Mąż przeszedł na emeryturę i powiedział, że wreszcie odpoczniemy. Od poniedziałku do piątku jeździ jednak „pomagać koledze w warsztacie". W zeszłym tygodniu kolega spotkał mnie w aptece i zapytał, jak mężowi mija ta emerytura, bo „w ogóle go nie widuje".
Stałam przy okienku po leki na ciśnienie, z torebką w jednej ręce i receptą w drugiej, kiedy usłyszałam za sobą głos Mirka. „Pani Halinko, dzień dobry! A co tam u Ryszarda? Dawno się nie odzywał." Uśmiechnęłam się odruchowo, bo Mirek zawsze był sympatyczny - taki gładko ogolony, uśmiechnięty chłop, który z Ryszardem przez dwadzieścia lat naprawiał samochody w warsztacie na Żeraniu. Powiedziałam, że dobrze, że Ryszard u niego pomaga codziennie, żeby się na emeryturze nie nudzić. Mirek zmarszczył brwi. „U mnie? Pani Halinko, ja Ryśka nie widziałem od pożegnalnego grilla w czerwcu. To kiedy było, pół roku temu?"
Aptekarka podała mi leki. Zapłaciłam. Nie pamiętam, czy wzięłam resztę. Wyszłam na dwór, usiadłam na ławce obok przystanku i patrzyłam na kwitnące kasztany, jakby to one miały mi powiedzieć, gdzie mój mąż spędza pięć dni w tygodniu od siedmiu miesięcy.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt jeden lat. Z Ryszardem jesteśmy trzydzieści osiem lat po ślubie. Dwóch synów - Tomek w Poznaniu, Bartek we Wrocławiu. Mieszkamy w bloku na Bielanach, trzecie piętro, kuchnia z widokiem na park. Całe życie pracowałam jako księgowa w firmie budowlanej, Ryszard był mechanikiem. Uczciwe, zwyczajne życie. Rachunki zapłacone na czas, wakacje raz w roku nad Bałtykiem, działka ROD z krzakami porzeczek, które Ryszard co roku przycinał za krótko. Myślałam, że wiem o tym człowieku wszystko. Że po tylu latach nie ma już czego odkrywać.
Tamtego dnia wróciłam do domu i postawiłam wodę na herbatę. Ryszard miał wrócić o piątej, jak zawsze. Siadłam przy kuchennym stole z kubkiem i czekałam. Nie płakałam. Było mi zimno mimo maja za oknem. Próbowałam ułożyć sobie to w głowie - może Mirek się pomylił, może Ryszard pomaga innemu koledze, może ja coś źle zrozumiałam. Ale wiedziałam. Gdzieś głęboko, w tym miejscu pod żebrami, gdzie kobiety noszą swoje przeczucia - wiedziałam, że to nie pomyłka.
O piątej szesnaście kluczyk w zamku. Ryszard wszedł w tej swojej wyblakłej kurtce, pachnąc dymem papierosowym i czymś jeszcze - czymś kwiatowym, czego wcześniej nie zauważałam albo nie chciałam zauważać. „Hej, Halinka. Coś na kolację jest?" Normalnym głosem. Jakby nic.
- Jak tam u Mirka w warsztacie? - zapytałam, nalewając mu herbatę. Ręce mi nie drżały. Dziwne, bo w środku się trzęsłam.
- A dobrze, dobrze. Dużo roboty teraz, wszyscy wymieniają opony na letnie. - Usiadł, sięgnął po cukiernicę. Nawet na mnie nie spojrzał.
- Spotkałam dzisiaj Mirka.
Łyżeczka zastygła nad kubkiem. Jedna sekunda, dwie. Potem wsypał cukier, zamieszał. - Gdzie?
- W aptece. Pytał, jak ci mija emerytura. Mówił, że cię nie widuje od lata.
Cisza. Zegar na ścianie tykał tak głośno, jakby nigdy wcześniej nie tykał. Ryszard patrzył w kubek i widziałam, jak szuka słów. Trzydzieści osiem lat - znałam każdy mięsień w jego twarzy, każde zmarszczenie koło oczu, każdy sposób, w jaki zaciskał szczękę. Teraz zaciskał ją tak, że pobielały mu policzki.
- Halinko, to nie jest tak, jak myślisz.
- A jak jest, Ryszard?
Nie odpowiedział od razu. Wstał, podszedł do okna, stanął tyłem do mnie. Patrzył na park, na te kasztany, które ja godzinę wcześniej też bezradnie oglądałam. Kiedy się odezwał, głos miał cichy, jakby zmniejszony.
