Syn z synową byli u mnie w niedzielę. Przez dwie godziny rozmawiali przy stole o moim mieszkaniu - ile jest warte, co można z nim zrobić, jak teraz rosną ceny. Siedziałam obok i nalewałam herbatę. Ani razu nie spojrzeli w moją stronę.
Kiedy wyszli, zostały trzy filiżanki na stole. Moja pełna, bo nawet nie zdążyłam się napić. Ich dwie puste. Wytarłam blat ściereczką i dopiero wtedy poczułam, jak trzęsą mi się ręce. Nie z zimna. Z czegoś gorszego - z poczucia, że w swoim własnym domu stałam się elementem wyposażenia. Jak ta meblościanka pod ścianą, którą Marek i Agnieszka pewnie też już wycenili.
Mam na imię Halina. Sześćdziesiąt osiem lat, od trzech na emeryturze. Czterdzieści lat przepracowałam w księgowości - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w firmie budowlanej w samym mieście. Marek to mój jedyny syn. Urodziłam go, kiedy miałam dwadzieścia cztery lata, jeszcze z Tadeuszem. Tadeusz zmarł jedenaście lat temu - rak płuc, trzy miesiące od diagnozy do końca. Mieszkanie, o którym mowa, to trzy pokoje na Piątkowie. Blok z wielkiej płyty, czwarte piętro. Tadeusz dostał przydział w osiemdziesiątym trzecim roku i od tamtej pory tu jestem. Trzydzieści pokoleń firanek, trzy remonty łazienki, nowa kuchnia sześć lat temu - zrobiłam ją za swoje oszczędności, bo chciałam mieć ładnie na starość.
I właśnie ta kuchnia stała się pierwszym tematem niedzielnej rozmowy.
- Mamo, a ile zapłaciłaś za ten remont? - zapytał Marek, jeszcze w przedpokoju, zdejmując buty.
Nie odpowiedziałam, bo Agnieszka już ciągnęła dalej:
- Bo wiesz, te kafelki to dobra marka. Przy sprzedaży to podnosi wartość.
Przy sprzedaży. Stałam z talerzem sernika w ręku i nie wiedziałam, co powiedzieć. Więc się uśmiechnęłam i powiedziałam, żeby usiedli, bo herbata stygnie.
Potem było już tylko gorzej. Marek wyciągnął telefon, pokazywał Agnieszce ogłoszenia z okolicy. „Patrz, na Piątkowie pięćset dwadzieścia za metr. A tu nawet sześćset, ale to po remoncie generalnym." Agnieszka kiwała głową, zapisywała coś w notatkach. Mówili o metrażu mojego mieszkania, o ekspozycji okien, o tym, że balkon podnosi cenę o kilkanaście tysięcy.
Siedziałam między nimi i kroiłam sernik. Podawałam. Nalewałam herbatę. Byłam kelnerką we własnym domu, podczas gdy oni planowali coś, o czym nikt mnie nie zapytał.
W pewnym momencie Agnieszka powiedziała zdanie, które do dziś słyszę, kiedy zamykam oczy:
- Ale trzeba by mamę gdzieś ulokować. Może kawalerka? Albo to nowe osiedle koło Swarzędza, tam są tańsze.
Ulokować. Jak mebel do przechowania.
Marek nie zaprotestował. Pokiwał głową i powiedział: „No, trzeba to przemyśleć." Nie „mamo, co ty o tym sądzisz?". Nie „mamo, czy chciałabyś?". Tylko „trzeba to przemyśleć" - w trzeciej osobie, jakby mnie przy tym stole nie było.
Wieczorem zadzwoniła do mnie Lucyna, koleżanka jeszcze z pracy. Pytała, co słychać, bo nie odzywałam się od tygodnia. Opowiedziałam jej wszystko. Cisza w słuchawce. Potem usłyszałam:
- Halina, a ty im coś powiedziałaś?
- Nie.
- To dlaczego się dziwisz?
