Mam 61 lat i od marca chodzę na lekcje tańca. Instruktor ma 45 lat i mówi mi po imieniu. Syn powiedział, że zachowuję się jak nastolatka. Ale ja po raz pierwszy od rozwodu wybieram coś dla siebie.
To zdanie - „zachowujesz się jak nastolatka" - usłyszałam w niedzielę, przy obiedzie, między drugą porcją bigosu a herbatą z cytryną. Bartek nie patrzył na mnie, kiedy to mówił. Patrzył w telefon, jakby rzucał uwagę o pogodzie. A mnie nogi zmiękły pod stołem, bo dokładnie takim tonem zwykł mówić jego ojciec. Tym samym głosem Ryszard oznajmiał mi kiedyś, że przesadzam, że jestem śmieszna, że kobiety w moim wieku nie robią takich rzeczy.
Wstałam od stołu i zaczęłam zmywać. Bartek chyba nawet nie zauważył, że nie odpowiedziałam.
Na lekcje tańca zapisałam się w marcu, trzy tygodnie po tym, jak Krysia z mojego bloku na Mokotowie powiedziała mi coś, co do dziś noszę w głowie. Stałyśmy na klatce schodowej, ona z siatką z Biedronki, ja z kluczami w ręku, i Krysia nagle spytała: „Bożena, a kiedy ty ostatnio zrobiłaś coś, czego ci nie kazano?". Nie umiałam odpowiedzieć. Stałam jak ta meblościanka w moim salonie - ciężka, nieruchoma, na swoim miejscu od trzydziestu lat.
Rozwód z Ryszardem był siedem lat temu. Dwadzieścia osiem lat małżeństwa, z czego ostatnich dziesięć to było takie życie obok siebie, jak dwa wózki w supermarkecie jadące równoległymi alejkami. On inżynier budowlany, ja księgowa w firmie transportowej. Dwoje dzieci - Bartek, teraz trzydzieści cztery lata, i Magda, dwadzieścia dziewięć, od trzech lat w Dublinie. Kiedy Ryszard się wyprowadził, bo poznał kogoś w pracy, myślałam, że to koniec świata. Okazało się, że to był koniec pewnego świata. A nowy jakoś nie chciał się zacząć.
Przez siedem lat żyłam tak: praca, dom, Bartek z żoną Asią na niedzielnym obiedzie, telefon od Magdy w piątek wieczorem, czasem sanatorium, czasem Dzień Matki z kwiatami w słoiku. Byłam zadowolona. Albo raczej - byłam przyzwyczajona do braku niezadowolenia, co na jedno wychodzi, dopóki się nad tym nie zastanowisz.
Studio tańca mieści się na Puławskiej, w suterenie kamienicy z lat pięćdziesiątych. Schodzi się po schodkach w dół i od razu czuć drewno, pot i coś kwiatowego - może perfumy którejś z kobiet, może odświeżacz. Pierwszego dnia stanęłam w drzwiach i chciałam uciec. Dwanaście osób, większość młodszych ode mnie. A potem wyszedł Tomasz.
Tomasz ma czterdzieści pięć lat, krótkie siwe włosy, szerokie ramiona i taki sposób patrzenia na ludzi, jakby każdego widział pierwszy raz i cieszył się z tego spotkania. Na pierwszych zajęciach podszedł do mnie, wyciągnął rękę i powiedział: „Bożena, tak? Pięknie, że pani przyszła. Ale u mnie nie ma pani - u mnie jest Bożena. Dobrze?". I uśmiechnął się.
Nie zakochałam się. Chcę to powiedzieć jasno, bo wiem, co ludzie myślą. Kobieta po sześćdziesiątce, instruktor tańca, po imieniu - gotowy scenariusz na tanią telenowelę. Ale to nie o to chodzi. Chodzi o to, że ktoś na mnie spojrzał jak na osobę, która ma prawo tam być. Nie jak na matkę, babcię, byłą żonę, koleżankę z trzeciego piętra. Tylko jak na Bożenę.