- Poznałem kogoś. Przed emeryturą, na spotkaniu integracyjnym. Ewa. Pracuje w bibliotece na Woli. Ja nie chciałem, żeby tak wyszło, Halinko. Przysięgam ci.
Ewa. Pracuje w bibliotece. Powiedział to tak, jakby przedstawiał mi nową sąsiadkę. Jakby te trzy zdania mogły wyjaśnić siedem miesięcy kłamstw, codziennych kłamstw, powtarzanych mi prosto w oczy przy śniadaniu, przy obiedzie, przez telefon. „Jadę do Mirka." „Mirek prosił o pomoc." „U Mirka nawał roboty." Każde z tych zdań - osobne kłamstwo. Każde - decyzja, żeby mnie okłamać. Nikt go nie zmuszał. Codziennie rano wstawał, golił się staranniej niż przez ostatnie dwadzieścia lat, zakładał tę kurtkę i szedł. Do niej.
Następne dni były dziwne. Ryszard spał na kanapie w salonie. Nie wychodził z domu. Chodził po mieszkaniu jak duch - nastawiał czajnik, robił herbatę, nie pił jej. Stał na balkonie, palił papierosy jednego za drugim. Ja funkcjonowałam. Prałam, gotowałam, nawet zrobiłam sernik na niedzielę, chociaż nie wiedziałam po co. Ciało robiło swoje, głowa była gdzie indziej.
W środę zadzwoniłam do Bożeny, mojej siostry. Powiedziałam jej. Cisza w słuchawce, a potem: „Halinko, przyjeżdżam." Ale nie chciałam, żeby przyjeżdżała. Nie chciałam współczucia, porad, opinii. Chciałam zrozumieć. Jak to się stało, że mężczyzna, z którym wychowałam dwóch synów, spłaciłam mieszkanie, przeszłam operację kręgosłupa i jego zawał trzy lata temu - jak ten mężczyzna potrafił przez pół roku udawać, że jest kimś innym?
W piątek Ryszard usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole. Tam, gdzie zawsze siadał. Wyglądał staro. Nie jak sześćdziesięcioczteroletni mężczyzna, ale jak ktoś znacznie starszy, przygarbiony i szary na twarzy.
- Zerwałem z nią - powiedział. - Możesz mi wierzyć lub nie. Ale zerwałem. Wczoraj.
Patrzyłam na niego. Na te ręce, które kiedyś montowały Bartkowi pierwszą huśtawkę na działce. Na oczy, w które patrzyłam, kiedy ksiądz pytał nas „czy chcesz". Na usta, które przez siedem miesięcy codziennie mówiły mi kłamstwa.
- Dlaczego, Ryszard? Czego ci brakowało?
- Nie wiem - wyszeptał. I widziałam, że mówi prawdę. Że naprawdę nie wie. Że to nie jest tak, że znalazł kogoś lepszego, młodszego, piękniejszego. Że to było coś innego - głupota, ciekawość, strach przed starością, przed tym, że emerytura to już koniec, ostatni akt. Nie wiem, czy to lepsze, czy gorsze od zwykłej namiętności.
Synowie nie wiedzą. Bożena czeka na mój telefon. Sąsiadki dalej mówią „dzień dobry" na klatce, dalej uśmiechają się, widząc nas razem. Ryszard wrócił do sypialni, ale leży po swojej stronie łóżka jak deska, nie dotyka mnie. Ja leżę po swojej i słucham jego oddechu. Trzydzieści osiem lat tego oddechu.
Wczoraj przyszedł list. Z sanatorium, skierowanie, które załatwiałam jeszcze w lutym, kiedy wszystko było „normalnie". Dwa miejsca, pokój dwuosobowy, Ciechocinek, lipiec. Obróciłam kopertę w dłoniach i pomyślałam, że mam dwa wyjścia. Mogę pojechać z nim albo pojechać sama. Mogę zostać albo odejść. Mogę wybaczyć albo nie. Trzydzieści osiem lat to dużo. Ale jedno kłamstwo powtarzane codziennie przez siedem miesięcy - to też dużo.
Koperta leży na lodówce, przytrzymana magnesem z Kołobrzegu, który Bartek przywiózł nam trzy lata temu. Nie otworzyłam jej. Jeszcze nie wiem, co zrobię.
Ale wiem, że cokolwiek zrobię - to już nie będzie to samo.