Córka poprosiła, żebym pożyczyła jej pieniądze na remont łazienki. Dałam dwanaście tysięcy. Miesiąc później odwiedziłam ją bez zapowiedzi. Łazienka wyglądała tak samo. W przedpokoju stały nowe walizki z metkami.
Dwie sztuki. Granatowe, twarde, na kółkach. Z logo firmy, której nazwy nie potrafiłam wymówić. Stałam z bukietem tulipanów w ręce i patrzyłam na te walizki jak na coś, co nie powinno tu być - jak karaluch na białym obrusie. Kasia wyszła z kuchni z mokrymi rękami i na sekundę - widziałam to wyraźnie - zamarła. Potem się uśmiechnęła.
- Mamo! Czemu nie zadzwoniłaś?
- Byłam u lekarza na Grochowskiej, to pomyślałam, że wpadnę. Przyniosłam ci tulipany.
Wzięła kwiaty, pocałowała mnie w policzek. Pachniała perfumami, których nie znałam. Nowe perfumy, nowe walizki. A łazienka - stara. Te same pęknięte kafle z początku dwutysięcznych, ta sama kabina z plastikowym parawanem zamiast szyby, ta sama bateria, którą trzeba dokręcać kombinerkami.
Usiadłam w kuchni, a Kasia nastawiła wodę na herbatę. Rozmawiałyśmy o pogodzie, o tym, że Tomek - jej mąż - znowu ma nadgodziny w warsztacie, o tym, że mały Kubuś dostał dobrą opinię w przedszkolu. Normalnie. Ale ja cały czas myślałam o tych walizkach i nie potrafiłam oderwać od nich myśli, jak od drzazgi wbitej pod paznokieć.
Nie zapytałam od razu. Może powinnam była. Ale mam sześćdziesiąt dwa lata i przez czterdzieści z nich pracowałam w księgowości - nauczyłam się, że cyfry mówią same, wystarczy dać im czas.
Te dwanaście tysięcy oddałam Kasi pięć tygodni wcześniej. Zadzwoniła w niedzielę, głos miała zmęczony i trochę drżący. Powiedziała, że fuga się kruszy, że pleśń wchodzi pod kafelki, że Kubuś kąpie się w wannie, pod którą coś wilgotnieje. Że Tomek nie daje rady sam, że potrzebują fachowca i materiałów, i że wstydzi się prosić, ale nie ma do kogo innego.
Nie wahałam się ani minuty. Następnego dnia poszłam do banku i wypłaciłam pieniądze. Odkładałam je na sanatorium w Ciechocinku, bo kolano daje mi się we znaki od trzech lat, ale pomyślałam: kolano poczeka, łazienka nie. Dziecko prosi - matka daje. Tak mnie wychowano i tak ja wychowałam Kasię. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Wróciłam z tej wizyty i nie mogłam zasnąć. Leżałam w swojej kawalerce na Bielanach, słuchałam, jak za ścianą sąsiad Zbyszek ogląda mecz, i układałam sobie w głowie różne scenariusze. Może walizki to prezent od kogoś. Może wygrała w jakimś konkursie. Może Tomek dostał premię i kupili je na letnią wycieczkę z Kubusiem.
Ale coś mi nie pasowało. Kasia od dwóch lat nie jeździła nigdzie dalej niż na działkę teściów pod Otwockiem. Narzekała na każdy rachunek. Za małe odziedziczyła po mnie - tę księgową ostrożność, to liczenie każdej złotówki. Za duże - dumę, która nie pozwalała prosić. A jednak poprosiła. O łazienkę.
Trzy dni później zadzwoniłam do niej z pozoru niewinnie.
- Kasia, znalazłaś już ekipę do tej łazienki?
- Tak, mamo, szukamy. Wiesz, jakie teraz kolejki. Wszyscy zajęci do czerwca.
- No to pamiętaj, żeby wzięli fakturę na materiały. Przyda się do gwarancji.
- Jasne, mamo.
Ton był lekki, normalny. Może za lekki. Tak mówi się o czymś, o czym nie chce się mówić - gładko, szybko, bez zaczepienia. Znam ten ton. Sama go używałam przez piętnaście lat małżeństwa z Markiem, kiedy ktoś pytał, czy wszystko u nas dobrze.
Dwa tygodnie przeleciały. Próbowałam nie myśleć. Tłumaczyłam sobie, że córka ma trzydzieści cztery lata, męża, dziecko, własne mieszkanie - i prawo do własnych decyzji. Ale te walizki stały mi przed oczami jak wyrzut sumienia. Nie mój - jej.
W końcu pojechałam do Kasi jeszcze raz. Tym razem zapowiedziałam się dzień wcześniej. Walizek nie było. Łazienki nikt nie ruszył. Kasia zrobiła sernik, Kubuś pokazywał mi rysunki dinozaurów, Tomek wrócił z pracy i jedliśmy razem kolację. Wszystko normalnie. Idealnie normalnie. Tak normalnie, że aż mnie zemdliło od tej normalności.
