Po rozwodzie mąż zamieszkał z młodszą. Po roku zadzwonił, że chce wrócić, bo „tam nie ma domu". Powiedziałam, że u mnie też już nie ma - ale jest u sąsiadki Ewy, która właśnie nauczyła mnie piec szarlotkę i śmiać się bez powodu.

Kiedy odkładałam słuchawkę, ręce mi drżały. Nie ze smutku. Z wściekłości, że przez sekundę - jedną jedyną sekundę - poczułam ulgę na dźwięk jego głosu. Jakby ciało pamiętało coś, czego rozum już dawno się wyrzekł.

Dwadzieścia osiem lat. Tyle byliśmy z Andrzejem razem, licząc od ślubu w kościele Świętej Anny w Poznaniu. Ja pracowałam w księgowości w firmie budowlanej, on był elektrykiem, miał własną działalność. Dwóch synów wychowaliśmy - Bartek skończył politechnikę, Damian poszedł w ojca, robi instalacje. Działka ROD pod miastem, meblościanka kupiona jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, kryształowy wazon na szafce, który dostawałam co roku na imieniny i co roku udawałam, że się cieszę. Normalnie. Zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie zauważyłam, kiedy zaczął wracać z pracy pachnąc perfumami, których nigdy mu nie kupowałam.

Miała na imię Patrycja. Trzydzieści cztery lata, instruktorka fitness. Dowiedziałam się od Krysi z klatki obok, która widziała ich w galerii handlowej. Andrzej trzymał ją za rękę. Krysia powiedziała mi to tak ostrożnie, jakby podawała nóż ostrzem do siebie.

- Bożena, ja nie chcę się wtrącać, ale... gdybym to ja była na twoim miejscu, chciałabym wiedzieć.

Chciałam wiedzieć. I jednocześnie nie chciałam. Ale kiedy tego samego wieczoru Andrzej wszedł do kuchni i powiedział, że „musi porozmawiać", poczułam dziwny spokój. Jakby ktoś wreszcie otworzył okno w dusznym pokoju.

Odszedł w marcu. Spakował dwie walizki i torbę z narzędziami. Stałam w przedpokoju i patrzyłam, jak zdejmuje klucze z karabińczyka. Zostawił te od działki. Zabrał te od garażu.

- Bożena, ja wiem, że to wygląda... - zaczął.

- Wiem, jak to wygląda - przerwałam mu. - Idź już.

Nie płakałam przy nim. Płakałam potem, trzy godziny, siedząc na podłodze w łazience, bo to jedyne miejsce, gdzie synowie nie mogli mnie usłyszeć przez telefon. Bartek zadzwonił wieczorem - chyba ojciec mu powiedział. Mówił, żebym się trzymała. Damian nie zadzwonił. Damian przyjechał następnego dnia, z torbą pełną zakupów, i zrobił mi jajecznicę, chociaż było po dwudziestej drugiej.

Rozwód przeszedł cicho. Andrzej nie kłócił się o mieszkanie - zostawił mi trzy pokoje na osiedlu, sam się wyprowadził do Patrycji, która wynajmowała kawalerkę na Wildzie. Adwokat powiedział, że mam szczęście. Szczęście - to było chyba ostatnie słowo, którego bym użyła.

Pierwsze miesiące pamiętam jak przez mgłę. Chodziłam do pracy, wracałam, robiłam kolację dla siebie samej i nie wiedziałam, ile soli wsypać do garnka, bo przez prawie trzydzieści lat gotowałam na czwórkę. Wieczorami siadałam na kanapie i gapiłam się w telewizor, ale nie potrafiłabym powiedzieć, co oglądałam. Schudłam pięć kilo. Koleżanki z pracy mówiły, że świetnie wyglądam. Nikt nie powiedział: wyglądasz, jakbyś umierała od środka.

Ewa zadzwoniła do moich drzwi w czerwcu, trzy miesiące po odejściu Andrzeja. Mieszkała piętro niżej, znałyśmy się z widzenia - „dzień dobry" na klatce, uśmiech w windzie. Sześćdziesiąt jeden lat, emerytowana położna, wdowa od pięciu lat. Stała na wycieraczce z talerzem przykrytym ściereczką.

- Zrobiłam za dużo naleśników - powiedziała. - Nie znoszę wyrzucać.

Wiedziałam, że nie zrobiła za dużo. Wiedziałam, że to pretekst. Ale wzięłam ten talerz i po raz pierwszy od tygodni zjadłam kolację, która smakowała jak kolacja, nie jak karton.

