Pilnuję wnuczki trzy razy w tygodniu. Wczoraj synowa „przez przypadek" zostawiła włączoną kamerę w pokoju dziecka. Wieczorem dostałam od niej wiadomość z dokładną minutą, o której usiadłam na chwilę z kawą.

Przeczytałam tę wiadomość trzy razy. „Hej, widziałam, że o 14:07 Hania była sama w pokoju. Chciałam tylko zapytać, czy wszystko ok?" Z uśmiechniętą buźką na końcu. Jakby to było coś normalnego - śledzić matkę własnego męża przez kamerę ukrytą między pluszakami.

Odłożyłam telefon na blat. Ręce mi drżały, ale nie ze złości. Z czegoś gorszego. Z poczucia, że ktoś, komu ufałam, potraktował mnie jak podejrzaną.

Mam na imię Krystyna, niedługo skończę sześćdziesiąt trzy lata. Całe życie przepracowałam w księgowości - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w firmie transportowej, aż do emerytury. Mój syn Wojtek ożenił się z Patrycją sześć lat temu. Ślub był ładny, w kościele na Jeżycach, Patrycja miała suknię z koronkowym tyłem i uśmiech, przy którym zapominało się o wszystkim. Naprawdę ją polubiłam. Nie tak jak te teściowe z dowcipów, które od pierwszego dnia szukają wad. Ja szukałam powodów, żeby ją pokochać. I znajdowałam.

Hania urodziła się półtora roku temu. Kiedy Patrycja wróciła do pracy - jest farmaceutką w aptece na Wildzie - zaproponowali, żebym pilnowała małej trzy razy w tygodniu. Poniedziałek, środa, piątek. Zgodziłam się natychmiast. Nie z obowiązku. Z radości takiej, jakiej nie umiałam wtedy nazwać.

Te dni z Hanią stały się osią mojego tygodnia. Wstawałam wcześniej, piekłam placuszki bananowe, które uwielbiała, pakowałam torbę z książeczkami. Jechałam tramwajem dwadzieścia minut przez pół miasta z uśmiechem, którego nie potrafiłam ukryć. Sąsiadka z bloku, Jadwiga z trzeciego piętra, śmiała się: „Krystyna, ty na tę wnuczkę lecisz jak na randkę!".

Miała rację. To było jak zakochanie. Hania pachniała mlekiem i tym dziecięcym szamponem z rumiankiem. Tuliła się do mnie, kiedy czytałam jej o kocie w butach, zasypiała mi na ramieniu po obiedzie. Układałam ją w łóżeczku, poprawiałam kocyk z żyrafami i stałam jeszcze chwilę, patrząc, jak oddycha. Potem szłam do kuchni, robiłam sobie kawę i siadałam na te piętnaście, dwadzieścia minut. Jedyną przerwę w ciągu dnia. Hania spała, monitor oddechu działał, drzwi do pokoju były uchylone. Słyszałam każdy szelest.

I właśnie tę przerwę Patrycja mi wyliczyła.

Cofnę się trochę. Pierwsze miesiące pilnowania Hani były sielanką. Patrycja dzwoniła raz dziennie, pytała jak dzień, dziękowała. Wojtek mówił, że jest jej lżej, odkąd wie, że mała jest ze mną. Czasem zostawiali mi na blacie czekoladę albo kwiaty. Czułam się potrzebna w sposób, jakiego nie czułam od lat - odkąd Wojtek wyprowadził się z domu.

Ale gdzieś na przełomie zimy coś zaczęło się zmieniać. Patrycja zaczęła zostawiać karteczki. Żółte, samoprzylepne, przyklejone do lodówki. „Proszę podawać marchewkę gotowaną, nie surową." „Hania ma jeść o 12:00, nie później." „Kapielówka do prania jest w niebieskim koszu." Początkowo myślałam, że to normalne - młoda matka, chce mieć kontrolę, rozumiem. Sama byłam taka z Wojtkiem, kiedy zostawiałam go z moją mamą.