I miała rację. Całe życie nie mówiłam. Tadeusz decydował, ja się zgadzałam. Marek prosił, ja dawałam. Agnieszka sugerowała, ja ustępowałam. Kiedy Marek brał ślub, oddałam im pieniądze odłożone na wczasy. Kiedy urodzili Zuzię, pilnowałam jej przez dwa lata, rezygnując z sanatorium, na które czekałam osiemnaście miesięcy. Kiedy Agnieszka chciała zmienić mi zasłony na „bardziej nowoczesne", zgodziłam się, choć tamte uszyła jeszcze moja mama.
Ale to było co innego. To było dawanie z miłości. A teraz ktoś chciał mi zabrać dom. Nie prosząc. Nie pytając. Planując.
Przez następne dni chodziłam po mieszkaniu i patrzyłam na nie inaczej. Dotykałam framug, które Tadeusz malował w każde wakacje. Stałam na balkonie, z którego widać wierzchołki kasztanowców - w maju kwitną tak, że cały pokój pachnie. Otwierałam szufladę, w której leżą zdjęcia z komunii Marka - on w białej koszuli, ja w tamtej zielonej sukience, Tadeusz z dumną miną. Wszystko tutaj miało historię. Moją historię.
W czwartek poszłam do notariusza. Nie żeby cokolwiek podpisywać - żeby zapytać, jakie mam prawa. Pani notariusz, młoda kobieta, może trzydzieści pięć lat, patrzyła na mnie znad okularów i tłumaczyła spokojnie: „Pani Halino, to jest pani mieszkanie. Nikt pani stąd nie może zabrać. Nikt nie może go sprzedać bez pani zgody. Jest pani właścicielką."
Właścicielką. Takie proste słowo, a ja musiałam je usłyszeć od obcej osoby, żeby w nie uwierzyć.
W sobotę zadzwonił Marek. Normalnym tonem, jakby nigdy nic:
- Mamo, wpadniemy jutro? Agnieszka chce pogadać o tym mieszkaniu. Znaleźliśmy agenta, który mógłby wycenić.
Wzięłam oddech. W kuchni bulgotał rosół - robiłam go co sobotę od czterdziestu lat. Na parapecie stała doniczka z fiołkiem, który przesadziłam w marcu. Za oknem kwitły kasztany.
- Marek - powiedziałam. - Jutro możecie przyjść na obiad. Rosół i krokiety, jak zawsze. Ale o mieszkaniu nie będziemy rozmawiać.
Cisza. Długa, ciężka cisza.
- Mamo, ale my chcemy tylko pomóc…
- Wiem, synku. Ale nikt mnie nie pytał, czy potrzebuję pomocy. A to nadal mój dom.
Rozłączyłam się pierwsza. Ręce znowu mi się trzęsły, ale tym razem inaczej. Nie z bezsilności. Postawiłam telefon na blacie i usiadłam przy stole. Przy moim stole, w mojej kuchni, w moim mieszkaniu na czwartym piętrze bloku na Piątkowie.
Nie wiem, czy w niedzielę przyjdą. Nie wiem, czy Marek zrozumiał, czy się obraził. Nie wiem, czy Agnieszka powie mu wieczorem „twoja matka zwariowała", czy może, pierwszy raz od lat, zamilknie.
Wiem jedno - rosół będzie gotowy o dwunastej. I jeśli przyjdą, postawię na stole cztery talerze - dla nich, dla Zuzi i dla mnie. Tym razem ja też usiądę. I tym razem niech spróbują porozmawiać o cenach za metr, patrząc mi w oczy.
Choć może powinnam była powiedzieć to wszystko wcześniej. O dwadzieścia lat wcześniej. Może wtedy nie siedzieliby teraz z agentem nieruchomości w telefonie, planując moje życie beze mnie. A może i tak by siedzieli - bo dzieci czasem widzą w rodzicach nie ludzi, tylko spadek, który jeszcze oddycha.