Co roku od trzydziestu lat to samo - gotuję trzy dni, przyjeżdżają na dwie godziny. W grudniu nie nakryłam stołu. Wsiadłam w autobus do Kołobrzegu. Pokój z widokiem na morze, 280 złotych za dobę.
Autobus ruszył o czternastej z dworca w Poznaniu. Siedziałam przy oknie, z reklamówką na kolanach, w której leżała bułka z serem, termos z herbatą i portfel. Telefon miałam wyłączony. Pierwszy raz od lat nie wiedziałam, o której wrócę do domu - i pierwszy raz nie czułam z tego powodu strachu.
Nazywam się Bożena. Mam sześćdziesiąt dwa lata, od trzech jestem na emeryturze, wcześniej przez dwadzieścia osiem lat pracowałam jako księgowa w hurtowni materiałów budowlanych na Wildzie. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu - nie ode mnie, z tego świata. Zawał na działce, pod gruszą, którą sam zasadził. Zostałam z dwojgiem dorosłych dzieci - Tomkiem i Agatą - i z mieszkaniem w bloku na Ratajach, trzecie piętro, widok na parking i plac zabaw.
To na tym parkingu w Wigilię zwykle pojawiały się ich samochody. Tomek z żoną Patrycją i dwójką synów - Kubą i Filipem. Agata z mężem Dariuszem i córeczką Hanią. Przyjeżdżali osobno, bo od trzech lat ze sobą nie rozmawiali - długa historia, chodzi o pieniądze po ojcu i działkę, którą Tomek chciał sprzedać, a Agata nie. Więc układałam świąteczny rozkład jazdy: Tomek o szesnastej, Agata o osiemnastej trzydzieści. Między nimi - pół godziny na zmianę obrusa i wytarcie łez.
Trzydzieści lat tego samego rytuału. Trzy dni gotowania: barszcz z uszkami, karp w galarecie, kutia, pierogi z kapustą i grzybami, makowiec, kompot z suszu. Wszystko od podstaw, jak moja mama robiła, jak jej mama robiła. Ryszard pomagał - obierał ziemniaki, mył gary, żartował, że karp w wannie to jego kolega z pracy. Po jego śmierci zostałam z garnkami sama.
W zeszłym roku Tomek przyjechał o szesnastej dwadzieścia, bo „korki na Głogowskiej". Patrycja powiedziała, że Filip nie je karpia, bo jest „w trakcie przejścia na weganizm" - Filip miał jedenaście lat. Kuba siedział z nosem w tablecie. Tomek zjadł barszcz, pochwalił pierogi, zapytał, czy wymieniam okna, bo „te stare to straszne rachunki za ogrzewanie, mamo". O siedemnastej piętnaście powiedzieli, że muszą jechać, bo jeszcze jadą do teściowej.
Agata przyjechała o osiemnastej czterdzieści pięć. Hania miała gorączkę, więc Dariusz został z nią w samochodzie. Agata weszła na piętnaście minut, wzięła talerz z karpia „na wynos", pocałowała mnie w policzek i powiedziała: „Mamo, następnym razem może zrób mniej, bo potem to stoi w lodówce i się marnuje".
Stałam w kuchni z mokrą ścierką w ręku i patrzyłam na garnek barszczu, z którego ubyła może jedna trzecia. Na blat z nienaruszoną kutią. Na makowiec, którego nikt nawet nie spróbował. I wtedy coś we mnie pękło. Nie z hukiem - raczej cicho, jak pęka nitka w swetrze, którego za długo się nosi.
Przez następne tygodnie myślałam o tym wieczorze. Nie o jednym - o wszystkich trzydziestu. Jak z roku na rok barszcz coraz mniej smakował, bo coraz mniej osób go jadło. Jak rozmowy przy stole stawały się krótsze. Jak Wigilia z uroczystości zamieniła się w punkt do odhaczenia między innymi zobowiązaniami.
Na początku grudnia zadzwoniła Agata. - Mamo, w tym roku robimy Wigilię u nas, ale teściowa Dariusza się prosiła, więc może byś do nas wpadła na chwilę wcześniej? Tak koło piętnastej? A potem byśmy cię odwieźli do domu.
- Na chwilę - powtórzyłam.
- No wiesz, mamo, żeby się nie ciągnęło. Hania potem jest marudna.
Tego samego dnia zadzwonił Tomek. - Mamo, słuchaj, w tym roku chyba nie damy rady do ciebie. Patrycja ma urlop i lecimy do Egiptu. Dwudziestego wylatujemy. Ale może po Nowym Roku wpadniemy?
- Jasne - powiedziałam. - Jedźcie.
