Co miesiąc dokładałam córce do rachunków, bo „teraz jest jej ciężko". Wczoraj pokazała mi w telefonie zdjęcia koleżanki z wakacji i napisała pod spodem: „Następnym razem my". A ja wciąż płacę za jej prąd.
Siedziałam wtedy przy kuchennym stole z herbatą, którą parzyłam już trzeci raz z tego samego torebki, bo nowe kupiłam te tańsze, żeby starczyło do pierwszego. Patrycja przyszła po południu, wesoła, pachnąca nowymi perfumami. Usiadła naprzeciwko, odgarnęła włosy i powiedziała: „Mamo, patrz, jakie cudowne". A potem przesunęła palcem po ekranie - turkusowa woda, białe leżaki, koktajle z palemkami. Chorwacja albo Grecja, nie wiem, nie pytałam. Zamarłam na tym jednym zdaniu dopisanym pod zdjęciem koleżanki: „Następnym razem my".
Chciałam zapytać: my - to znaczy kto? Ty i koleżanka? Ty i Damian? Bo raczej nie ty i ja, prawda? Ale nic nie powiedziałam. Uśmiechnęłam się, jak umiałam, i dolałam wrzątek do kubka.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu pracuję w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej w Poznaniu. To znaczy - pracowałam. Pół roku temu przeszłam na emeryturę. Tysiąc osiemset złotych po potrąceniach. Mąż Ryszard, mechanik, umarł siedem lat temu na zawał w warsztacie - nagle, bez ostrzeżenia, jak to w życiu bywa. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem na Ratajach, z działką ROD pod Swarzędzem i z jedną córką.
Patrycja ma trzydzieści cztery lata. Pracuje w salonie fryzjerskim na pół etatu, bo - jak mówi - na cały nie daje rady, bo Oliwia, moja wnuczka, ma dopiero sześć lat i ktoś musi ją odebrać z przedszkola. Mieszka z Damianem, który pracuje w magazynie, ale jakoś zawsze im brakuje. Rachunki, czynsz, przedszkole - i zawsze na koniec miesiąca ten sam telefon: „Mamo, mogłabyś podrzucić trzysta? Oddam, jak się pozbieramy".
Nie oddaje. Nigdy nie oddała. Ale przecież to moja córka.
Zaczęło się trzy lata temu, zaraz po mojej operacji kolana. Leżałam w domu, noga w szynie, a Patrycja wtedy pomogła mi - robiła zakupy, przywoziła Oliwię, żebym miała towarzystwo. Byłam jej wdzięczna. A potem, gdy wróciłam do pracy, ona powiedziała, że Damian stracił robotę i teraz jest im ciężko. Dałam jej pięćset złotych. Potem jeszcze pięćset. I jeszcze.
Pamiętam, jak pierwszy raz przelałam jej pieniądze za prąd. Czterysta osiemdziesiąt złotych. Pomyślałam: raz. Jeden raz, bo sytuacja. A potem był następny rachunek. I kolejny. Gaz, woda, Oliwii buty na zimę, Oliwii dentystka, bo NFZ nie miał terminu. Wszystko pilne, wszystko na wczoraj, wszystko z dopiskiem: „Mamo, gdyby nie ty, nie wiem, co byśmy zrobili".
Ryszard powiedziałby mi prosto w oczy: „Bożena, ty ją rozpuściłaś". I miałby rację. Ale Ryszard nie żyje, a ja rozmawiam z nim w głowie, jakby siedział naprzeciwko z kawą zbożową i gazetą.
Zaczęłam liczyć. Wyciągnęłam wyciągi z konta - te papierowe, które dostaję z banku, bo nie ufam internetowi - i wzięłam kalkulator. Od stycznia do maja tego roku przelałam Patrycji cztery tysiące dwieście złotych. Cztery tysiące dwieście. Przy mojej emeryturze to oznacza, że od trzech miesięcy nie kupuję mięsa. Robię kartacze z samymi ziemniakami, bez farszu. Herbatę parzę po dwa razy. Na działkę jeżdżę autobusem, bo na benzynę do starego Fiata szkoda. Zrezygnowałam z sanatorium, na które czekałam półtora roku, bo nie miałam na dojazd i na dopłatę za pokój.
