Po trzydziestu latach małżeństwa mąż zaczął zamykać laptopa, jak tylko wchodziłam do pokoju. Kiedyś zasnął z otwartym - na ekranie był czat z kobietą, która pisała: „Kocham te nasze czwartki". Każdy czwartek wychodził rzekomo na zebranie wspólnoty mieszkaniowej.
Stałam nad nim z mokrymi jeszcze po kąpieli włosami i czytałam te wiadomości, a on chrapał sobie spokojnie w fotelu, z głową odchyloną do tyłu, jakby nie miał na sumieniu absolutnie niczego. Ryszard. Mój Ryszard. Sześćdziesiąt jeden lat, łysiejący, z brzuchem, który od lat nie mieścił się w żadne spodnie bez gumki. Ten sam mężczyzna, który przez trzydzieści lat nie powiedział mi „kocham cię" bez okazji.
Przewinęłam czat w górę. Serce mi waliło tak, że byłam pewna - zaraz go obudzę samym pulsem. Wiadomości ciągnęły się od marca. Był październik. Siedem miesięcy rozmów, emotikonów z serduszkami, zdjęć bukietów - on jej kupował kwiaty. Mnie ostatni raz kupił tulipany na Dzień Kobiet cztery lata temu i to chyba dlatego, że córka mu przypomniała.
Nazywam się Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzydziestu jestem żoną elektryka ze spółdzielni na Pradze. Dwie córki, obie dorosłe, obie z własnymi problemami. Pracuję jako księgowa w hurtowni papierniczej na Targówku - od dwudziestu trzech lat te same faktury, te same teczki, ta sama droga autobusem numer 138. Całe moje życie dało się zamknąć w rozkładzie jazdy.
A tu proszę. Czwartki.
Zamknęłam laptop delikatnie, tak jak on go zamykał przede mną. Poszłam do kuchni. Nalałam sobie herbaty, choć ręce mi się trzęsły tak, że połowę rozlałam na blat. Usiadłam i pomyślałam: co teraz? Obudzić go? Wrzeszczeć? Rzucić w niego tym laptopem?
Nie zrobiłam nic. Wytarłam blat, wypiłam herbatę i poszłam spać. Leżałam obok niego - bo przyszedł do łóżka koło północy - i słuchałam jego oddechu. Trzydzieści lat tego samego oddechu. Znałam każdy dźwięk, jaki wydawał przez sen. Każdy pomruk, każde mlaśnięcie. I nagle ten oddech brzmiał jak oddech obcego człowieka.
Następnego dnia rano obserwowałam go przy śniadaniu. Kroił chleb, smarował masłem, nakładał plaster żółtego sera - zawsze ten sam rytuał. Kawa z mlekiem, dwie łyżeczki cukru. Spojrzał na mnie i powiedział: „Coś blado wyglądasz, Bożena. Weź jakąś witaminę".
Witaminę. Trzydzieści lat, a on mi radził witaminę.
Postanowiłam poczekać do czwartku. Potrzebowałam zobaczyć to na własne oczy, bo w głowie kołatała mi jeszcze nadzieja, że może to pomyłka. Może ta kobieta pisała do kogoś innego. Może to jakaś koleżanka, może wdowa z klatki, która się wygłupia. Desperacko szukałam wytłumaczenia, które pozwoliłoby mi wrócić do normalności.
W czwartek Ryszard zjadł obiad, wziął prysznic - co mnie zdziwiło, bo on się zwykle kąpał wieczorem - założył tę nową koszulę w kratę, którą sam sobie kupił w galerii dwa miesiące temu, i oznajmił, że idzie na zebranie wspólnoty. „Administracja znowu miota się z funduszem remontowym" - westchnął, jakby go to niezmiernie męczyło. Wyszedł o siedemnastej. Słyszałam, jak zamyka drzwi, jak tupie po klatce schodowej, jak trzaskają drzwi od bramy.
Mogłam za nim pójść. Miałam taki plan - ubrać się szybko, wziąć kurtkę, iść w ślad. Ale nogi mi odmówiły. Usiadłam w przedpokoju na taborecie, na którym nikt nigdy nie siadał - stał tam od lat, służył za odkładczyk na torby z zakupami - i siedziałam tak bite dwie godziny. Po prostu siedziałam.