Może to było najważniejsze „jasne" w moim życiu. Bo kiedy odłożyłam słuchawkę, podjęłam decyzję. Żadnego gotowania. Żadnego nakrywania stołu. Żadnego czekania.
Znalazłam w internecie pensjonat w Kołobrzegu - poza sezonem, pokoje tanie, 280 złotych za dobę ze śniadaniem. Pani Krysia, właścicielka, zapytała przez telefon, czy przyjeżdżam „z mężem czy sama". - Sama - powiedziałam i poczułam dziwną dumę z tego słowa.
Dwudziestego trzeciego grudnia wsiadłam w autobus. Zostawiłam na stole w kuchni kartkę: „Jestem w Kołobrzegu. Nie martwcie się. Wesołych Świąt". Telefon wyłączyłam, wsadzając go do szuflady w przedpokoju. Wzięłam tylko tę starą Nokię na kartę, na wypadek gdyby coś naprawdę się stało.
Pokój był mały, ale czysty, z oknem wychodzącym prosto na morze. Grudniowy Bałtyk - szary, wzburzony, piękny w sposób, który rozumiałam dopiero teraz. Stałam przy oknie i płakałam. Nie ze smutku. Z ulgi. Po raz pierwszy od trzydziestu lat Wigilia nie była moim obowiązkiem.
W Wigilię zeszłam na dół, do małej jadalni, gdzie pani Krysia nakryła stół dla kilku gości - samotna pani z Gdyni, starszy pan z Koszalina, małżeństwo z Łodzi, które pokłóciło się z rodziną i też uciekło. Była zupa grzybowa, smażony karp z frytkami i sernik z puszki. Najlepsza Wigilia od lat.
Pan Stanisław - ten z Koszalina, emerytowany kolejarz - powiedział coś, co zostało ze mną do dziś: „Pani Bożeno, ja co roku jadę gdzieś na święta. Synowie mówią, że jestem dziwak. Ale ja im mówię - jak będziecie chcieli prawdziwej Wigilii ze mną, to ją zorganizujecie sami."
Wróciłam dwudziestego siódmego. W bloku na Ratajach czekała cisza. Na automatycznej sekretarce było jedenaście wiadomości. Agata dzwoniła cztery razy - od spokojnej przez zdenerwowaną do wściekłej. Tomek raz, z Egiptu, krótko: „Mamo, co jest? Agata mówi, że uciekłaś. Oddzwoń".
Włączyłam telefon. Po minucie przyszedł SMS od Agaty: „Mamo, jak mogłaś? Hania płakała, że babcia nie ma."
Odpowiedziałam: „Hania miała babcię co roku. Tym razem babcia miała siebie."
Agata przyjechała następnego dnia. Weszła bez pukania, jak zawsze, i zastała mnie przy herbacie z cytryną, spokojną, wypoczętą. Usiadła naprzeciwko, milczała dobrą minutę. Potem powiedziała: - Wiesz, że teściowa Dariusza zrobiła straszne pierogi? Za mało soli.
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Agata też. Śmiałyśmy się razem po raz pierwszy od bardzo dawna.
Ale potem spoważniała. - Mamo, ludzie mówią, że to było egoistyczne.
- Jacy ludzie?
- Patrycja napisała. I ciocia Jola. Że babcia powinna być na Wigilię z rodziną.
Popatrzyłam na nią. - A ty jak uważasz?
Agata długo milczała. Kręciła łyżeczką w herbacie, patrzyła w okno. W końcu powiedziała cicho: - Nie wiem, mamo. Naprawdę nie wiem.
I to było najuczciwsze, co od niej usłyszałam od lat.
Teraz jest marzec. Na lodówce wisi magnes z Kołobrzegu - mewy i latarnia morska. Tomek wrócił z Egiptu, zadzwonił raz, nie wspomniał o Wigilii. Agata przychodzi częściej, ale jakoś inaczej - uważniej, jakby mnie widziała na nowo. Hania rysuje mi obrazki. Czasem myślę, że powinnam była zostać, że to było okrutne. A potem patrzę na ten magnes i przypominam sobie szum fal w wigilijną noc i ciszę, która wreszcie nie bolała.
Nie wiem, co będzie w grudniu. Może znowu pojadę. Może zostanę i nakryję stół - ale tylko jeśli będą chcieli przy nim naprawdę usiąść. Trzydzieści lat gotowałam miłość, którą zjadano w pośpiechu. Teraz uczę się, że miłość nie musi smakować jak barszcz z uszkami podany na czas.
Tyle że w nocy, kiedy nie mogę zasnąć, słyszę głos Agaty: „Ludzie mówią, że to było egoistyczne." I nie wiem, czy oni nie mają racji.