Co miesiąc wpłacałam wnuczce na konto czterysta złotych „na studia". Robiłam to cztery lata. W czerwcu pochwaliła się na Facebooku zdjęciem z greckiej plaży i podpisem: „Dzięki babciu, że zawsze we mnie wierzyłaś". O studiach od dawna nie ma mowy.
Zobaczyłam to zdjęcie w niedzielę rano, przy kawie. Turkusowa woda, Patrycja w białym kostiumie kąpielowym, piękna jak z reklamy. Uśmiechnięta, opalona, z koktajlem w ręku. Pod spodem trzydzieści sześć polubień i komentarze koleżanek: „Zazdro!", „Bogini!", „Kiedy wracasz?". I ten podpis. Te słowa, które powinny mnie ucieszyć, a które uderzyły jak policzek.
Odstawiłam filiżankę na spodek. Ręce mi drżały. Nie od razu ze złości - najpierw było niedowierzanie. Takie, wie pani, odrętwienie. Jakby ktoś pokazał mi zdjęcie osoby, którą znałam, ale w scenerii, która absolutnie do niej nie pasowała. Bo Patrycja miała studiować farmację we Wrocławiu. Tak mi mówiła. Tak jej matka - moja córka Renata - mi powtarzała.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzech jestem na emeryturze. Trzydzieści osiem lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Mąż Tadeusz odszedł osiem lat temu - rak płuc, pół roku od diagnozy do pogrzebu. Zostałam sama w naszym dwupokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty. Emerytura - dwa tysiące dziewięćset złotych. Nie głoduję, ale każda złotówka jest policzona. Czterysta złotych miesięcznie to dla mnie było jak oddawanie krwi. Dosłownie odejmowałam sobie od ust.
Zaczęło się cztery lata temu, kiedy Patrycja skończyła liceum. Renata zadzwoniła do mnie w maju i powiedziała: „Mamo, Patrycja dostała się na farmację. Ale wiesz, akademik, podręczniki, to wszystko kosztuje. Czy mogłabyś coś dorzucać?". Nie wahałam się ani chwili. Patrycja była moją jedyną wnuczką. Córka Renata rozwiodła się z Dariuszem, kiedy mała miała siedem lat, i od tamtej pory ciągnęła to wszystko sama. Pracowała na kasie w Biedronce, potem awansowała na kierowniczkę zmiany. Dawała radę, ale na studia dziecka nie starczało.
Założyłam Patrycji konto oszczędnościowe. Co miesiąc, pierwszego, jak zegarek, przelewałam czterysta złotych. Tytuł przelewu zawsze ten sam: „Na studia, kochana, babcia". Przez cztery lata nie opuściłam ani jednego miesiąca. Nawet kiedy w zeszłym roku pękła mi rura w łazience i hydraulik wziął tysiąc dwieście, nawet wtedy wzięłam z tego, co miałam, i przelałam. Bo studia to przyszłość. Bo Patrycja miała być pierwszą osobą w naszej rodzinie z wyższym wykształceniem.
Rezygnowałam z różnych rzeczy. Z sanatorium, na które dostałam skierowanie dwa lata temu - nie pojechałam, bo zabrakłoby na przelew. Z nowych okularów - stare sklejone taśmą, ale trzymały. Nie kupowałam sobie nowych butów zimowych trzy zimy z rzędu. Sąsiadka Krysia z drugiego piętra mówiła: „Halina, ty się wyniszczasz dla tej dziewczyny", a ja odpowiadałam: „Krysiu, jak nie babcia, to kto?".
Patrycja odwiedzała mnie rzadko. Na początku przyjeżdżała co dwa miesiące, potem raz na kwartał, potem - może dwa razy w roku. Zawsze z uśmiechem, zawsze z kwiatami, zawsze z opowieściami o egzaminach, wykładowcach, praktykach w aptece. Chętnie słuchałam. Nie pytałam o szczegóły, bo farmacja to dla mnie czarna magia. Raz zapytałam, jaki ma ulubiony przedmiot. „Farmakognozję" - powiedziała bez mrugnięcia okiem. Brzmiało wiarygodnie.
A potem, w lutym tego roku, spotkałam na klatce schodowej Bożenę z parteru. Bożena ma córkę, Karolinę, która jest w wieku Patrycji. Pogadałyśmy o dzieciach, jak to kobiety, i Bożena powiedziała mimochodem: „A Patrycja to jeszcze na tych studiach? Bo Karolina mówiła, że widziała ją w centrum handlowym w butiku z odzieżą, że tam pracuje". Zamarłam. Powiedziałam: „Pewnie dorabia do stypendium". I poszłam do siebie.
