Córka poprosiła o pieniądze na aparat dla syna. Dałam 4 tysiące. Miesiąc później wnuk przyszedł do mnie z tymi samymi krzywymi zębami i nowym iPadem.

Kubuś wszedł do przedpokoju, kopnął buty pod szafkę i od razu rzucił się na kanapę. Dopiero kiedy ściągnął kurtkę, zobaczyłam to srebrne pudełko w jego rękach. Cienkie, lśniące, z nadgryzionym jabłkiem na obudowie. Zrobiło mi się gorąco, choć okno w kuchni było otwarte na oścież.

- Kubuś, a co to? - zapytałam, starając się, żeby głos mi nie drżał.

- iPad, babciu! Mama kupiła. Fajny, nie? - uśmiechnął się szeroko i wtedy zobaczyłam je wyraźnie. Te same krzywe jedynki, które miesiąc temu były powodem, dla którego oddałam córce cztery tysiące złotych ze swojej skromnej emerytury.

Usiadłam ciężko na krześle w kuchni. Rosół na kuchence bulgotał spokojnie, a ja miałam wrażenie, że to we mnie coś zaczyna wrzeć. Cztery tysiące. Dla mnie to nie jest drobnostka. To dwa miesiące oszczędzania, rezygnowania z sanatorium, odkładania wizyt u dentysty - właśnie, u dentysty, o ironio - żeby wnukowi pomóc.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na poznańskim Ratajach. Mąż Andrzej odszedł osiem lat temu - nie od nas, tylko z tego świata. Rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do końca. Zostałam sama z mieszkaniem w bloku, emeryturą dwa tysiące osiemset i jedną córką - Renatą.

Renata ma trzydzieści osiem lat, pracuje na pół etatu w salonie fryzjerskim, a drugą połowę dnia spędza na telefonie. Jej mąż Dariusz jeździ tirem po Europie, jest tydzień w domu, trzy tygodnie w trasie. Mają dwójkę dzieci: Kubusia, który ma dziesięć lat, i Zosię, która skończyła sześć. Kocham te dzieci jak własne życie. Może dlatego tak łatwo dałam się przekonać.

To było pod koniec lutego. Renata zadzwoniła wieczorem, głos miała taki przyciszony, jakby płakała albo zaraz miała zacząć.

- Mamo, Kubuś był u ortodonty. Doktor powiedział, że trzeba zakładać aparat, bo potem będzie za późno. Wiesz, jakie to koszty? Cztery tysiące na start, a potem co miesiąc wizyty kontrolne.

- A Dariusz?

- Dariusz? - prychnęła. - Dariusz ledwo przysyła na jedzenie. Mówi, że diesel podrożał, że mniej zleceń. Mamo, ja nie mam do kogo się zwrócić.

Wiedziałam, że relacja Renaty z Dariuszem jest napięta. Że pieniądze są tematem, o który się kłócą przez telefon. Wiedziałam też, że Kubuś faktycznie ma krzywe zęby - widziałam to za każdym razem, kiedy się uśmiechał. Więc następnego dnia poszłam do banku, wypłaciłam cztery tysiące z konta oszczędnościowego i wsadziłam do koperty.

- Proszę, córeczko. Dla Kubusia - powiedziałam, podając jej kopertę przy kuchennym stole. Renata wzięła pieniądze, przytuliła mnie mocno i powiedziała: - Dziękuję, mamo. Nie zapomnę ci tego.

Nie zapomniała. Ale ja też nie zapomnę tego, co zobaczyłam miesiąc później.

Kiedy Kubuś bawił się iPadem na kanapie, ja stałam w kuchni i kroiłam marchewkę na obiad, żeby mieć zajęte ręce. Myślałam gorączkowo. Może się mylę. Może Dariusz kupił iPada. Może dostał premię, może wygrał w zdrapce, może ktoś im dał.

- Kubuś, a tata ci to kupił? - zapytałam niby od niechcenia.

- Nie, mama. Powiedziała, że to za dobre oceny.

Za dobre oceny. Cztery tysiące za dobre oceny - bo tyle mniej więcej kosztuje nowy iPad. A aparat ortodontyczny? Co z aparatem?

Zadzwoniłam do Renaty dopiero wieczorem, kiedy Kubuś wrócił do domu. Przez cały dzień układałam w głowie zdania - spokojne, wyważone, takie jak uczyłam się przez całe życie. Nie krzyczeć, nie oskarżać, dać szansę na wyjaśnienie.

- Renata, Kubuś był dziś u mnie z nowym iPadem.

Cisza. Długa, paskudna cisza.

- I co z tego, mamo?

- A co z aparatem?

- Jaki aparat?