Kiedy Tomek poszedł kąpać Kubusia - w tej samej starej wannie, z tą samą cieknącą baterią - zostałyśmy z Kasią same w kuchni. Kroiła jabłko na deskę, nie patrząc na mnie.
- Kasiu - powiedziałam cicho. - Gdzie są te walizki, które widziałam ostatnio w przedpokoju?
Nóż na moment się zatrzymał. Ułamek sekundy, ale go zauważyłam.
- Jakie walizki, mamo?
- Granatowe, nowe, z metkami. Stały przy szafce na buty.
- Aa, te. Koleżanka zostawiła, zabrała już.
Kłamała. Wiedziałam, że kłamie, bo Kasia od dziecka, kiedy kłamała, robiła to samo - odpowiadała pytaniem, a potem dodawała za dużo szczegółów. I rzeczywiście, po chwili zaczęła mówić o jakiejś Monice, która się przeprowadza i nie miała gdzie trzymać rzeczy, i że to tylko na parę dni, i że walizki były w promocji w galerii.
Nie drążyłam. Skinęłam głową, dopiłam herbatę i pojechałam do domu.
Przez następne dwa tygodnie zrobiłam coś, czego się wstydzę. Zaczęłam sprawdzać. Wchodziłam na profil Kasi w internecie - nigdy tego nie robiłam, bo ledwo się na tym znałam, ale sąsiadka Lucyna pokazała mi, jak to działa. I tam, między zdjęciami Kubusia z placu zabaw i fotek sernika, znalazłam coś. Kasia dołączyła do grupy o podróżach do Grecji. Polubiła stronę biura podróży. A w komentarzu pod czyimś zdjęciem z Krety napisała: „My w lipcu! Nie mogę się doczekać!"
Grecja. W lipcu. Za moje dwanaście tysięcy przeznaczone na pleśniejącą łazienkę.
Siedziałam przed komputerem i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie z hukiem - cicho, jak nitka w swetrze, którą się pociąga i pociąga, aż cały rękaw się pruje. Nie chodziło o pieniądze. Dwanaście tysięcy to dużo, odłożone z emerytury złotówka po złotówce, ale oddałabym je Kasi, gdyby powiedziała: „Mamo, chcę zabrać Kubusia nad morze, pierwszy raz w życiu". Oddałabym i jeszcze dołożyła. Ale ona powiedziała: łazienka. Pleśń. Fuga. Użyła słów, które wiedziała, że na mnie zadziałają - bo matka nie odmówi, kiedy chodzi o zdrowie wnuka.
Zadzwoniłam do niej następnego dnia. Chciałam być spokojna, ale ręce mi się trzęsły, gdy trzymałam telefon.
- Kasiu, muszę cię o coś zapytać i proszę, powiedz mi prawdę. Czy za te pieniądze, które ci dałam na łazienkę, kupiliście wycieczkę do Grecji?
Cisza. Długa, gęsta jak kisiel. Słyszałam, jak w tle Kubuś śpiewa piosenkę z bajki.
- Mamo... - zaczęła i głos jej się załamał. - Mamo, my nigdy nigdzie nie jedziemy. Kubuś nigdy nie widział morza. Tomek pracuje po dwanaście godzin i nic z tego nie ma. Ja chciałam raz, jeden raz, żebyśmy mogli gdzieś pojechać jak normalna rodzina.
- Ale okłamałaś mnie, Kasiu.
- Bo wiedziałam, że na wakacje byś nie dała.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż wszystko inne. Nie dlatego, że było okrutne. Dlatego, że mogło być prawdziwe. Czy dałabym? Gdyby powiedziała: mamo, chcę pojechać z rodziną nad morze, pożycz mi pieniądze - co bym zrobiła? Powiedziałabym: a łazienka? A rachunki? A Kubuś nie potrzebuje morza, potrzebuje ciepłej wody?
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Odłożyłam słuchawkę, obiecując, że porozmawiamy. Od tamtej pory minęły trzy tygodnie. Kasia dzwoni co kilka dni, mówi przepraszam, pyta, czy jestem zła. Ja mówię, że nie jestem zła. I nie kłamię - nie jestem zła. Jestem czymś gorszym. Jestem niepewna. Niepewna, czy znam własną córkę. Niepewna, czy znam siebie.
Wczoraj zobaczyłam w sklepie granatową walizkę na kółkach i stanęłam przed nią jak wryta. Ekspedientka zapytała, czy pomóc. Pokręciłam głową i wyszłam.
Pieniądze Kasia obiecała oddać. Łazienkę obiecała wyremontować jesienią. Do Grecji pewnie polecą. A ja siedzę w swojej kawalerce i myślę o jednym: gdyby zapytała wprost - co bym odpowiedziała?