Pożyczyłam bratu dwanaście tysięcy na naprawę dachu - w lutym, z oszczędności. W lipcu poprosiłam o zwrot. Bratowa zadzwoniła: „Jak możesz ciągnąć pieniądze od rodziny?"

Odłożyłam telefon na blat kuchenny i stałam tak chyba z minutę, patrząc na ekran, który powoli gasł. Nie płakałam. Było mi za gorąco na płakanie - lipiec, trzecie piętro bloku na Ratajach, okna na południe. Wentylator na szafce mielił powietrze jak maszynka do mięsa i był równie skuteczny. Ale to nie upał mnie sparaliżował. To było to zdanie Marty. „Ciągnąć pieniądze od rodziny." Jakbym była kimś obcym. Jakbym przyszła z ulicy po jałmużnę.

Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i przez trzydzieści dwa lata pracowałam w księgowości - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w firmie budowlanej w mieście. Cyfry to moje życie. Umiem liczyć i umiem oszczędzać. Dwanaście tysięcy, które pożyczyłam Leszkowi, odkładałam przez półtora roku, po czterysta, pięćset złotych miesięcznie. To miało być na nową pralkę i remont łazienki - fugi mi odchodziły od ścian, a wanna miała żółte plamy, których już żaden domestos nie ruszał.

Leszek zadzwonił w lutym, wieczorem, kiedy oglądałam serial. Głos miał taki, jaki zawsze, kiedy potrzebował pomocy - cichy, lekko zażenowany, jakby go ktoś zmuszał do mówienia.

- Bożenka, mam problem z dachem. Dekarz mówi, że jak nie naprawię teraz, to do wiosny mi zacieknie do sypialni na piętrze. Możesz pożyczyć? Dwanaście tysięcy, oddam do lata.

Nawet się nie zastanawiałam. To mój brat. Młodszy o cztery lata, ale w moich oczach zawsze ten sam Leszuś, który w podstawówce gubił czapki i przychodził do mnie, żebym go okłamała przed mamą. Przelałam pieniądze następnego dnia rano. Napisał SMS: „Dziękuję Siostro. Oddam jak tylko się ogarnę." Z wielką literą, jak zwykle, kiedy chciał podkreślić, że to ważne.

Marzec, kwiecień, maj - cisza. Dzwoniłam czasem, rozmawialiśmy o pogodzie, o tacie, który od dwóch lat leżał w domu opieki pod Swarzędzem, o problemach Leszka w warsztacie samochodowym, który prowadził od piętnastu lat. Ani słowem o pieniądzach. Myślałam: sam podniesie temat. Zna mnie, wie, że te dwanaście tysięcy to nie był grosz z portfela.

W czerwcu zaczęłam się niepokoić. Hydraulik, którego poleciła mi koleżanka z pracy, dał wycenę na łazienkę - siedem tysięcy z materiałem. Potrzebowałam tych pieniędzy. Ale wciąż czekałam. Bo tak mnie wychowano - nie upominasz się. Dajesz i czekasz. Kto pożycza rodzinie, nie ściąga jak windykator.

Wreszcie w lipcu, po rozmowie z Renatą - moją jedyną przyjaciółką jeszcze ze szkoły średniej - zebrałam się na odwagę. Renata powiedziała mi wtedy coś, co utkwiło mi w głowie: „Bożena, ty nie prosisz o łaskę. Ty prosisz o swoje." Zadzwoniłam do Leszka w sobotni poranek. Odebrał po czwartym sygnale. Był w warsztacie, słyszałam szczęk kluczy w tle.

- Leszek, słuchaj, nie chcę cię cisnąć, ale potrzebuję tych pieniędzy z powrotem. Planuję remont łazienki i...

- Jasne, jasne, Bożenka - przerwał mi szybko. - Dam radę. Pogadam z Martą, ogarniemy to jakoś. Daj mi tydzień.

Minęły dwa tygodnie. I wtedy zadzwoniła Marta.

Nie „dzień dobry", nie „cześć, Bożena". Od razu tym swoim tonem, który znam od dwudziestu lat ich małżeństwa - tonem kobiety, która uważa, że tylko ona wie, jak powinien wyglądać świat.

