Mąż od roku jeździ w soboty „na basen z kolegami". W niedzielę wyprałam jego torbę - ręcznik był suchy, a kąpielówki wciąż złożone w kostkę.
Stałam nad pralką z tymi kąpielówkami w ręku i czułam, jak mi się robi zimno od stóp. Nie od podłogi - kafelki w łazience mieliśmy z ogrzewaniem, Andrzej sam je kładł trzy lata temu, chwalił się przed każdym gościem. Zimno szło od środka. Od żołądka w górę, aż pod gardło.
Ręcznik pachniał tym samym płynem do prania co w zeszłym tygodniu. Nawet nie próbował go zmoczyć. Przez rok - pięćdziesiąt dwie soboty - nie przyszło mu do głowy, że mogę kiedyś zajrzeć do tej torby. A może przyszło i uznał, że nie zajrzę. Że Bożena to nie taka, co sprawdza.
I miał rację. Przez rok nie sprawdzałam. Wrzucałam torbę do pralki w poniedziałek rano, razem z resztą ciuchów, i nawet nie patrzyłam. W niedzielę akurat pralka się zapchała, musiałam ręcznie wyciągać rzeczy z bębna i wtedy to zobaczyłam. Ręcznik suchy jak pieprz. Kąpielówki, te granatowe w paski, które kupowałam mu na wyprzedaży w Decathlonie - złożone w kostkę, dokładnie tak, jak je składam po prasowaniu.
Andrzej spał w sypialni. Sobotni basen podobno go męczył - wracał koło trzeciej, jadł obiad, siadał na kanapie i zasypiał przed telewizorem. Ja w tym czasie szykowałam coś na niedzielę, czasem jechałam do mamy na Bemowo, czasem szłam z Kryśką z drugiego piętra na spacer.
Mamy z Andrzejem po pięćdziesiąt trzy lata. Trzydzieści lat małżeństwa. Dwóch synów - Kamil w Krakowie, Bartek we Wrocławiu. Obaj powyjeżdżali, jak to młodzi. Zostaliśmy sami w trzech pokojach na Grochowie, z kotem Filemonem i ciszą, do której oboje powoli się przyzwyczajaliśmy. Andrzej pracował jako elektryk w dużej firmie instalacyjnej, ja od dwudziestu lat siedziałam w księgowości w hurtowni budowlanej. Życie ustalone, poukładane jak klocki. Śniadanie o szóstej trzydzieści, obiad o piętnastej, w piątek zakupy w Biedronce, w sobotę Andrzej na basen, w niedzielę rosół.
Usiadłam na brzegu wanny z tymi kąpielówkami na kolanach. Filemek wskoczył mi na nogi i zaczął mruczeć, jakby wyczuł, że coś jest nie tak. Koty to wiedzą. Lepiej niż mężowie.
Pierwsza myśl była oczywista. Kobieta. Jakaś inna. Może młodsza, może nie. Może koleżanka z pracy, może ktoś z internetu - Andrzej od roku siedział w tym telefonie, czego wcześniej nie robił. Pytałam raz, co ogląda. „Filmy o wędkach" - powiedział i przekręcił ekran.
Ale potem pomyślałam o czymś innym. Andrzej od dwóch lat nie był sobą. Od kiedy Bartek wyjechał - nasz młodszy, ten, z którym Andrzej chodził na mecze, grał w szachy, naprawiał samochód na podwórku. Andrzej zaczął milknąć. Nie kłóciliśmy się - po prostu rozmowy się skurczyły. „Podać ci herbatę?" „Dzięki." „Idziesz spać?" „Zaraz." Całe wieczory w pięciu słowach.
Kiedyś, chyba ze dwa lata temu, powiedziałam mu: „Andrzej, może powinniśmy gdzieś pojechać, we dwoje, nad morze albo w góry". Spojrzał na mnie tak, jakbym zaproponowała lot na Księżyc. „Po co?" - zapytał. I to „po co" zostało mi w głowie do dzisiaj.
W poniedziałek rano, zamiast jechać do pracy, wzięłam wolne. Pierwszy raz od trzech lat. Powiedziałam szefowej, że źle się czuję. Nie kłamałam. Poczekałam, aż Andrzej wyjedzie swoim busem, i zaczęłam szukać. Nie wiem, czego. Dowodów? Potwierdzenia? A może czegoś, co by mi udowodniło, że się mylę, że ręcznik po prostu nie zdążył wyschnąć, że kąpielówki jakoś się złożyły same.
W szufladzie jego biurka znalazłam rachunek z kawiarni na Saskiej Kępie. Dwie kawy, dwa serniki, data - sobota, trzy tygodnie temu. Godzina 11:40. O tej porze powinien pływać.
