Sąsiadka powiedziała mi, że widziała mojego męża w kinie w środę. Byłam zdziwiona - w środy zawsze mówił, że zostaje dłużej w pracy. Kupiłam bilet na tę samą seansę w kolejną środę. Siedział w ostatnim rzędzie, ale nie sam.

Obok niego siedziała kobieta. Starsza ode mnie, siwa, drobna, w brązowym swetrze. Nie trzymali się za ręce. Nie szeptali sobie do ucha. Siedzieli obok siebie w ciemności, patrząc na ekran, jak ludzie, którzy robią to od dawna. I właśnie to było najgorsze - ta naturalność. Jakby mieli swój świat, do którego ja nie byłam zaproszona.

Wyszłam z sali po piętnastu minutach. Nie wiem nawet, jaki film leciał. Pamiętam za to zapach prażonej kukurydzy, lepką posadzkę pod butami i swój oddech - płytki, urywany, jakbym biegła. A przecież stałam w miejscu, przy wyjściu, z biletem zgniecionym w dłoni.

Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt sześć lat i od trzydziestu dwóch jestem żoną Andrzeja. Trzydzieści dwa lata - powtarzam to sobie czasem, żeby poczuć wagę tych słów. Trzydzieści dwa lata wspólnych śniadań, wspólnych rachunków za prąd, wspólnego pilota do telewizora. Poznaliśmy się na zabawie sylwestrowej w osiemdziesiątym dziewiątym, w domu kultury na Woli. On był elektrykiem, ja pracowałam w księgowości w fabryce kabli na Pradze. Wzięliśmy ślub po pół roku. Ludzie mówili, że za szybko. Moja matka mówiła, że za szybko. Ale ja wiedziałam swoje.

Urodziły nam się dwie córki - Magda i Ola. Wychowywaliśmy je w bloku na Bielanach, na trzecim piętrze, z widokiem na plac zabaw i parking. Normalnie. Zwyczajnie. Andrzej nie pił, nie awanturował się, nie podnosił ręki. Chodził do pracy, wracał, jadł obiad, oglądał wiadomości. W weekendy jeździliśmy na działkę pod Piasecznem. Sąsiadki na klatce mówiły, że mam fajnego męża. A ja myślałam, że tak. Że fajny. Że spokojny. Że swój.

Kiedy córki wyfrunęły z domu - Magda do Wrocławia za mężem informatykiem, Ola do Gdańska na studia, z których nie wróciła - zostaliśmy sami. I wtedy zaczęło się coś, czego nie umiem dobrze nazwać. Cisza. Ale nie taka dobra cisza, kiedy dwoje ludzi jest ze sobą i nic nie muszą mówić. Raczej taka, jakbyśmy siedzieli w poczekalni i czekali na coś, co nie nadchodzi.

Andrzej zaczął zostawać w pracy do późna. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa razy, w końcu te środy stały się stałym punktem. „Mamy zlecenie na Mokotowie, duży biurowiec, trzeba po godzinach" - mówił, odkładając kurtki na wieszak. Ja nie pytałam. Nie miałam powodu. Nie miałam podejrzeń. Miałam za to sernik w piekarniku i herbatę z cytryną na stole.

Aż do tej rozmowy z Iwoną z czwartego piętra.

- Bożenka, widziałam twojego Andrzeja wczoraj w Kinie Muranów. Na tym filmie o pianistce - powiedziała, wieszając pranie na balkonie. Przez ścianę słyszałam trzepot mokrych prześcieradeł. - Fajny film, polecam.

- W środę? - spytałam.

- No, w środę. Na wieczornym seansie. Nie widziałaś go? Myślałam, że razem byliście.

Uśmiechnęłam się. Powiedziałam coś o tym, że pewnie po pracy wstąpił, bo lubił kino. Co było prawdą - kiedyś lubił. Dwadzieścia lat temu. Ostatni raz byliśmy razem w kinie, kiedy Ola miała komunię i poszliśmy na jakąś komedię, żeby „zrobić sobie miło". Od tamtego czasu - nic. Ja oglądałam seriale na laptopie. On - sport na dużym telewizorze. Każde w swoim pokoju.

Przez tydzień chodziłam z tym po domu jak z kamieniem w bucie. Nic mu nie powiedziałam. Obserwowałam. W środę rano Andrzej włożył czystą koszulę - niebieską, tę lepszą, którą dostawał od Magdy na imieniny. Ogolił się dokładniej niż zwykle. Wyszedł o siódmej, jak zawsze.