Potem karteczki zaczęły dotyczyć szczegółów, które trudno było traktować poważnie. „Nie włączać telewizora w obecności dziecka - nawet na chwilę." „Temperatura w pokoju 21 stopni - sprawdzać termometrem." „Nie nosić Hani na rękach dłużej niż to konieczne, bo się przyzwyczai."

Tę ostatnią przeczytałam dwa razy. Nie nosić na rękach. Mojej wnuczki. Bo się przyzwyczai do ciepła.

Nie powiedziałam nic. Przełknęłam. Wojtkowi nie skarżyłam się, bo nie chciałam stawiać go między matką a żoną. Wiem, jak to się kończy - widziałam u koleżanek. Syn zawsze wybiera żonę, a matka zostaje z żalem i pustym telefonem.

Więc stosowałam się do karteczek. Marchewka gotowana. Telewizor wyłączony. Termometr sprawdzany. Ale Hanię nosiłam na rękach. To jedyna zasada, której nie byłam w stanie przestrzegać.

A potem przyszła kamera.

Nie zauważyłam jej od razu. Stała na półce obok pluszowego królika i lampki nocnej. Mały biały obiektyw jak oko. Dopiero wieczorem, kiedy dostałam tę wiadomość o 14:07, zrozumiałam, co to było. Wróciłam pamięcią do momentu, kiedy stawiałam na półce Hani nową książeczkę - kamera musiała tam już stać.

Nie zadzwoniłam do Patrycji. Nie zadzwoniłam do Wojtka. Siedziałam w kuchni swojego mieszkania na Piątkowie, piłam trzecią herbatę i myślałam o jednym: co widziała na tym nagraniu? Babcię, która usypia wnuczkę, układa ją, sprawdza oddech, a potem - przestępstwo stulecia - robi sobie kawę i siada na kanapie z zamkniętymi na sekundę oczami.

Rano zadzwonił Wojtek. „Mamo, Patrycja mówi, że to był przypadek, zapomniała wyłączyć po testowaniu." Głos miał taki, jaki zawsze, kiedy powtarzał cudze słowa i sam do końca w nie nie wierzył.

- Wojtku - powiedziałam spokojnie - czy ty wierzysz, że to przypadek?

Cisza. Dłuższa niż wygodna.

- Mamo, ona się po prostu martwi. Taka jest. Chce mieć pewność, że z Hanią wszystko dobrze.

- A ja ci przez rok nie dawałam tej pewności?

Znowu cisza. Słyszałam, jak Patrycja coś mówi w tle. Nie dosłyszałam co. Wojtek odchrząknął.

- Może porozmawiajcie. We trójkę. Przyjdźcie w niedzielę na obiad.

Obiad w niedzielę. Jakby to była jakaś awaria pralki do omówienia. Jakby chodziło o karteczkę z żółtą naklejką, a nie o to, że ktoś mnie obserwował jak na komisariacie.

Niedziela jeszcze nie nadeszła. Jest piątek - mój dzień z Hanią. Za godzinę powinnam wsiąść w tramwaj. W torbie mam książeczkę o biedronkach, którą kupiłam na targu w środę. Placuszki bananowe ostygły na blacie.

Ale ja siedzę przy kuchennym stole i nie wstaję.

Bo jeśli pojadę, to znaczy, że to zaakceptowałam. Że zgadzam się być babcią pod nadzorem. Że mogę być filmowana, oceniana, rozliczana co do minuty. Że moja miłość do Hani potrzebuje dowodu, certyfikatu, kamery potwierdzającej, że jestem wystarczająco dobra.

A jeśli nie pojadę, to stracę piątki. Może i poniedziałki. Może i środy. Hania nie zrozumie, dlaczego babcia nie przychodzi. Za rok zapomni, jak pachnę. Za dwa - jak wyglądam.

Telefon leży na stole ekranem do dołu. Placuszki stygną. Tramwaj odjeżdża za dwadzieścia minut.

Wstałam. Ale nie wiem, czy po torbę, czy po to, żeby zamknąć drzwi na dwa zamki i wrócić do łóżka.