Córka zabrała mnie nad morze. Myślałam, że wreszcie odpoczniemy razem. Trzeciego dnia zorientowałam się, że przyjechałam tu pilnować wnuków, żeby ona mogła chodzić na kolacje z mężem.
Kiedy Patrycja zadzwoniła w maju z propozycją, stałam akurat przy zlewie i obierałam młode ziemniaki. Pamiętam, bo nóż mi się ześlizgnął i skaleczyłam kciuk, a ona powiedziała: - Mamo, zabieramy cię nad Bałtyk. Dwa tygodnie, Łeba, pensjonat z widokiem na wydmy. Zasłużyłaś. - I ja, Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, trzy lata po przejściu na emeryturę z księgowości w Zakładach Mięsnych pod Poznaniem, poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Radość. Czystą, dziecięcą radość.
Wyobrażałam sobie spacery po plaży. Kawy na promenadzie, jak kiedyś, gdy Patrycja miała szesnaście lat i jechałyśmy razem do Ustki - tylko we dwie, bo Andrzej wtedy już nie żył, a ja musiałam jakoś tę dziewczynkę przekonać, że świat nie jest jednym wielkim pogrzebem. Pamiętam, jak siedziałyśmy wtedy na kocu i jadły gofry z bitą śmietaną, i Patrycja powiedziała: - Mamo, z tobą jest fajnie. - To były chyba najważniejsze słowa, jakie usłyszałam w życiu.
Spakowałam się tydzień wcześniej. Nowy kostium kąpielowy - tak, w moim wieku, a co. Książka, którą odkładałam od zimy. Krem z filtrem, bo Patrycja zawsze powtarza, że powinnam dbać o skórę. Nawet kupiłam sobie nową torebkę plażową, taką ze słomki, z kolorowym paskiem. Głupia byłam jak nastolatka przed pierwszą randką.
Przyjechaliśmy w sobotę. Pensjonat ładny, zadbany, z tarasem na piętrze. Patrycja z Darkiem - swoim mężem od ośmiu lat - mieli pokój z balkonem. Ja dostałam mniejszy, obok pokoju wnuków. Sześcioletni Kubuś i czteroletnia Hania. Kocham je nad życie, ale od razu zauważyłam układ przestrzenny. Mój pokój sąsiadował z dziećmi, nie z córką.
Pierwszego dnia było pięknie. Poszliśmy wszyscy na plażę. Darek budował z Kubusiem zamek z piasku, Hania zbierała muszelki, a ja siedziałam z Patrycją na kocu. Rozmawiałyśmy. O niczym i o wszystkim - o sąsiadce z trzeciego piętra, która znowu zmieniła kolor włosów, o tym, że bigos mi w tym roku wyszedł za słony. Patrycja śmiała się. Dotknęła mojej dłoni i powiedziała: - Dobrze, że tu jesteś, mamo.
Drugiego dnia Patrycja i Darek wyszli po śniadaniu „na chwilę do miasteczka". Wyszli o dziesiątej, wrócili o trzeciej. Ja przez pięć godzin pilnowałam wnuków na plaży. Kubuś chciał wchodzić do wody co minutę, Hania płakała, bo piasek wszedł jej do sandałka. Kiedy wrócili, Patrycja miała nowe kolczyki, a Darek niósł torbę z jakąś winiarni. - Mamo, dziękujemy - powiedziała, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.
Wieczorem zostałam z dziećmi w pensjonacie. Patrycja stanęła w drzwiach mojego pokoju w sukience, którą widziałam pierwszy raz. Ciemna zieleń, do kolan, ładna. - Mamo, dasz sobie radę? Mamy rezerwację na dwudziestą. - Nie spytała. Oznajmiła.
Trzeciego dnia, rano, siedziałam na tarasie z kawą i patrzyłam na wydmy. Kubuś jeszcze spał, Hania bawiła się lalką na podłodze. Patrycja wyszła z łazienki z mokrymi włosami, spojrzała na zegarek i powiedziała: - Mamo, mogłabyś dziś zabrać dzieci do Parku Dinozaurów? My z Darkiem chcemy popływać kajakiem, to nie jest bezpieczne z maluchami.
I wtedy zrozumiałam. To nie były wakacje ze mną. To były wakacje od dzieci. Ja byłam tańszą, bardziej dyspozycyjną wersją opiekunki, która w dodatku nie oczekuje zapłaty i nie trzeba jej szukać na portalu.