A moja córka planuje Chorwację.
Nie powiedziałam jej tego od razu. Wieczorem, gdy wyszła, umyłam kubki i usiadłam w fotelu Ryszarda - tym wyświechtanym, z zielonym kocem - i myślałam. O tym, jak nosiłam ją na rękach przez całe osiedle, gdy miała kolkę i nie mogła spać. Jak szyłam jej sukienkę na studniówkę, bo na kupną nie było nas stać. Jak po śmierci Ryszarda odłożyłam jej na pierwszy czynsz, żeby mogła zamieszkać z Damianem.
I pomyślałam: może to ja jestem winna. Może nigdy nie nauczyłam jej, że „ciężko" to nie jest stan permanentny. Że „ciężko" było mi, kiedy po pogrzebie męża miałam na koncie osiemset złotych i musiałam iść do pracy następnego dnia, bo nikt mi nie zapłaci za smutek.
Zadzwoniłam do niej w piątek. Krótko.
- Patrycja, muszę z tobą porozmawiać. Nie przez telefon. Przyjdź w sobotę, bez Damiana.
Cisza. Potem ostrożne: - Coś się stało, mamo?
- Przyjdź, to porozmawiamy.
Przyszła. Usiadła na kanapie, ściągnęła buty - nowe, białe adidasy, takie które ja widziałam w galerii za trzysta pięćdziesiąt złotych. Położyłam przed nią kartkę z wyliczeniami. Cyfry. Daty przelewów. Suma na dole, podkreślona czerwonym flamastrem.
Patrzyła na to może trzydzieści sekund.
- No i co? - powiedziała. - Przecież to rodzina. Rodzina sobie pomaga.
Rozbolała mnie szczęka. Dosłownie - zacisnęłam zęby tak mocno, że poczułam pulsowanie w skroniach. Chciałam krzyczeć. Nie krzyknęłam.
- Rodzina sobie pomaga - powtórzyłam. - A kto pomaga mnie?
Wtedy zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Patrycja nie zaczęła przepraszać. Nie spuściła wzroku. Zrobiła minę - taką, jakbym to ja ją skrzywdziła. Jakbym zabrała jej coś, co jej się należy.
- Mamo, ty nie masz prawie żadnych wydatków. Mieszkanie spłacone, na działce rosną warzywa. A ja mam dziecko.
Nie mam prawie żadnych wydatków. Tak powiedziała. Do matki, która od trzech miesięcy je zupę na wodzie.
Nie odpowiedziałam od razu. Wstałam, poszłam do kuchni, nalałam szklankę wody. Ręce mi drżały. Stałam przy zlewie, patrzyłam na podwórko przez okno - dzieci na huśtawce, ktoś rozwieszał pranie - i próbowałam znaleźć w sobie zdanie, które nie będzie za ostre i nie będzie za miękkie.
Wróciłam do pokoju.
- Od czerwca nie będę ci dokładać do rachunków - powiedziałam. - Kocham cię. Kocham Oliwię. Ale nie dam rady. I nie powinnam.
Patrycja wstała. Zacisnęła usta dokładnie tak samo jak ja - bo jesteśmy do siebie podobne bardziej, niż którakolwiek z nas chce przyznać. Włożyła te swoje białe adidasy, wzięła torebkę i powiedziała od drzwi:
- Dziękuję, mamo. Teraz wiem, na kogo mogę liczyć.
Drzwi się zamknęły. Usiadłam w fotelu Ryszarda i schowałam twarz w zielonym kocu, który nadal pachnie jego papierosami, choć to niemożliwe po siedmiu latach.
Minął tydzień. Patrycja nie dzwoni. Ja też nie dzwonię. Na lodówce wisi zdjęcie Oliwii z przedszkolnej wycieczki - uśmiechnięta, w żółtej kurtce, z balonem. Patrzę na to zdjęcie każdego ranka.
Wczoraj kupiłam herbatę - tę droższą, Lipton, w żółtym pudełku. Zapłaciłam dwanaście złotych i poczułam coś, czego nie umiem nazwać. Jakby poczucie winy i ulga w jednym kubku.
Nie wiem, czy postąpiłam słusznie. Wiem tylko, że pierwszy raz od trzech lat parzę herbatę z jednej torebki.