Córka z zięciem zaprosili mnie na obiad i przez całe dwie godziny tłumaczyli, że sprzedaż mojego mieszkania to „najlepsza inwestycja w przyszłość wnuków". Na koniec wyciągnęli już gotową umowę z pośrednikiem.
Pamiętam, że najpierw poczułam zapach - rosół z makaronem, ten sam co u mnie, bo Kasia gotowała według mojego przepisu. Potem kotlety schabowe, kompot z wiśni. Stół nakryty odświętnie, choć był zwykły czwartek. I ta serwetka, złożona w trójkąt pod każdym talerzem. Pomyślałam jeszcze: jak ładnie, dawno mnie tak nie podejmowali.
Dopiero przy serniczku zaczęło się na poważnie.
- Mamo, my z Darkiem dużo ostatnio rozmawialiśmy - powiedziała Kasia, odkładając widelczyk. - O przyszłości. O Zosi i Kubusiu. O ich edukacji, o tym, żeby mieli dobry start.
Skinęłam głową. Zosia miała jedenaście lat, Kubuś osiem. Normalne dzieci, wesołe. Zosia chodziła na angielski i na pływanie, Kubuś na judo. Nie wyglądało na to, żeby czegoś im brakowało.
- Chcemy je posłać do prywatnego liceum, a potem może za granicę - włączył się Darek. Poprawił okulary i spojrzał na mnie tym swoim spokojnym wzrokiem, który zawsze trochę mnie niepokoił. Za spokojny. Za ułożony. - Ale to wymaga zaplecza finansowego, mamo.
Mamo. Darek mówił do mnie „mamo" od pięciu lat, choć na początku używał „pani Bożeno". Nigdy nie potrafiłam się do tego przyzwyczaić. Mam sześćdziesiąt dwa lata, od trzech jestem na emeryturze. Przez trzydzieści pięć lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Moje mieszkanie - dwa pokoje z kuchnią, czwarte piętro, blok z wielkiej płyty przy Broniewskiego - to jedyna poważna rzecz, jaką mam. Poza emeryturą z ZUS-u, której nikt mi nie nazwie hojną.
- Mamo, posłuchaj nas do końca - Kasia podniosła rękę, jakby wiedziała, że zaraz zacznę protestować. - Twoje mieszkanie jest warte jakieś czterysta pięćdziesiąt tysięcy. Może nawet pięćset. Na rynku teraz jest dobry moment.
- I co ja wtedy zrobię? - spytałam. - Zamieszkam na ławce w Parku Kaskada?
- Nie mów tak. - Kasia wyglądała na zranioną, ale ja znałam ten wyraz twarzy. To nie było zranienie, to była irytacja. - Zamieszkasz u nas. Mamy pokój gościnny, wiesz przecież. Wyremontujemy go specjalnie dla ciebie. Darek pomaluje, ja kupię nowe zasłony.
Pokój gościnny u Kasi i Darka. Dziesięć metrów kwadratowych, okno na parking. Drzwi bez zamka. Ściana cienka jak opłatek, po drugiej stronie pokój Kubusia, który ćwiczył na perkusji.
- Będziesz bliżej wnuków - dodał Darek z uśmiechem. - Zosię będziesz mogła odprowadzać do szkoły. Kubuś cię uwielbia.
Kubuś mnie uwielbiał, to prawda. Ale Kubuś uwielbiał też każdego, kto przynosił mu żelki. Nie byłam pewna, czy chcę budować na tym swoją przyszłość.
Przez następną godzinę słuchałam wykładu. Darek miał wszystko policzone. Na dwie kartki A4, wydrukowane z excela, rozpisał koszty prywatnego liceum dla dwójki dzieci na cztery lata, kurs językowy w Cambridge, ewentualny wkład na studia w Holandii. Na trzeciej kartce był harmonogram sprzedaży mojego mieszkania. Kontakt do pośrednika. Szacunkowa cena. Prowizja. Darek był informatykiem, lubił tabelki. Ja przez trzydzieści pięć lat robiłam bilanse spółdzielni i widziałam, jak kolumny w Excelu potrafią kłamać.
