Całe życie czekałam - aż dzieci dorosną, aż mąż przejdzie na emeryturę, aż przyjdzie „lepszy moment". W zeszłym miesiącu spakowałam jedną walizkę i pojechałam sama do Kołobrzegu. Pierwszy raz od czterdziestu lat zjadłam śniadanie, nie pytając nikogo, czy mu smakuje.

Jajecznica była za słona. I to było najpiękniejsze w tym śniadaniu - że mogłam ją zjeść taką, jaka była, bez poczucia winy, bez poprawiania, bez wstawania od stołu, żeby dosypać Zbyszkowi szczypiorku, bo on bez szczypiorku nie tknie jajek.

Mam na imię Halina, ale to nieważne. Ważne jest to, co zostawiłam na kuchennym stole na Bielanach - kartkę wyrwaną z notesu w kratę, napisaną długopisem, który ledwo pisał. „Pojechałam nad morze. Wrócę za tydzień. Rosół jest w zamrażarce, wystarczy podgrzać." Czterdzieści lat wspólnego życia zamknęłam w trzech zdaniach. I najtrudniejsze było to ostatnie - o rosole. Bo moje ciało pamięta ruchy, których rozum już nie chce wykonywać.

Zbyszek i ja wzięliśmy ślub w osiemdziesiątym trzecim roku. Miałam dwadzieścia dwa lata, on dwadzieścia pięć. Pracował wtedy jako elektryk w zakładach na Żeraniu. Ja skończyłam technikum ekonomiczne i trafiłam do księgowości w spółdzielni mieszkaniowej. Na weselu tańczyliśmy do trzeciej w nocy i babcia Władzia powiedziała do mojej mamy: „Dobra para, on spokojny, ona zaradna, będzie im dobrze." I było nam dobrze. Przynajmniej tak mi się przez lata wydawało.

Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał, że Zbyszek mnie bił, zdradzał czy pił. Nie. Zbyszek jest porządnym człowiekiem. To może nawet gorsze - bo porządnego człowieka trudniej zostawić, choćby na tydzień. Bo zaraz usłyszysz: „To po co wyjeżdżasz? Przecież ci niczego nie brakuje."

A mi brakowało. Tylko nie umiałam tego nazwać przez czterdzieści lat.

Dzieci przyszły na świat szybko - Magda w osiemdziesiątym piątym, Tomek dwa lata później. Zbyszek pracował po dwanaście godzin, ja wracałam z księgowości i zaczynałam drugą zmianę: obiad, lekcje, pranie w Franię, zakupy w kolejce, łatanie rajstop, bo nowych nie było. Nie narzekałam. Nikt nie narzekał. Tak żyły wszystkie kobiety na naszym osiedlu.

Kiedy dzieci poszły do szkoły, pomyślałam: teraz będzie czas dla mnie. Ale wtedy Zbyszek przeszedł na swoje - otworzył mały zakład elektryczny. Księgowość? Halina się zajmie. Telefony od klientów? Halina odbierze. Faktury, ZUS, urząd skarbowy? Halina ogarnie. Ogarniałam. Doszły do tego obiady dla trzech pracowników Zbyszka, bo „taniej niż stołówka, a ty i tak gotujesz".

„Mamo, jak ty to wszystko robisz?" - zapytała kiedyś Magda, już jako studentka. Uśmiechnęłam się i powiedziałam: „A co tu robić, dziecko, człowiek się przyzwyczaja." Teraz wiem, że to było kłamstwo. Człowiek się nie przyzwyczaja. Człowiek się powoli gasi.

Pierwszy raz pomyślałam o wyjeździe, kiedy Magda wyszła za mąż. To był dwa tysiące dziesiąty rok, lato, ślub w kościele na Młocinach, wesele w restauracji przy lesie. Patrzyłam na córkę w białej sukni i myślałam: ona ma dwadzieścia pięć lat i całe życie przed sobą. A ja mam czterdzieści dziewięć i nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam gdzieś sama. Nie w sklepie. Nie w przychodni. Gdzieś - dla siebie.

Powiedziałam wtedy Zbyszkowi, że może byśmy pojechali gdzieś we dwoje. Na urlop. Nad morze, w góry, gdziekolwiek. Spojrzał na mnie jak na wariatkę. „Halina, co ty, to teraz jest sezon, mam trzy roboty na raz, gdzie ja pojadę." Więc zaczekałam. Jak zawsze.

Potem czekałam, aż Tomek skończy studia. Potem aż Zbyszek zamknie zakład, bo kręgosłup mu siadł. Potem aż przejdzie na emeryturę - to było trzy lata temu. Myślałam: teraz nareszcie. Razem gdzieś pojedziemy, razem posiedzą na ławce, razem popatrzymy na morze.

Zbyszek przeszedł na emeryturę i kupił sobie telewizor pięćdziesiąt pięć cali. Postawił fotel przy oknie. I zamienił się w mebel.

Codziennie to samo: śniadanie o ósmej, Zbyszek przy stole z gazetą, ja podaję jajka, herbatę, chleb z masłem. Potem on przed telewizorem, ja sprzątam, gotuję, robię zakupy. O dwunastej obiad. Zbyszek je, mówi „dobre" albo nie mówi nic. Po obiedzie drzemka. Potem znowu telewizor. Wieczorem kolacja, trochę wiadomości, sen. I tak w kółko. Każdy dzień jak poprzedni. Jak skopiowany na starej kserokopiarce - coraz bledszy.