Chodzę na te zajęcia dwa razy w tygodniu, wtorek i czwartek. Tańczymy bachatę i salsę. Mam buty, których nigdy bym nie włożyła do Biedronki - czarne, z paseczkiem, z takim niewielkim obcasem. Stoją w szafce przy drzwiach i Bartek je widział.
- Mamo, a te buty to do czego? - spytał tydzień temu, kiedy wpadł po drodze z pracy po talerz, który Asia zostawiła u mnie po Wielkanocy.
- Do tańca - odpowiedziałam, a on się zaśmiał. Myślałam, że żartobliwie. Ale nie.
- Jaki taniec? Mamo, ile ty masz lat?
Sześćdziesiąt jeden. Dokładnie tyle, żeby wreszcie wiedzieć, co chcę robić o siódmej wieczorem we wtorek.
W niedzielę, tę od bigosu, próbowałam mu opowiedzieć, jak wygląda salsa. Jak trzeba słuchać muzyki całym ciałem, nie tylko uszami. Jak Tomasz tłumaczy, że taniec to rozmowa, w której nikt nie musi mieć racji. Bartek słuchał, a potem powiedział to o nastolatce. I dodał coś gorszego.
- Tata dzwonił. Mówi, że ludzie gadają.
Zamarłam z talerzem w ręku. Ludzie gadają. Ryszard, który siedem lat temu zostawił mnie dla trzydziestoletniej projektantki wnętrz, teraz martwi się, że ludzie gadają o mnie. O tym, że chodzę na lekcje tańca. I powiedział to naszemu synowi, zamiast powiedzieć mi.
- A co gadają, Bartek?
- No wiesz. Że chodzisz na te tańce. Że instruktor jest młodszy. Że to jakoś tak... - urwał. - No, niepoważnie.
Odłożyłam talerz. Usiadłam naprzeciwko niego. Patrzyłam na mojego syna, który ma oczy Ryszarda i jego sposób unikania mojego wzroku, kiedy mówi coś, co wie, że jest niesprawiedliwe.
- Bartek - powiedziałam cicho. - Dwadzieścia osiem lat robiłam to, co było poważne. Gotowałam, sprzątałam, liczyłam rachunki, pilnowałam, żebyście mieli ciepło i obiad, i czyste koszule. I kiedy tata odszedł, też byłam poważna. Nie płakałam na korytarzu, nie robiłam scen. Byłam poważna jak kamień. I wiesz co? Kamienie nie tańczą.
Bartek milczał. Wziął telefon, wstał i powiedział, że musi jechać, bo Asia czeka. W drzwiach odwrócił się i rzucił: „Mamo, ja nie chcę, żebyś była nieszczęśliwa. Ja chcę, żebyś uważała".
Uważała. Na co? Na szczęście?
Zadzwoniłam do Magdy tego samego wieczoru. Opowiedziałam jej wszystko - o tańcach, o butach, o Tomaszu, o Bartku i o Ryszardzie, który dzwoni do syna, żeby kontrolować moje wtorki i czwartki.
Magda milczała przez chwilę. A potem powiedziała: „Mamo, kup sobie jeszcze jedną parę tych butów. Na zmianę".
Roześmiałam się. Dawno się tak nie śmiałam.
Jest czwartek, za godzinę mam zajęcia. Buty stoją przy drzwiach. Telefon milczy - Bartek nie dzwonił od niedzieli. Może obraził się, może myśli. Nie wiem. Wiem, że za chwilę zejdę po schodkach na Puławskiej, poczuję zapach drewna i muzyki, i Tomasz powie: „Bożena, zaczynamy od podstawowego". I przez godzinę nie będę niczyją matką, niczyją byłą żoną, niczyją sąsiadką z trzeciego piętra. Będę kobietą, która tańczy.
Tylko nie wiem, czy kiedy wrócę do domu, napiszę do Bartka. Czy poczekam, aż on napisze pierwszy. I czy to w ogóle ma znaczenie - kto się pierwszy odezwie - czy raczej ma znaczenie to, co powie.
Włożyłam buty. Te z paseczkiem. I zamknęłam za sobą drzwi.