- A moja emerytura? - spytałam cicho. - Z czego będę żyła, gdy u was nie będę mogła zostać? Bo kiedyś mogę nie móc.
- Mamo, dlaczego od razu zakładasz najgorsze? - Kasia miała łzy w oczach. Albo tak mi się wydawało. - My się tobą zaopiekujemy. Zawsze.
Zawsze. To samo powiedział mi mój mąż Andrzej, kiedy braliśmy ślub w osiemdziesiątym czwartym. Potem przyszedł dziewięćdziesiąty drugi, prywatyzacja, nowa sekretarka, i Andrzej zaopiekował się głównie sobą. To z nim kupiliśmy tamto mieszkanie, jeszcze na kredyt, jeszcze za komuny. Spłacałam je sama przez dwanaście lat, po rozwodzie. Każdą ratę. Nie przegapiłam ani jednej. To mieszkanie pachniało moim potem, moimi łzami, moimi nieprzespanym nocami.
Na koniec obiadu Darek wyciągnął z teczki umowę z pośrednikiem. Niebieska teczka, napis „Premium Nieruchomości". Umowa była wypełniona moimi danymi. Adres, metraż, piętro. Nawet numer księgi wieczystej - skąd go mieli?
- Musiałaś to gdzieś zostawić u nas - powiedziała Kasia szybko, kiedy zapytałam. - Albo Darek sprawdził przez internet, to jest publiczne.
Może i publiczne. Ale żeby szukać czyjejś księgi wieczystej, trzeba chcieć szukać. Trzeba zasiąść, wpisać dane, klikać. To nie jest coś, co robi się z nudów po kolacji.
- Nie muszę decydować teraz - powiedziałam i wstałam od stołu.
- Oczywiście, że nie. - Darek schował umowę z powrotem do teczki. - Ale pośrednik mówi, że wiosna to najlepszy moment. Za miesiąc rynek może się zmienić.
Za miesiąc rynek może się zmienić. Za miesiąc mogę się też poślizgnąć na schodach i złamać biodro. Za miesiąc może się okazać, że pokój gościnny jest potrzebny dla kogoś innego - matki Darka, która też nie młodnieje. Za miesiąc mogę podpisać papier i przestać być właścicielką jedynej pewnej rzeczy w moim życiu.
Wracałam do domu autobusem 181. Było ciepło, maj pachnął lipami. Trzymałam torebkę na kolanach i myślałam o Zosi, która na pożegnanie przytuliła mnie tak mocno, że aż zabolało w żebrach. I o Kubusiu, który krzyknął z pokoju: „Babciu, kiedy znowu przyjdziesz?". Kocham te dzieci tak, że oddałabym za nie wszystko.
Wszystko. Ale czy wszystko musi znaczyć mieszkanie?
W domu zrobiłam sobie herbatę z cytryną i usiadłam w kuchni. Moja kuchnia. Mój stół z obciętym rogiem, bo Andrzej kiedyś źle ciął blat. Moje firanki, które szyłam z mamą, kiedy mama jeszcze żyła. Mój widok na dachy Bielan. Czterdzieści sześć metrów kwadratowych, które były tylko moje.
Na lodówce, pod magnesem z Kołobrzegu, wisiał rysunek Zosi. Dwa patyczaki, jeden duży i jeden mały, trzymające się za ręce. Pod spodem napis: „Babcia i ja na spacerze". Zdjęłam go i patrzyłam długo.
Następnego dnia zadzwoniła Kasia.
- I co, mamo? Przemyślałaś?
- Tak - odpowiedziałam. - Przemyślałam.
A potem zawiesiłam się na tej chwili ciszy w słuchawce. Bo Kasia czekała na odpowiedź, a ja jeszcze nie wiedziałam, które słowo powiedzieć jako pierwsze.
Rysunek Zosi wciąż leżał przede mną na kuchennym stole. Obok niego - kartka z numerem pośrednika, którą znalazłam w kieszeni płaszcza. Nie pamiętam, kiedy mi ją wsunęli.