Ale myśl nie dawała mi spokoju. Tego samego wieczoru - po raz pierwszy w życiu - wpisałam w Google: „Wydział Farmaceutyczny Wrocław lista studentów". Niczego nie znalazłam. Próbowałam na Facebooku zajrzeć głębiej w profil Patrycji. Zdjęcia z imprez, z restauracji, z wycieczek. Ani jednego zdjęcia z uczelni. Ani jednego wpisu o sesji. Żadnego „zdałam!" czy „oblałam, pomocy".
Zadzwoniłam do Renaty. „Córciu, powiedz mi szczerze - Patrycja nadal studiuje?". Cisza w słuchawce. Długa cisza. A potem Renata powiedziała: „Mamo, nie chciałam ci mówić, ale ona zrezygnowała po pierwszym roku. Nie dała rady chemii".
„Po pierwszym roku" - powtórzyłam jak echo. - „A ja wpłacam od czterech lat".
„Wiem, mamo. Patrycja... ona miała ci powiedzieć. Prosiłam ją tyle razy".
„A ty? Ty wiedziałaś i milczałaś trzy lata?"
Znowu cisza. Słyszałam, jak Renata oddycha ciężko, jakby biegła. Wreszcie powiedziała: „Bałam się, że przestaniesz ją kochać".
To zdanie mnie złamało. Nie pieniądze - to zdanie. Że moja własna córka myśli, iż moja miłość do wnuczki zależy od przelewów. Że byłam dla nich bankomatem z sercem, który trzeba obsługiwać odpowiednią kartą - w tym wypadku kartą o nazwie „farmacja".
Policzyłam wieczorem. Cztery lata razy dwanaście miesięcy razy czterysta złotych. Dziewiętnaście tysięcy dwieście złotych. Prawie dwadzieścia tysięcy. Moje sanatorium. Moje okulary. Moje buty zimowe. Moje spokojne wieczory bez liczenia, czy starczy do pierwszego.
A potem, w czerwcu, to zdjęcie z Grecji. Ten podpis. „Dzięki babciu, że zawsze we mnie wierzyłaś".
Czy ona naprawdę nie rozumiała? Czy to był cynizm, czy jakaś dziecięca nieświadomość? Przez tydzień nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i prowadziłam w głowie rozmowy, które chciałam z nią odbyć. W jednej krzyczałam. W drugiej płakałam. W trzeciej spokojnie tłumaczyłam, a Patrycja przepraszała i obiecywała oddać pieniądze. W żadnej z tych wyobrażonych rozmów nie czułam ulgi.
Zadzwoniłam do niej w następny piątek. Odebrała od razu, wesoło: „Babciu! Właśnie wróciłam! Mam ci tyle do opowiedzenia!".
„Patrycja" - powiedziałam. - „Wiem, że nie studiujesz. Wiem od lutego".
Usłyszałam, jak wciąga powietrze. Potem szept: „Babciu, ja..."
„Nie kończ. Chcę ci powiedzieć jedno. Te pieniądze to nie był prezent na wakacje. To było moje sanatorium. Moje zdrowie. Moje trzy zimy w dziurawych butach. Chciałam, żebyś to wiedziała".
Płakała. Słyszałam to wyraźnie. I wiem, że te łzy były prawdziwe - bo Patrycja nie jest złym człowiekiem. Jest młoda, jest bezmyślna i przez trzy lata ktoś - ona sama, jej matka, może obie - pozwalały mi żyć w kłamstwie. Ale nie jest zła.
„Babciu, ja to oddam. Wszystko oddam. Znajdę sposób" - mówiła przez łzy.
Nie odpowiedziałam od razu. Bo nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę. Pieniędzy? Ich nie odzyska się pstryknięciem palców. Przeprosin? Już je dostałam. A może chciałam czegoś, czego żadna z nich nie potrafi mi dać - tych czterech lat, kiedy zasypiałam dumna, że moja wnuczka będzie magistrem farmacji?
Wziąłam dzisiaj wyciąg z tego konta oszczędnościowego. Pozostało na nim siedemnaście złotych i czterdzieści groszy. Patrycja wypłaciła niemal wszystko. Schowałam wyciąg do szuflady, pod rachunki za prąd, tam gdzie trzymam ważne rzeczy.
Renata dzwoniła trzy razy w tym tygodniu. Nie odbieram. Patrycja napisała SMS-a: „Babciu, proszę, porozmawiaj ze mną. Kocham Cię". Przeczytałam. Nie odpisałam.
Siedzę w kuchni, piję herbatę z cytryną i myślę o jednym. O tym, że Patrycja napisała na Facebooku: „Dzięki babciu, że zawsze we mnie wierzyłaś". I o tym, że ja faktycznie w nią wierzyłam. Tylko nie wiem, czy jeszcze wierzę.