Próbowałam rozmawiać. „Zbyszek, może zapiszemy się na basen?" - „Halina, daj spokój." „Zbyszek, Kowalczykowie jadą do sanatorium, może i my?" - „Po co, zdrowy jestem." „Zbyszek, nudzę się." - Tu podniósł wzrok znad gazety i powiedział: „To sobie zrób na drutach coś."

Na drutach. Po czterdziestu latach - na drutach.

Tej nocy leżałam w ciemności i słuchałam jego chrapania. Liczyłam. Sześćdziesiąt dwa lata. Może osiemnaście przede mną, może mniej. Ile z tych dni będzie moich? Naprawdę moich?

Walizkę spakowałam w środę rano, kiedy Zbyszek poszedł do lekarza po receptę na ciśnienie. Jedną małą walizkę na kółkach, tę samą, z którą Magda jeździła na studenckie praktyki. Dwa swetry, spodnie, piżama, książka - jakaś powieść kupiona lata temu w Empiku i nigdy nieprzeczytana. Szczoteczka do zębów. Krem na noc. Portfel z pieniędzmi z mojej emerytury.

Na dworcu kupiłam bilet do Kołobrzegu. Ostatni raz byłam tam na wczasach zakładowych w dziewięćdziesiątym pierwszym roku. Zbyszek wtedy nie pojechał, bo miał „robotę na czarno u jakiegoś profesora na Mokotowie". Pojechałam z dziećmi. Magda miała sześć lat i budowała zamki z piasku, a Tomek zjadł piasek i płakał.

Teraz jechałam sama. Pociąg kołysał, za oknem przesuwały się pola, lasy, małe stacyjki. Zadzwonił telefon. Zbyszek. Nie odebrałam. Zadzwonił drugi raz. Trzeci. Potem przyszedł SMS: „Halina co jest gdzie jesteś." Bez pytajnika, bez przecinka. Odpisałam krótko: „Przeczytaj kartkę na stole." Więcej nie pisał.

Zadzwoniła Magda. „Mamo, co się stało? Tata dzwoni, mówi, że wyjechałaś. Dokąd? Dlaczego? Pokłóciliście się?"

- Nie, córeczko. Nie pokłóciliśmy się.

- To czemu wyjechałaś?

Milczałam chwilę, patrząc na mijane brzozowe zagajniki.

- Bo chciałam - powiedziałam w końcu.

Po drugiej stronie cisza. Magda nie wiedziała, co z tym zrobić. „Bo chciałam" - to nie był powód, który mieścił się w jej świecie. W naszej rodzinie nikt nigdy nie robił rzeczy tylko dlatego, że chciał.

W Kołobrzegu wynajęłam pokój w małym pensjonacie przy ulicy odchodzącej od promenady. Właścicielka - kobieta mniej więcej w moim wieku, mocno opalona, z krótkimi siwymi włosami - spojrzała na moją jedną walizkę i nic nie zapytała. Podała klucz i powiedziała: „Śniadania od siódmej do dziewiątej, w cenie."

Następnego ranka zeszłam na śniadanie pierwsza. Sala była pusta, przez duże okno wpadało słońce, pachniało kawą i tostami. Nałożyłam sobie jajecznicę, za dużo soli, kromkę chleba, pomidora. Usiadłam przy oknie z widokiem na morze. I zjadłam. Powoli. W ciszy. Nie wstając od stołu ani razu.

Płakałam nad tą jajecznicą. Cicho, tak żeby nikt nie widział. Nie z żalu. Z ulgi.

Minął tydzień. Chodziłam po plaży, czytałam tę książkę z Empiku, piłam kawę w kawiarenkach, rozmawiałam z przypadkowymi ludźmi. Pewna pani Lucyna z Poznania, emerytowana nauczycielka, powiedziała mi przy kawie: „Wie pani co, ja tu przyjeżdżam trzy razy w roku. Mąż się przyzwyczaił." Uśmiechnęła się. „Albo nie. Ale to już jego sprawa."

Dziś jest ostatni dzień. Walizka spakowana, bilet kupiony, pociąg o czternastej. Za oknem pensjonatu widać morze - spokojne, szarobłękitne, majowe.

Zbyszek zadzwonił wczoraj wieczorem. Pierwszy raz od wyjazdowej SMS-owej wymiany zdań. Powiedział: „Halina, wracaj, bo nie wiem, gdzie jest ta duża patelnia." Czekałam, czy powie coś jeszcze. Czy powie: tęsknię. Albo: brakowało mi ciebie. Albo choćby: jak tam nad morzem. Ale powiedział: „I kup po drodze chleb, bo się skończył."

Siedzę na łóżku w pensjonacie i obracam w dłoniach klucz do pokoju. Za godzinę muszę go oddać. Za pięć godzin będę na Bielanach. Wejdę do mieszkania, które pachnie starym jedzeniem i telewizorem włączonym na cały regulator. Zbyszek będzie siedział w fotelu. Powie: „O, jesteś." I to będzie wszystko.

Albo mogę kupić kolejny bilet. Nie do Kołobrzegu - gdziekolwiek. Do Gdańska, do Świnoujścia, do Zakopanego. Pani Lucyna zostawiła mi numer telefonu. Powiedziała, że w czerwcu jedzie na Mazury, że jest wolne miejsce w samochodzie.

Trzymam ten klucz i myślę o rosole w zamrażarce, który Zbyszek pewnie nawet nie ruszył. O rachunkach za prąd, które trzeba zapłacić do piętnastego. O Magdzie, która dzwoniła co wieczór z niepokojem w głosie. O tym, że porządna kobieta wraca do domu.

I o tym, że może byłam porządna wystarczająco długo.