Przepisałam córce mieszkanie dwa lata temu - „żebyś miała spokój na starość, mamo". W piątek ktoś zadzwonił domofonem. Pan z agencji nieruchomości, umówiony z właścicielką na oględziny.
Stałam z tą słuchawką domofonu przy uchu i nie mogłam się ruszyć. Powtórzył. Agencja „Dom i Klucz", oględziny umówione na piętnastą, pani Patrycja prosiła, żeby go wpuścić, bo się spóźni dziesięć minut. Pani Patrycja. Moja córka.
- Chyba się pan pomylił - powiedziałam. Głos mi się nie trzęsł. Jeszcze nie.
- Marszałkowska **, mieszkanie **? - zapytał uprzejmie.
Marszałkowska **, mieszkanie **. Trzydzieści osiem lat pod tym adresem. Trzydzieści osiem lat rosołów, prania, Wigilii, płaczu za ścianą, kiedy Patrycja miała koszmary. Powiedziałam, że nie, że to nieporozumienie, i odłożyłam słuchawkę. Potem usiadłam na taborecie w przedpokoju i patrzyłam na swoje ręce. Leżały mi na kolanach jak dwa martwe ptaki.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i do tamtego piątku byłam pewna, że wiem, na czym stoję. Mieszkanie przepisałam córce aktem notarialnym w styczniu dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. Patrycja mówiła, że to „zabezpieczenie" - żebym nie musiała się martwić spadkiem, sądami, formalnościami. „Mamo, i tak tu mieszkasz, nic się nie zmieni. Wpiszemy służebność, będziesz miała prawo dożywotniego zamieszkania. Ja nie chcę tego mieszkania dla siebie, ja chcę twojego spokoju."
Brzmiało to tak pięknie. Mój zmarły mąż Ryszard, elektryk z trzydziestoletnim stażem w zakładzie na Woli, kupił to mieszkanie w dziewięćdziesiątym pierwszym za wszystko, co mieliśmy. Pamiętam, jak niósł klucze w kieszeni kurtki i uśmiechał się tak szeroko, że widziałam mu ten złoty ząb z lewej strony. Powiedział wtedy: „Bożena, teraz to nasze". Ryszard umarł osiem lat temu. Rak płuc - trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Zostałam sama z emeryturą po nauczycielce - tysiąc osiemset złotych, potem z waloryzacjami nieco więcej, ale nigdy dość, żeby nie liczyć groszy pod koniec miesiąca.
Patrycja jest moją jedyną córką. Ma trzydzieści osiem lat, pracuje jako księgowa w firmie logistycznej we Wrocławiu. Trzy lata temu wyszła za Damiana. Damian jest w porządku - tak mi się przynajmniej wydawało. Przystojny, spokojny, zawsze mówił „dzień dobry, proszę pani" i pomagał mi znosić zakupy z samochodu, kiedy przyjeżdżali w odwiedziny. Raz naprawił mi kran w łazience, nawet nie prosząc o pieniądze na uszczelki. Takie rzeczy zapamiętuje się na starość.
Po tym, jak odłożyłam słuchawkę domofonu, siedziałam może pięć minut. Potem wstałam, nalałam sobie wody z kranu do kubka po herbacie i wypiłam jednym haustem. Zadzwoniłam do Patrycji.
Nie odebrała.
Zadzwoniłam jeszcze raz. I jeszcze raz. Za czwartym razem włączyła się poczta. Napisałam SMS-a: „Córeczko, zadzwoń do mamy, proszę. To pilne". Potem drugi: „Był ktoś z agencji nieruchomości. Pod naszym adresem. Powiedz, że to pomyłka"
Odpowiedziała po godzinie. Jednym zdaniem: „Mamo, pogadamy w niedzielę, teraz jestem w pracy, nie mogę".
Nie napisała, że to pomyłka.
Sobota była najdłuższym dniem mojego życia. Dłuższym nawet niż ta sobota w szpitalu, kiedy Ryszard odchodził. Bo wtedy wiedziałam, co się dzieje. Teraz nie wiedziałam nic. Chodziłam po mieszkaniu i dotykałam rzeczy. Framuga, którą Ryszard szlifował papierem ściernym. Tapeta w kuchni, którą wybierałyśmy z Patrycją, kiedy miała szesnaście lat - kremowa, w drobne listki. Meblościanka w pokoju, brzydka, za ciężka, ale mieściła wszystko: albumy, kryształy ze ślubu, świadectwa szkolne Patrycji z czerwonym paskiem.