- Bożena, naprawdę nie wiem, jak możesz ciągnąć pieniądze od rodziny. Leszek nie śpi po nocach przez ciebie. Mamy dwójkę dzieci, Zuzia idzie na studia we wrześniu, Bartek potrzebuje aparatu na zęby. A ty z tą swoją łazienką. Łazienka może poczekać. Rodzina nie może.

Chciałam powiedzieć tyle rzeczy. Że to nie „ciągnięcie pieniędzy", tylko zwrot pożyczki. Że Zuzia idzie na studia, ale ja przez pół życia nie miałam dzieci, bo tak się moje życie ułożyło, i nikt mi za to nie dopłacał. Że kiedy Leszek zakładał warsztat, to ja dałam mu pięć tysięcy, których nigdy nie oddał, i nigdy o tym nie wspomniałam. Że kiedy tata zachorował, to ja jeżdżę do niego co niedzielę czterdzieści kilometrów, a Leszek pojawia się na Wielkanoc i Boże Narodzenie z bombonierką.

Nie powiedziałam nic z tych rzeczy. Powiedziałam tylko:

- Marta, to była pożyczka. Leszek obiecał oddać do lata.

- No widzisz - odparła - tak to jest z tymi obietnicami. Jakbyś miała własną rodzinę, tobys rozumiała, że czasem się nie da. Ale ty zawsze byłaś tylko o sobie.

Rozłączyłam się. Ręce mi drżały. Nie ze złości - z czegoś gorszego. Z poczucia, że właśnie usłyszałam coś, co Marta myślała o mnie od lat, a teraz wreszcie powiedziała głośno. Samotna ciotka Bożena, bez męża, bez dzieci. Może sobie poczekać. Może się poświęcić. Bo dla kogo ona w ogóle żyje?

Zrobiłam herbatę. Usiadłam przy kuchennym stole. Na blacie leżał wyciąg z konta - sprawdzałam go rano, z nadzieją, że może Leszek przelał choć część. Nic. Patrzyłam na swoje oszczędności: zostało dwa tysiące trzysta złotych. Plus emerytura za trzy tygodnie. Tyle miałam. A fugi w łazience odpadały dalej.

Wieczorem zadzwonił Leszek. Głos miał znowu cichy, ale teraz słyszałam w nim coś nowego - irytację, ledwo skrywaną pod pozorem skruchy.

- Bożenka, Marta mi powiedziała, że rozmawiałyście. Nie powinienem był jej mówić, wiem, ale... posłuchaj, ja te pieniądze oddam. Tylko nie teraz. Może w październiku, może w listopadzie. Daj mi czas.

- Leszek, minęło pięć miesięcy.

- No wiem, wiem. Ale mam ciężko. Warsztat nie ciągnie jak kiedyś. Ludzie kupują nowe auta, nie naprawiają starych. A Zuzia te studia...

I wtedy powiedziałam coś, czego nigdy wcześniej nie powiedziałam do brata.

- Leszek, ja też mam ciężko. Tylko nikt mnie o to nie pyta.

Cisza. Długa, gęsta cisza, w którą wdarło się tylko bzyczenie wentylatora. Wreszcie mruknął:

- Dobra. Pogadam z Martą.

Minęły trzy tygodnie. W skrzynce na listy znalazłam białą kopertę, bez znaczka, bez adresu zwrotnego. W środku trzy tysiące złotych w banknotach studwudziestozłotowych i karteczka wyrwana z zeszytu. Pismo Leszka, te same krzywe literki co w podstawówce: „Reszta będzie. Przepraszam."

Schowałam pieniądze do szuflady. Karteczkę położyłam na lodówce, pod magnesem z Kołobrzegu, który przywiozłam sobie dwa lata temu. Stałam w kuchni i myślałam o tatce, o tym, jak zawsze powtarzał: „Rodzina to rodzina, Bożenka, nie ma bliższych ludzi." Tata leży teraz w domu opieki i nie poznaje ani mnie, ani Leszka. Może to i lepiej.

W niedzielę pojadę do niego jak zawsze. Po drodze minę zjazd na osiedle Leszka. Mogę skręcić. Mogę nie skręcać.

Jeszcze nie wiem.