Ewa nie pytała o Andrzeja. Nie pytała, jak się czuję. Nie mówiła „czas leczy rany" ani „jeszcze spotkasz kogoś". Ewa mówiła: „Chodź, pokaż mi tę swoją działkę, bo słyszałam, że masz agreśt, a ja robię najlepszy dżem w województwie". I szłam. Bo to było łatwiejsze niż siedzenie na kanapie z pilotem od telewizora, który i tak nic nie pokazywał.

Przez lato nauczyłyśmy się o sobie więcej niż przez piętnaście lat sąsiedztwa. Ewa straciła męża nagle - Tadeusz dostał udaru na działce, padł między grządkami pomidorów. Mówiła o tym bez patosu, ale widziałam, jak jej dłonie zaciskają się na kubku herbaty, kiedy wspominała, że do dziś kupuje dwie bułki na śniadanie i jedną wyrzuca.

We wrześniu piekłyśmy pierwszą szarlotkę. Ewa miała przepis od matki - z tartą bułką, cynamonem i odrobiną soku z cytryny, żeby jabłka nie ciemniały.

- Kluczem jest cierpliwość - tłumaczyła, mieszając jabłka na patelni. - Nie podbijaj ognia. Niech się karmelizują powoli.

Stałam w jej kuchni, z rękami w mące, i nagle zaczęłam się śmiać. Bez powodu. Po prostu śmiałam się, a Ewa popatrzyła na mnie i dołączyła, i śmiałyśmy się tak obie, dwie niemłode kobiety ubrudzone mąką, aż łzy leciały po policzkach. I to były dobre łzy.

Andrzej zadzwonił w październiku. Rok i trzy tygodnie po tym, jak zabrał klucze od garażu.

- Bożena, ja wiem, że nie mam prawa prosić - mówił ciszej niż zwykle. - Ale u niej to... to nie jest dom. To jest mieszkanie, w którym ktoś mieszka. Rozumiesz?

Rozumiałam. Aż za dobrze rozumiałam. Bo Andrzej nigdy nie umiał być sam ze sobą. Potrzebował kogoś, kto postawi mu talerz, zapyta jak w pracy, włączy mu lampkę na stoliku nocnym. Nie kochał - potrzebował. I przez dwadzieścia osiem lat myliłam jedno z drugim.

- Andrzej - powiedziałam - u mnie też już nie ma domu. Nie tego, który pamiętasz.

Milczał chwilę. Słyszałam, jak oddycha. Kiedyś ten oddech mnie uspokajał. Teraz był odgłosem jak każdy inny.

- To co tam jest? - zapytał wreszcie.

- Szarlotka Ewy - odpowiedziałam. I rozłączyłam się.

Potem stałam przy oknie i patrzyłam na parking przed blokiem. Jego starego passata tam nie było. Nigdzie nie było. I nie powinno mnie to obchodzić, ale gdzieś pod żebrami poczułam ukłucie - krótkie, ostre, jak wspomnienie, które jeszcze nie zdążyło do końca zabliźnieć.

Następnego dnia Bartek zadzwonił i powiedział, że ojciec pytał, czy może u niego pomieszkać parę tygodni, bo „z Patrycją się nie układa". Bartek pytał mnie, co ma zrobić.

- To twój ojciec - powiedziałam. - Zdecyduj sam.

- Ale co ty byś chciała, mamo?

Nie odpowiedziałam od razu. Stałam w kuchni, w której jeszcze pachniało cynamonem, i myślałam o tym, że pół roku temu ta kuchnia pachniała pustką. Że Ewa jest piętro niżej i pewnie właśnie kroi jabłka. Że mam sześćdziesiąt lat i po raz pierwszy od bardzo dawna nie czekam na nikogo.

- Chciałabym, żeby nic się nie zmieniło - powiedziałam w końcu.

Ale wiedziałam, że to nieprawda. Bo wszystko już się zmieniło. I nie byłam pewna, czy to, co zbudowałam na gruzach, jest wystarczająco mocne, żeby wytrzymać powrót człowieka, który te gruzy zostawił.

Wieczorem zeszłam do Ewy. Piekłyśmy szarlotkę. Nie rozmawiałyśmy o Andrzeju. Ale kiedy wyjmowałam blachę z piekarnika, Ewa popatrzyła na mnie uważnie i powiedziała tylko:

- Pamiętaj o jabłkach, Bożena. Nie podbijaj ognia.

Skinęłam głową. Nie wiem, czy zrozumiałam. Nie wiem, czy chcę rozumieć. Wiem, że szarlotka wyszła idealna - ze złocistą skórką i jabłkami, które nie zgorzkniały.