Zadzwoniłam do Lucyny, sąsiadki z czwartego piętra. Lucyna ma siedemdziesiąt lat i rozum, jakiego mi brakuje. Przyszła z sernikiem na talerzyku i usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.
- Bożena, mów - powiedziała.
Powiedziałam. Wszystko. Od aktu notarialnego po ten domofon.
Lucyna odłożyła widelczyk i popatrzyła na mnie tak, jak się patrzy na kogoś, kto wchodzi pod autobus.
- Sprawdzałaś księgę wieczystą?
- Jaką księgę?
- Elektroniczną. W internecie. Numer masz w papierach od notariusza.
Nie sprawdzałam. Nigdy nie sprawdzałam. Po co miałabym sprawdzać coś, co załatwiła moja córka?
Lucyna wyjęła telefon, kazała mi przynieść dokumenty. Siedziałyśmy nad ekranem z okularami na czubkach nosów, jakbyśmy odczytywały wyrok. I w pewnym sensie tak było. W księdze wieczystej, w dziale trzecim, nie było żadnej wzmianki o służebności osobistej. Żadnego prawa dożywotniego zamieszkania. Nic.
- Bożena - Lucyna złapała mnie za rękę - to znaczy, że formalnie możesz być wyrzucona z własnego mieszkania. To znaczy, że ona może je sprzedać z tobą w środku albo bez ciebie. I wygląda na to, że właśnie to robi.
Nie płakałam. Myślałam, że będę płakać, ale oczy miałam suche jak piasek. Coś się we mnie zatrzasnęło. Jak te stare zamki w drzwiach, co idą na dwa obroty i potem już nie można otworzyć od środka.
W niedzielę Patrycja zadzwoniła o jedenastej. Głos miała taki jak zwykle - ciepły, trochę zmęczony.
- Mamo, nie dramatyzuj. My z Damianem mamy pewne zobowiązania finansowe. Wzięliśmy kredyt na dom pod Wrocławiem. To mieszkanie w Warszawie... mamo, ono jest warte pięćset tysięcy. Może więcej. To jedyny sposób, żeby wyjść na prostą.
- A ja? - zapytałam.
Cisza. Słyszałam, jak w tle Damian mówi coś przyciszonym głosem.
- Mamo, zamieszkasz u nas. Mamy pokój na górze, z własną łazienką. Będzie ci dobrze. Pod Wrocławiem jest ładnie, spokojnie, ogród...
- Patrycja - powiedziałam bardzo wolno, bo bałam się, że jeśli przyspieszę, zacznę krzyczeć - czy ty mi chcesz powiedzieć, że sprzedajesz mieszkanie, w którym mieszkam od trzydziestu ośmiu lat, bez mojej zgody?
- To moje mieszkanie, mamo. Prawnie moje. Ty sama je przepisałaś.
Miała rację. I to był najgorszy moment - bo miała rację.
Lucyna powiedziała, że powinnam iść do prawnika. Że może jest coś do zrobienia - podważenie darowizny, rażąca niewdzięczność, jakieś paragrafy. Zapisałam się na poniedziałek do kancelarii na Mokotowie, tej nad apteką, bo tam chodzi Lucyna. Prawniczka, młoda dziewczyna, może trzydzieści lat, wysłuchała mnie, pokiwała głową i powiedziała, że szanse są, ale żeby się nastawić na miesiące. Może lata. I że najważniejsze pytanie brzmi: czy jestem gotowa pójść do sądu przeciwko własnej córce.
Siedzę teraz w kuchni. Jest wtorek, wieczór. Herbata stygnie w kubku z napisem „Najlepsza Mama" - Patrycja kupiła mi go na Dzień Matki cztery lata temu. Na lodówce wisi zdjęcie z jej komunii: biała sukienka, wianek, uśmiech na całą twarz, moja ręka na jej ramieniu.
Dokumenty od prawniczki leżą na stole. Pozew o odwołanie darowizny z powodu rażącej niewdzięczności obdarowanego. Muszę tylko podpisać i zanieść.
Patrycja dzwoniła dziś dwa razy. Nie odebrałam.
Podnoszę kubek, upijam łyk zimnej herbaty i patrzę na ten pozew. Myślę o Ryszardzie, o tym, jak niósł klucze w kieszeni kurtki. O tym, że kupił to mieszkanie dla nas. I o tym, że „nas" miało znaczyć - na zawsze.
Długopis leży obok. Jeszcze go nie wzięłam do ręki.