Mąż zaczął chodzić na basen w każdy wtorek. Schudł, zaczął dbać o siebie - cieszyłam się. Aż pewnego wtorku zadzwoniłam na recepcję basenu zapytać o godziny otwarcia. Pani powiedziała, że we wtorki jest nieczynne z powodu konserwacji. Od października.
Odłożyłam słuchawkę i przez dłuższą chwilę stałam w kuchni, patrząc na jego sportową torbę wiszącą na wieszaku przy drzwiach. Czarna, z logo Nike, kupiona we wrześniu. Pamiętam, bo się wtedy ucieszyłam. Mąż wraca do formy, pomyślałam. Ryszard wreszcie coś z sobą robi.
Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzydziestu dwóch jestem żoną Ryszarda. Mogłabym powiedzieć, że go znam jak własną kieszeń. Ale tamtego wtorku, stojąc z telefonem w dłoni i słuchając ciszy w pustym mieszkaniu na Bielanach, zrozumiałam, że od kilku miesięcy żyję obok kogoś, kogo najwyraźniej nie znam wcale.
Zaczęło się we wrześniu. Ryszard wrócił kiedyś z pracy - jest elektrykiem w dużej firmie instalacyjnej - i powiedział, że chce zapisać się na basen. „Doktor mówi, że kręgosłup mi siada, Bożena. Muszę coś robić." Nic dziwnego. Sześćdziesiąt lat, ciężka praca fizyczna, dwadzieścia kilo za dużo. Ucałowałam go w policzek i powiedziałam, żeby się zapisał. Nawet odłożyłam pieniądze na karnet z naszego domowego budżetu. Trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie - niemało jak na emeryturę, którą ja już dostawałam od dwóch lat po trzydziestu latach pracy w księgowości. Ale zdrowie najważniejsze, prawda?
Każdy wtorek wyglądał tak samo. Ryszard wracał z roboty o trzeciej, brał prysznic, pakował torbę i wychodził koło czwartej. Wracał przed siódmą, rozgrzany, w dobrym humorze. Zjadał kolację z podwójnym apetytem. Potem siadał przed telewizorem i zasypiał z pilotem w ręce, jak zawsze. Tyle że coś się w nim zmieniło. Nie potrafię powiedzieć kiedy dokładnie, ale pod koniec października zauważyłam. Kupił sobie nowy dezodorant. Taki w czarnej tubie, droższy niż zwykle. Zaczął golić się przed wyjściem, a nie tylko rano przed pracą. Schudł chyba z siedem kilo do grudnia.
Koleżanki z osiedla mówiły: „Bożena, ale ci Ryszard odmłodniał!" Lucyna z parteru - ta, co prowadzi warzywny na rogu - powiedziała mi wprost: „Pilnuj go, bo ci go wezmą." Machnęłam ręką. Trzydzieści dwa lata razem. Dwoje dorosłych dzieci. Syn Marcin w Gdańsku, córka Agnieszka tu, w Warszawie, z dwójką własnych dzieci. Wspólne wakacje nad Bałtykiem, wspólne Wigilie, wspólne raty za mieszkanie spłacone jeszcze w dwutysięcznym roku. Kto miałby mi go zabrać? I po co?
A potem przyszedł ten wtorek w lutym. Chciałam pójść z nim na basen - miałam wolne popołudnie, kolano mnie bolało, pomyślałam, że woda mi dobrze zrobi. Zadzwoniłam na recepcję, żeby zapytać, o której ostatni wstęp.
„Przepraszam, ale we wtorki jesteśmy nieczynni" - powiedziała uprzejmie pani od telefonu. „Konserwacja i czyszczenie filtrów. Od października tak mamy. Zapraszam w środy albo czwartki."
Od października.
Ryszard chodził „na basen" od września, ale we wtorki basen był zamknięty od października. Czyli co? Przez pierwszy miesiąc chodził naprawdę, a potem przestał? Czy od początku kłamał? Usiadłam przy kuchennym stole i próbowałam oddychać normalnie. Herbata stygła w kubku. Na stole leżała gazeta, którą Ryszard zostawił rano otwartą na stronie z ogłoszeniami drobnymi. Patrzyłam na nią i myślałam: co ja teraz zrobię?