- Dziś znowu zostaję dłużej - rzucił od drzwi.

- Jasne - odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku znad kawy.

O szesnastej byłam w kasie Kina Muranów. Kupiłam bilet na seans o osiemnastej trzydzieści. Usiadłam w środku sali, z boku, tak żebym widziała wejście. Serce mi waliło jak przed egzaminem. Czułam się głupio. Pięćdziesięciosześcioletnia kobieta śledzi własnego męża w kinie - to brzmiało jak żart z kabaretu.

Wszedł pięć minut przed seansem. A za nim ta kobieta. Siwa, drobna, w brązowym swetrze i ciemnej spódnicy. Wyglądała na moją rówieśniczkę, może trochę starsza. Usiedli w ostatnim rzędzie. On podał jej popcorn. Ona pokręciła głową, uśmiechnęła się. Usiedli ramię przy ramieniu.

I nic więcej. Żadnego pocałunku. Żadnego dotyku. Tylko siedzieli i oglądali film. Jak ludzie, którzy dobrze się ze sobą czują.

Nie wytrzymałam do końca seansu. Wyszłam na ulicę, usiadłam na ławce i zadzwoniłam do Magdy.

- Mamo, co się stało? - spytała od razu, bo dzwonię rzadko i nigdy wieczorem.

- Nic, córeczko. Chciałam pogadać.

Nie powiedziałam jej prawdy. Zapytałam o wnuka, o pracę, o pogodę we Wrocławiu. Rozłączyłam się po dziesięciu minutach i siedziałam na tej ławce, patrząc na ludzi wychodzących z kina. Czekałam na nich. Wyszli osobno - on pierwszy, ona chwilę potem. Andrzej poszedł w stronę przystanku. Kobieta w drugą stronę, powoli, drobnym krokiem.

Wróciłam do domu przed nim. Podgrzałam rosół. Nakryłam do stołu. Andrzej wszedł o dwudziestej pierwszej, powiesił kurtkę, umył ręce.

- Dużo roboty było? - spytałam, stawiając talerz na stole.

- Jak zwykle - powiedział. - Dzięki za rosół.

Jedliśmy w ciszy. Łyżka o talerz, zegar w przedpokoju, tramwaj za oknem. Patrzyłam na jego twarz i próbowałam znaleźć w niej cokolwiek - poczucie winy, radość, tajemnicę. Nic. Twarz człowieka, który je rosół po pracy.

Następnego dnia zrobiłam coś, czego się wstydzę. Przejrzałam jego telefon, kiedy brał prysznic. Nie miał hasła - nigdy nie miał. W kontaktach znalazłam numer zapisany jako „E." Żadnych wiadomości. Żadnych zdjęć. Tylko ten numer i historia połączeń - krótkie rozmowy, dwie-trzy minuty, zawsze we wtorki wieczorem. Dzień przed kinem.

Kim była ta kobieta? Nie wiedziałam i bałam się zapytać. Bałam się nie samej odpowiedzi, ale tego, co zrobię, kiedy ją usłyszę. Bo jeśli to romans - to romans bez namiętności, bez pośpiechu, romans dwojga ludzi, którzy idą do kina i jedzą popcorn. A jeśli to nie romans - to co? Przyjaźń? Przeszłość, o której nie wiem? Ktoś, kogo potrzebuje, a kogo ja nie potrafię mu zastąpić?

Minął kolejny tydzień. I kolejna środa. Andrzej znowu wyszedł w niebieskiej koszuli. Tym razem nie poszłam za nim. Zamiast tego usiadłam przy kuchennym stole, otworzyłam notes i napisałam jedno zdanie: „Kim jest E.?"

Patrzyłam na te trzy słowa bardzo długo. Potem wyrwałam kartkę i schowałam ją do kieszeni fartucha.

Do dziś jej nie wyciągnęłam. I do dziś nie wiem, czy chcę usłyszeć odpowiedź. Bo co, jeśli ta odpowiedź zmieni wszystko? A co, jeśli zmieni tylko to, jak patrzę na te trzydzieści dwa lata - nasze śniadania, nasze milczenie, naszą ciszę w poczekalni? Może lepiej nie wiedzieć. A może dłużej nie dam rady z tym żyć.

Jest czwartek. Andrzej śpi w sypialni. Na stole stoi niedopita herbata z cytryną. A ja siedzę w kuchni i myślę, że za pięć dni znowu będzie środa.