Na pogrzebie szkolnej koleżanki podszedł do mnie starszy pan i powiedział, że szukał mnie pół życia. Wyjął zdjęcie naszej klasy z 1974 roku, staliśmy obok siebie. Powiedział, że wracał wtedy z wojska, żeby się oświadczyć, ale moja matka powiedziała mu w drzwiach, że już wyszłam za mąż. Wyszłam dwa lata później.
Stałam między grobami, z zniczem w jednej ręce i tym zdjęciem w drugiej, i czułam, jak mi się nogi uginają. Ludzie wokół powoli się rozchodzili, ktoś składał parasol, ktoś ciągnął za rękaw dziecko, a ja patrzyłam na dwoje nastolatków w trzecim rzędzie - chuda dziewczyna z warkoczykiem i chłopak z uszami odstającymi spod za krótkiej grzywki - i nie mogłam złapać oddechu.
- Pani pozwoli, że się przedstawię jeszcze raz - powiedział. - Tadeusz Walczak. Tadek. Siedziałem za panią w trzeciej klasie, potem mnie przenieśli do szkoły na Pradze.
Wiedziałam, kim jest. Wiedziałam od pierwszej sekundy, kiedy zobaczyłam te oczy - jasne, przymrużone, jakby ciągle patrzył pod słońce. Tadek Walczak. Chłopak, który nosił mi teczkę z farbami na plastykę i który w szóstej klasie pocałował mnie za szopą na podwórku, a potem uciekł tak szybko, że zgubił but.
Miałam sześćdziesiąt siedem lat. Stałam na cmentarzu Bródnowskim, żegnałam Krysię Jabłońską, z którą jadłam bułki z makiem przez całą podstawówkę, i nagle przeszłość wróciła z taką siłą, że musiałam się oprzeć o metalowe ogrodzenie cudzego grobu.
Jestem Halina. Z domu Maj, po mężu Dąbrowska. Całe życie przepracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej na Woli, potem w prywatnej firmie budowlanej, aż do emerytury. Dwoje dzieci, syn Grzegorz i córka Ewa, troje wnuków. Mąż Andrzej zmarł osiem lat temu. Życie normalne, zwyczajne, poukładane jak rachunki w segregatorze - wiecie, te z napisem „zapłacone".
A Tadek mówił. Staliśmy na boku, pod kasztanem, który właśnie zaczynał kwitnąć, i mówił, a ja słuchałam, i z każdym zdaniem czułam, jak coś we mnie pęka cicho, tak jak pęka lód na kałuży pod butem dziecka.
- Poszedłem do wojska w siedemdziesiątym trzecim. Dwa lata służby. Pisałem do pani listy, ale pewnie nie dochodziły, bo nie było odpowiedzi. A może nie chciała pani odpisywać, kto wie. Ale ja sobie postanowiłem: wrócę i się oświadczę. Kupiłem pierścionek. Taki ze srebra, z niebieskim oczkiem, bo pamiętałem, że pani lubiła niebieski.
Zacisnęłam dłoń na zniczu tak mocno, że plastik zaskrzypiał.
- Przyszedłem do pani domu na Targowej. Maj, drugie piętro, drzwi po lewej. Otworzyła pani matka. Powiedziała: „Halinki nie ma. Halinka wyszła za mąż. Proszę jej nie szukać". I zamknęła drzwi.
Nie odezwałam się. Nie mogłam. Bo widziałam tę scenę tak wyraźnie, jakbym tam stała - mama w swoim granatowym fartuchu, z papilotami na głowie, z tym swoim wzrokiem, który mógł zamrozić wodę w czajniku. Mama, która o wszystkim decydowała. Która wybrała mi szkołę, zawód, a na końcu - męża.
Tyle że w siedemdziesiątym piątym nie byłam jeszcze za mąż. Andrzeja poznałam dopiero rok później, na zabawie sylwestrowej u wujostwa w Piasecznie. Za mąż wyszłam w siedemdziesiątym siódmym. Mama powiedziała Tadkowi, że jestem mężatką, kiedy byłam jeszcze wolna. Dwadzieścia dwa lata i zupełnie sama.