Mogłam zapytać wprost. Mogłam poczekać i śledzić. Mogłam zadzwonić do Agnieszki i się wypłakać. Mogłam zadzwonić do Marcina, który by powiedział: „Mamo, nie przesadzaj, może tata chodzi do drugiego basenu." Ale ja wiedziałam. Czułam to w żołądku - takie ściśnięcie, jak przed wymiotami.
Nie zrobiłam nic. Tamtego dnia przygotowałam kolację jak zwykle. Schabowy z kapustą, ziemniaki. Ryszard wrócił o wpół do siódmej, rozgrzany, w dobrym humorze. Pocałował mnie w czubek głowy, jak zawsze.
- Jak było na basenie? - zapytałam.
- Dobrze. Przepłynąłem czterdzieści długości - odpowiedział, nie patrząc mi w oczy. Albo patrząc. Nie byłam już pewna, czy kiedykolwiek umiałam rozróżnić, kiedy Ryszard kłamie.
Przez dwa następne wtorki obserwowałam. Wracał o tej samej porze. Włosy miał mokre - ale mokre włosy można mieć po prysznicu gdziekolwiek. Raz powąchałam jego torbę, kiedy brał prysznic po powrocie. Ręcznik był suchy.
Suchy ręcznik. To mnie dobił bardziej niż cokolwiek innego. Trzydzieści dwa lata, a on nawet nie zadaje sobie trudu, żeby zamoczyć ręcznik.
W trzeci wtorek pojechałam za nim. Czułam się jak idiotka - pięćdziesięcioośmioletnia kobieta w beżowym płaszczu, podążająca za własnym mężem starym peugeotem. Ryszard zaparkował nie pod basenem, ale pod blokiem na Żoliborzu. Wszedł do klatki schodowej. Nie patrzyłam, na które piętro - nie miałam siły.
Wróciłam do domu i usiadłam na kanapie. Czekałam. Kiedy wrócił o wpół do siódmej i powiedział „czterdzieści pięć długości dzisiaj, Bożena, nowy rekord", po prostu kiwnęłam głową.
W nocy nie spałam. Leżałam i słuchałam, jak Ryszard oddycha. Równo, spokojnie. Jak człowiek z czystym sumieniem. Albo jak człowiek, który już dawno poukładał sobie wszystko w głowie i nie widzi problemu.
Rano, kiedy wyszedł do pracy, zadzwoniłam do Agnieszki. Nie żeby płakać - żeby zapytać o coś, co chodziło mi po głowie od trzech dni.
- Agnieszka, powiedz mi - czy tata kiedykolwiek wspominał kogoś z Żoliborza?
Cisza w słuchawce. Długa cisza.
- Mamo... - głos córki brzmiał dziwnie. Tak jakby ważyła każde słowo. - Mamo, porozmawiaj z tatą. Proszę cię.
- Co ty wiesz?
- Porozmawiaj z tatą.
Agnieszka się rozłączyła. Moja własna córka. Wiedziała. Nie wiem co dokładnie, nie wiem od kiedy. Ale wiedziała wystarczająco dużo, żeby nie chcieć mi powiedzieć.
Siedzę teraz przy kuchennym stole i czekam, aż Ryszard wróci z pracy. Sportowa torba wisi na wieszaku, gotowa na kolejny wtorek. Na blacie leżą dwie pary kluczy - moje i zapasowe od mieszkania. Na kartce wypisałam adres bloku na Żoliborzu, pod którym parkował. Nie wiem jeszcze, co mu powiem. Nie wiem, czy zapytam, czy oznajmię. Nie wiem, czy chcę usłyszeć prawdę, czy boję się jej bardziej niż kłamstwa, do którego zdążyłam przywyknąć.
Trzydzieści dwa lata. Dwoje dzieci. Wspólne mieszkanie, wspólne rachunki, wspólny grób wykupiony na Powązkach - bo Ryszard zawsze myślał praktycznie.
Jednego tylko nie potrafię sobie wybaczyć. Że kiedy Lucyna powiedziała „pilnuj go" - wzruszyłam ramionami.