Coś we mnie zabolało tak, że musiałam odstawić kubek, bo ręce mi się zatrzęsły. Nie powiedziałam ani słowa. Zabrałam wnuki do tego Parku Dinozaurów. Kubuś był zachwycony, Hania trochę się bała plastikowego tyranozaura. Kupiłam im lody. Czwarte lody w trzy dni.
Wieczorem, kiedy dzieci zasnęły, usiadłam na łóżku i próbowałam sobie odpowiedzieć na pytanie, które mnie gryzło: czy mam prawo się złościć? Córka dała mi dach nad głową, morze, jedzenie. Technicznie - zabrała nad Bałtyk. Nie skłamała. Po prostu nie powiedziała całej prawdy.
Czwartego dnia zadzwoniła Lucyna, moja koleżanka z dawnej pracy. Opowiedziałam jej wszystko. Cisza w słuchawce. Potem: - Bożenka, ale ty się nie daj. Powiedz jej. - Łatwo powiedzieć. Lucyna nie ma córki. Ma dwóch synów, którzy dzwonią raz w miesiącu.
Piątego dnia zebrałam się na odwagę. Dzieci oglądały bajkę na tablecie, Darek poszedł biegać. Patrycja kroiła jabłko w kuchni pensjonatu. Stanęłam w drzwiach.
- Patrycja, muszę ci coś powiedzieć.
- Mhm? - Nawet nie podniosła wzroku.
- Czuję się tutaj jak niania. Nie jak twoja mama na wakacjach.
Nóż zatrzymał się w połowie jabłka. Patrycja podniosła głowę. Zobaczyłam w jej oczach coś, czego się nie spodziewałam - nie złość, nie zaskoczenie. Zmęczenie. Ogromne, głębokie zmęczenie.
- Mamo - powiedziała cicho. - Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio zjadłam kolację w spokoju. Kiedy Darek i ja rozmawialiśmy o czymś innym niż harmonogram Kubusia. Kiedy byłam po prostu kobietą, nie matką, która ogarnia wszystko.
Milczałam.
- Przepraszam, że ci nie powiedziałam wprost. Powinnam była. Ale bałam się, że odmówisz. A ja… ja naprawdę potrzebowałam tych kilku wieczorów. - Głos jej się załamał na ostatnim słowie.
Stałam w tych drzwiach kuchennych i patrzyłam na swoją trzydziestopięcioletnią córkę, która kroiła jabłko i płakała. I widziałam siebie - trzydzieści lat temu, kiedy Andrzej jeszcze żył, Patrycja miała trzy latka, a ja zamykałam się w łazience na pięć minut, żeby po prostu oddychać. Pamiętam, jak dzwoniłam do swojej matki i prosiłam: - Mamo, przyjedziesz w sobotę? - A mama przyjeżdżała. I nigdy nie pytałam, czy mama też potrzebowała odpoczynku.
Podeszłam do Patrycji. Wytarłam jej policzek kciukiem. Przez chwilę stałyśmy tak - ona z nożem i połówką jabłka, ja z ręką na jej twarzy.
- Jutro wieczorem idziesz z Darkiem na kolację - powiedziałam. - Ale w sobotę idziemy ty i ja na promenadę. Same. Bez dzieci, bez Darka. I kupimy sobie gofry z bitą śmietaną. Jak kiedyś.
Kiwnęła głową.
W sobotę poszłyśmy. Kupiłyśmy gofry. Siedziałyśmy na ławce nad morzem i Patrycja opierała głowę o moje ramię, tak jak wtedy, w Ustce, kiedy miała szesnaście lat. Nie powiedziała „z tobą jest fajnie". Powiedziała: - Dziękuję, mamo.
A ja siedziałam, patrzyłam na morze i myślałam, że nie wiem, czy mi to wystarczy. Że nie wiem, czy powinnam czuć się kochana, czy wykorzystana. Że obie te rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Do końca wyjazdu pilnowałam wnuków jeszcze trzy wieczory. Za każdym razem Patrycja pytała: - Mamo, dasz radę? Nie musisz. - I za każdym razem mówiłam, że dam radę. Nie wiem, czy mówiłam to, bo chciałam, czy dlatego, że matki tak mają - że zawsze mówią „dam radę", nawet kiedy nie mają na to siły. I nie wiem, czy Patrycja kiedykolwiek zrozumie różnicę między zaproszeniem a zleceniem. Może zrozumie, kiedy Hania dorośnie i zabierze ją nad morze.