Wrócił o dwudziestej. Pachnął inaczej. Nie perfumami, nie - niczym aż tak filmowym. Pachnął pizzą, a my jedliśmy na obiad żurek. Był gdzieś, jadł coś, był z kimś. Powiedział: „Jak zwykle, dwie godziny gadania o niczym". Uśmiechnął się do mnie. Zwyczajnie.
Zadzwoniłam do córki. Nie tej starszej, Agnieszki, bo ta zawsze bierze stronę ojca. Zadzwoniłam do Kasi, młodszej, tej, która trzy lata temu sama przeszła rozwód i wie, jak smakuje zdrada.
- Mamo, musisz z nim porozmawiać - powiedziała od razu.
- A jeśli powie, że nic się nie dzieje?
- To powiesz, że widziałaś czat. Masz prawo wiedzieć.
- Kasia, ja nie wiem, czy chcę wiedzieć.
Cisza w słuchawce. Córka oddychała. Słyszałam w tle telewizor jej syna, mój wnuk oglądał bajki.
- Mamo - powiedziała w końcu - czy ty go jeszcze kochasz?
To pytanie mnie zatkało. Bo kto o to pyta po trzydziestu latach? Kochać. Ja go miałam. On był. Był rano przy stole, wieczorem przy telewizorze, w weekendy na działce. Był jak meblościanka w salonie - stoi, bo stała zawsze, i nikt nie sprawdza, czy ją jeszcze lubi.
W kolejny czwartek zrobiłam coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Kiedy wyszedł na swoje „zebranie", włączyłam jego laptopa. Hasło znałam od lat - data ślubu, bo Ryszard nie miał wyobraźni do haseł. Otworzyłam czat. Kobieta miała na imię Lucyna. Sześćdziesiąt lat, wdowa, mieszkała trzy przystanki dalej. Poznali się w przychodni, w kolejce do kardiologa. W czwartki chodzili na spacery po parku Skaryszewskim i na kawę do tej małej cukierni przy Zielenieckiej.
Kawę. Spacery. Żadnych zdjęć w bieliźnie, żadnych hotelowych pokojów. Pisali do siebie o pogodzie, o wnukach, o serialach. Ona pisała mu o swojej samotności. On jej - o tym, że w domu nikt z nim nie rozmawia.
Przeczytałam to zdanie trzy razy. „W domu nikt ze mną nie rozmawia, Lucynko. Bożena ma swoje sprawy, córki swoje. Ja siedzę i patrzę w ścianę".
I wiecie, co mnie najbardziej zabolało? Nie to, że napisał do obcej kobiety. Tylko to, że miał rację.
Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam - naprawdę rozmawiałam, nie o rachunkach, nie o tym, co kupić na obiad? Nie potrafiłam sobie przypomnieć. Może na komunii wnuka? I to chyba tylko dlatego, że siedzieliśmy obok siebie w kościele i czekaliśmy na koniec mszy.
Zamknęłam laptopa. Usiadłam na kanapie i płakałam. Długo, brzydko, z czkawką. Nie z zazdrości - z żalu. Za tymi wszystkimi wieczorami, kiedy siedziałam z telefonem, a on z telewizorem, i między nami była tylko cisza.
Minęły dwa tygodnie. Nie powiedziałam mu ani słowa. Chodziłam do pracy, gotowałam obiady, prałam jego koszule - tę w kratę też. W każdy czwartek odprowadzałam go wzrokiem do drzwi i czekałam, aż wróci pachnący pizzą i cudzą rozmową.
Aż pewnego wieczoru, w niedzielę, kiedy siedzieliśmy po kolacji w kuchni, a w radiu leciało coś cichego, powiedziałam:
- Ryszard, porozmawiaj ze mną.
Spojrzał znad gazety. - O czym?
- O czymkolwiek.
Zmarszczył brwi. Odłożył gazetę. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, który stoi na krawędzi czegoś i nie wie, czy skoczyć. Widziałam, jak mu drgają wargi - może chciał coś powiedzieć, może zapytać, skąd ten nagły pomysł. Ale się powstrzymał.
- No dobrze - powiedział powoli. - To może herbaty?
Wstał, nastawił czajnik. Ja patrzyłam na jego plecy - szerokie, przygarbione, znajome. I nie wiedziałam, czy zaczynam odbudowywać coś, co się popsuło, czy tylko przedłużam ciszę, która prędzej czy później znowu nas pożre.
Ale czajnik już się grzał. A on wyciągał z szafki dwa kubki.