomyłka. Mam dokumenty z banku.

- To może na jakiś remont? Na działkę? Może chciał ci zrobić niespodziankę?

Chciałam w to uwierzyć. Pergola na działce, nowe okna, może nawet ten wymarzony wyjazd do Grecji, o którym Ryszard mówił od lat, ale nigdy nie potrafił się zdecydować. Osiemdziesiąt siedem tysięcy - z tego by starczyło na wszystko naraz.

Ale pieniędzy nigdzie nie było. Ani na naszym koncie, ani w domu, ani na żadnej lokacie. Paweł, syn, informatyk z Poznania, pomógł mi zdalnie sprawdzić, co się dało. Nic. Jakby te pieniądze wyparowały.

Telefon zadzwonił w środę, tydzień po odkryciu listu z banku. Numer nieznany. Odebrałam, bo od śmierci Ryszarda odbierałam wszystko - ciągle dzwonili ludzie z kondolencjami, z ZUS-u, z urzędów.

- Dzień dobry, czy rozmawiam z żoną Ryszarda Molendy? - Głos kobiecy, spokojny, ale napięty. Jakby się bała.

- Tak, słucham.

- Nazywam się Lucyna. Lucyna Jabłońska. Pani pewnie mnie nie zna. Ja… muszę panią przeprosić. I muszę pani coś powiedzieć.

Usiadłam na taborecie w przedpokoju. Ten sam taboret, na którym Ryszard wiązał buty, wychodząc rano do pracy.

- Słucham panią.

- Ten kredyt, który Ryszard wziął… te pieniądze były dla mnie.

Cisza. Słyszałam, jak za oknem jedzie tramwaj, jak sąsiadka z góry odkurza, jak tyka zegar w kuchni. Całe te odgłosy zwykłego popołudnia, w którym nic nie powinno się wydarzyć.

- Dla pani - powtórzyłam.

- Nie jestem… nie byłam jego kochanką. Proszę, niech pani wysłucha. Ryszard i mój mąż, Tadeusz, pracowali razem piętnaście lat temu. Tadeusz jest po wypadku, na wózku od sześciu lat. Potrzebowaliśmy pieniędzy na operację w Czechach. NFZ odmówił. Nie mieliśmy zdolności kredytowej, bo ja pracuję na pół etatu jako sprzedawczyni, a Tadeusz jest na rencie. Ryszard powiedział, że weźmie kredyt i nam pożyczy. Że mu oddamy, kiedy będziemy mogli.

Zacisnęłam palce na krawędzi taboretu.

- I pani wzięła osiemdziesiąt siedem tysięcy od mojego męża.

- Tak. I Tadeusz miał operację. Teraz chodzi o kulach. Wróciłam na pełny etat. Zaczęliśmy oddawać - dwa tysiące przesłałam w grudniu, dwa w styczniu, półtora w lutym. A potem… potem Ryszard…

Głos jej się załamał. Ja milczałam. Nie wiedziałam, co czuję. Złość? Na Ryszarda, że nie powiedział? Na tę kobietę, że wzięła? Ulgę, że to nie kochanka? A może coś innego - coś, czego nie umiałam jeszcze nazwać?

- Pani Bożeno, ja wiem, że bank będzie chciał spłaty od pani. Ja chcę oddać te pieniądze. Ale nie jestem w stanie spłacić wszystkiego naraz. Mogę dalej po dwa tysiące miesięcznie. Mogę podpisać cokolwiek. Ja nie chcę, żeby pani za to płaciła.

Rozłączyłam się. Nie z wściekłości - po prostu nie mogłam dłużej rozmawiać. Usiadłam w kuchni z herbatą i patrzyłam na pergolę za oknem działki na zdjęciu przypiętym do lodówki. Ryszard, uśmiechnięty, z wiertarką w ręku. Lato sprzed dwóch lat.

Zadzwoniłam do Magdy. Opowiedziałam wszystko.

- Tata był za dobry - powiedziała córka cicho. - Zawsze tak miał. Pamiętasz, jak oddał panu Zbyszkowi z parteru trzy tysiące na naprawę samochodu i nigdy tego nie odzyskał?

Pamiętałam. Pokłóciliśmy się wtedy na tydzień. Ryszard powiedział: „Bożena, człowiek potrzebuje pomocy. Co ja miałem zrobić?". A ja powiedziałam: „Mogłeś mi powiedzieć". I on odpowiedział: „Bo byś się nie zgodziła".

Miał rację. Nie zgodziłabym się.

Paweł zareagował inaczej. Zadzwonił wieczorem, zdenerwowany.

- Mamo, to jest niedorzeczne. Osiemdziesiąt siedem tysięcy bez twojej wiedzy? To nie jest dobroć, to jest nieodpowiedzialność. Sprawdź tę kobietę. Może kłamie. Może to był przekręt.

Przez następne dni żyłam jakby w dwóch światach. W jednym - chodziłam do pracy, robiłam bilanse, jadłam obiady w stołówce. W drugim - szukałam śladów. Przejrzałam telefon Ryszarda, który leżał w szufladzie od marca. Znalazłam SMS-y od Lucyny Jabłońskiej. Krótkie, rzeczowe. „Ryszardzie, przesłałam dwa tysiące". „Tadeusz dziękuje. Już wchodzi po schodach sam". „Niech Bóg panu wynagrodzi". Żadnej dwuznaczności, żadnej czułości. Tylko wdzięczność, która aż kłuła w oczy.

Znalazłam też jedno zdjęcie. Ryszard z jakimś mężczyzną o kulach, na tle warsztatu samochodowego. Obaj uśmiechnięci. Na odwrocie - nic, ale data w telefonie mówiła: styczeń tego roku. Dwa miesiące przed śmiercią.

Tydzień później Lucyna napisała do mnie SMS-a. Krótki: „Pani Bożeno, prześlę kolejną ratę na konto, które poda mi pani lub bank. Przepraszam za wszystko".

Siedziałam z tym telefonem w dłoni i myślałam o Ryszardzie. O mężczyźnie, z którym żyłam trzydzieści dwa lata i który potrafił wziąć kredyt na osiemdziesiąt siedem tysięcy złotych za moimi plecami, bo wiedział, że nie pozwolę. Który pomagał, jak umiał - po cichu, po swojemu, nie pytając. Który kochał mnie na tyle, żeby mnie przed tym chronić, ale nie na tyle, żeby mi zaufać.

A może to ja nie dawałam mu powodu, żeby zaufał? Może przez te wszystkie lata, kiedy pilnowałam każdej złotówki, kiedy kłóciłam się o pożyczkę dla pana Zbyszka, kiedy powtarzałam „nie stać nas" - może przez to Ryszard nauczył się pomagać w ukryciu?

Nie odpisałam Lucynie. Jeszcze nie. Leży przede mną pismo z banku, harmonogram spłat i numer telefonu kobiety, która twierdzi, że chce oddać dług. Magda mówi: weź te pieniądze, tata by tak chciał. Paweł mówi: idź do prawnika. A ja siedzę w kuchni, piję herbatę z cytryną i patrzę na taboret w przedpokoju, na którym nikt już nie siada.

Trzydzieści dwa lata. I okazuje się, że człowieka, z którym dzieliłam łóżko, obiad i telewizor, nie znałam do końca. Pytanie tylko, czy to on się przede mną ukrywał - czy to ja nie chciałam widzieć.