- Ortodontyczny. Ten, na który dałam ci cztery tysiące złotych.

Usłyszałam westchnienie. Nie zawstydzone - zniecierpliwione.

- Mamo, ja ci to wytłumaczę. Okazało się, że aparat może poczekać, doktor powiedział, że nie jest jeszcze pilne. A Kubuś potrzebował tableta do szkoły, wiesz, ile rzeczy teraz robią na informatyce? Wszystkie dzieci mają, a on jeden nie.

- Renata, mogłaś mi powiedzieć.

- A po co? Żebyś mi robiła wykład? Te pieniądze i tak poszły na dziecko.

Na dziecko. Zamknęłam oczy i oparłam czoło o chłodną ścianę w przedpokoju. Czuję zapach farby, bo Andrzej malował tę ścianę rok przed śmiercią. Blady żółty. Słoneczny, mówił.

- Renata, ja te pieniądze odkładałam pół roku. Zrezygnowałam z sanatorium. Nie pojechałam do Kołobrzegu, chociaż doktor zalecał. Dałam ci je, bo powiedziałaś, że Kubuś musi mieć aparat. Nie powiedziałaś, że potrzebuje iPada.

- Bo byś nie dała.

I to jedno zdanie zabolało najbardziej. Nie fakt, że wydała pieniądze inaczej. Nie iPad. To jedno zdanie: bo byś nie dała. Czyli wiedziała. Wiedziała, że to kłamstwo. Wiedziała, że muszę usłyszeć konkretny powód, żeby otworzyć portfel, bo na tablet bym się nie zgodziła.

- Mamo, no nie dramatyzuj - kontynuowała Renata. - Kubuś się cieszy, jest zadowolony, ma lepsze oceny. Aparat założymy za pół roku, jak Dariusz przyśle więcej.

Rozłączyłam się. Nie trzasnęłam słuchawką, nie krzyknęłam. Po prostu powiedziałam „dobranoc" i odłożyłam telefon na komodę obok zdjęcia Andrzeja.

Przez następne dwa tygodnie nie dzwoniłam. Renata też nie. Kubuś napisał SMS-a: „Babciu, kiedy przyjdę na rosół?" - i serce mi pękło, bo ten chłopak nie ma w tym żadnej winy.

Koleżanka Krysia z trzeciego piętra powiedziała mi, że przesadzam. Że młodzi dziś inaczej patrzą na pieniądze, że córka nie chciała źle, że pewnie faktycznie dzieciak potrzebował tego tableta. „Bożena, nie rób z igły widły" - powiedziała, mieszając herbatę w mojej kuchni.

Może ma rację. A może nie.

Bo to nie chodzi o cztery tysiące. To chodzi o to, że moja córka spojrzała mi w oczy, powiedziała nieprawdę i wzięła pieniądze, wiedząc, że wydam je na co innego. Że wybrała kłamstwo, bo było łatwiejsze. I że kiedy ją przyłapałam, nie przeprosiła - tylko się zirytowała.

Wczoraj Kubuś przyszedł na rosół. Jadł z apetytem, pokazywał mi gry na iPadzie, śmiał się tym swoim cudownym śmiechem. Krzywe zęby błyskały w słońcu, które wpadało przez okno. Pogłaskałam go po głowie i pomyślałam, że kocham go tak samo jak wcześniej. Nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o niego.

Ale kiedy odchodził, a ja stałam na balkonie i patrzyłam, jak wsiada do samochodu Renaty zaparkowanego pod blokiem, poczułam coś nowego. Coś, czego nie potrafiłam nazwać przez wiele dni, a teraz wreszcie znalazłam słowo.

Ostrożność.

Renata zadzwoniła wczoraj wieczorem. Powiedziała, że Zosia rośnie z tego płaszczu, że potrzebuje nowego na komunię koleżanki, że jakby mogła pożyczyć ze trzysta złotych. Głos miała ten sam - ciepły, proszący, trochę zawstydzony.

Powiedziałam, że muszę pomyśleć. Pierwszy raz w życiu powiedziałam córce, że muszę pomyśleć, zanim dam jej pieniądze. W słuchawce zapadła cisza. Inna niż tamta - nie zniecierpliwiona, tylko zaskoczona.

Dziś rano wstałam, zrobiłam sobie herbatę z cytryną i usiadłam przy stole. Na blacie leży portfel, a w nim trzysta złotych, odłożone na rachunek za prąd. Patrzę na ten portfel i nie wiem, co jest gorsze - dać i może znowu zostać okłamaną, czy nie dać i usłyszeć w głowie głos Andrzeja, który zawsze powtarzał: „Bożena, to nasza jedyna córka".