- Próbowałem jeszcze raz - ciągnął Tadek. - Rok później. Pani sąsiadka, ta z trzeciego, potwierdziła. Że mąż, że się wyprowadziła. Nie miałem powodu nie wierzyć.
Sąsiadka z trzeciego. Pani Wiesława, mama najlepsza przyjaciółka. Oczywiście powtórzyła to, co mama kazała.
Powinnam była poczuć złość. I pewnie ją czułam, gdzieś głęboko, pod żebrami, taką gorącą, twardą kulkę. Ale na wierzchu było co innego - zdumienie. Jakbym przez pięćdziesiąt lat chodziła po mieszkaniu i dopiero teraz zauważyła, że jedna ściana jest namalowana na kartonie.
- Ożeniłem się w osiemdziesiątym roku - powiedział Tadek. - Z dobrą kobietą, z Poznania. Trzydzieści osiem lat razem. Zmarła dwa lata temu. Ale wie pani... te listy, co do pani pisałem, to ja je przepisywałem do zeszytu. I czasem czytałem. Janina, moja żona, wiedziała. Nigdy nie robiła mi o to wyrzutów. Mądra kobieta była.
Pomyślałam o Andrzeju. O tym, jak siadał wieczorem w fotelu, zdejmował okulary i polerował je rogiem koszuli, i mówił: „Halinka, daj spokój, nie przejmuj się". O wszystkim tak mówił - o rachunkach, o kłopotach Grzegorza w szkole, o mojej mamie, która się wtrącała w nasze życie na każdym kroku. „Daj spokój." Kochałam go. Na swój sposób, spokojnie, bez fajerwerków. Jak się kocha dobrego, ciepłego człowieka, z którym je się kolację i ogląda telewizję. Ale nigdy - przenigdy - nie czułam przy nim tego, co poczułam, gdy Tadek Walczak podał mi to zdjęcie na cmentarzu.
- Dlaczego pan mnie szukał? - zapytałam wreszcie. Głos mi się trząsł. - Po co, po tylu latach?
Tadek spojrzał na mnie i po raz pierwszy się uśmiechnął. Krzywo, nieśmiało, zupełnie jak ten chłopak, który uciekł bez buta.
- Bo mam sześćdziesiąt dziewięć lat, pani Halino. I chciałem wiedzieć, czy pani była szczęśliwa. Bo jeśli tak, to znaczy, że pani matka miała rację. A jeśli nie...
Nie dokończył.
Jechałam do domu autobusem 527. Zdjęcie leżało w torebce, obok portfela z biletami i chusteczek higienicznych. Tadek dał mi swój numer telefonu, zapisany ołówkiem na odwrocie świętego obrazka, który dostał przy trumnie Krysi. Taki szczegół - numer potencjalnej nowej przyszłości na obrazku ze Świętym Franciszkiem, wręczony przy grobie.
W domu zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam przy kuchennym stole i długo patrzyłam na telefon komórkowy. Potem wyjęłam z szuflady stary album - ten oklejony brązową tkaniną, jeszcze z lat siedemdziesiątych. Szukałam zdjęcia mamy. Znalazłam. Stała na balkonie na Targowej, w tym granatowym fartuchu, z tą miną, jakby cały świat był jej winny wyjaśnienie.
Mama umarła w dziewięćdziesiątym ósmym roku. Nigdy mi nie powiedziała o Tadku. Nigdy nawet nie wspomniała, że ktoś przyszedł, pytał, chciał. Zabrała to ze sobą, jak zabierała wszystko - w milczeniu, z pewnością, że wie lepiej.
Czy byłam szczęśliwa z Andrzejem? Tak. Na swój sposób. Czy byłabym szczęśliwsza z Tadkiem? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Ale wiem jedno - to powinien być mój wybór. Mój, nie mamy.
Obrazek ze Świętym Franciszkiem leży teraz na półce przy łóżku, obok zegarka Andrzeja i tabletek na ciśnienie. Numer Tadka wciąż jest czytelny. Czasem go podnoszę. Obracam w palcach.
Jeszcze nie zadzwoniłam.