Potem drugi rachunek. Inna sobota, ta sama kawiarnia. Tym razem dwie kawy i woda mineralna.
Trzeci rachunek - restauracja na Pradze. Obiad dla dwóch osób. Zupa pomidorowa i schabowy. Drugie danie - sałatka z kurczakiem. Sobota, godzina trzynasta.
Siedziałam na podłodze przy biurku i rozkładałam te rachunki jak pasjans. Ręce mi drżały, ale oczy miałam suche. Nie płakałam. Może jeszcze nie dotarło. A może po trzydziestu latach człowiek płacze inaczej - do środka.
Zadzwoniłam do Kryśki. „Przyjdź na kawę" - powiedziałam. Przyszła po dziesięciu minutach z pączkami od Nowaka z dołu. Pokazałam jej rachunki, kąpielówki, ręcznik. Kryśka patrzyła, patrzyła, a potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.
„Bożena, a może to nie kobieta. Może on po prostu gdzieś ucieka. Przed czymś."
„Przed czym? Przede mną?"
Kryśka milczała chwilę za długo.
W środę Andrzej wrócił z pracy wcześniej. Usiadł przy kuchennym stole, ja akurat kroiłam cebulę do bigosu. Filemek spał na parapecie. Normalna środa. Andrzej powiedział: „Bożena, w sobotę chyba nie pojadę na basen".
Odłożyłam nóż. „Czemu?"
„Bo… chciałbym ci coś powiedzieć. Ale nie wiem jak."
Usiadłam naprzeciwko niego. Cebula szczypała mnie w oczy i byłam mu za to wdzięczna - przynajmniej miałam wymówkę na łzy, gdyby przyszły. Andrzej patrzył na swoje ręce. Duże, popękane dłonie elektryka. Znałam każdą bliznę na tych rękach.
„Od roku chodzę do psychologa" - powiedział cicho. „W soboty. Na Saskiej Kępie. Potem siedzę w kawiarni, bo nie umiem wrócić do domu i udawać, że nic."
Cisza. Filemek ziewnął na parapecie. Bigos na kuchence zaczął bulgotać.
„Do psychologa" - powtórzyłam.
„Nie chciałem, żebyś wiedziała. Myślałem, że sobie poradzę i wrócę normalny. Ale nie wracam. To znaczy… wracam, ale nie wiem, do czego."
Powinnam była poczuć ulgę. Nie kobieta, nie zdrada, nie kłamstwo - a właściwie kłamstwo, ale inne. Powinnam była wstać, objąć go, powiedzieć, że to dobrze, że szuka pomocy. Tak by zrobiła dobra żona z serialu.
Ale ja poczułam złość. Taką gęstą, ciężką złość, która rosła od samego dna. Rok. Rok kłamstwa, suchego ręcznika, złożonych kąpielówek. Rok, kiedy mogłam wiedzieć, kiedy mogłam być obok, kiedy mogłam chociaż zapytać „jak było u psychologa?" zamiast „jak było na basenie?". Rok, w którym chodził beze mnie przez coś, co mogliśmy przejść razem. Albo nie mogliśmy - ale przynajmniej wiedziałabym.
„Czemu mi nie powiedziałeś?" - zapytałam i usłyszałam, jaki mam twardy głos.
Andrzej podniósł wzrok. Pierwszy raz od dawna patrzył mi prosto w oczy. „Bo nie wiedziałem, czy chcesz wiedzieć, Bożena. Szczerze. Nie byłem pewien."
I to było najgorsze zdanie, jakie mógł powiedzieć. Bo gdzieś na dnie, w tym miejscu, gdzie się nie kłamie, wiedziałam, że miał trochę racji.
Wstałam, wyłączyłam bigos, oparłam się o blat. Za oknem ktoś wołał dziecko z podwórka. „Kacper, wracaj, zimno!" Zwykły wieczór na Grochowie.
„I co teraz?" - zapytałam.
Andrzej nie odpowiedział. Ja też nie wiedziałam.
Następna sobota nadeszła szybciej, niż chciałam. Andrzej rano wziął torbę - tę samą, sportową, niebieską. Stanął w przedpokoju. Popatrzył na mnie pytająco, jakby czekał na pozwolenie albo na zakaz. Nie dałam mu ani jednego, ani drugiego.
„Jedź" - powiedziałam tylko.
Kiedy zamknął drzwi, usiadłam w kuchni z herbatą. Filemek wskoczył mi na kolana. Myślałam o tym, że przez trzydzieści lat spaliśmy w jednym łóżku, a ja nie zauważyłam, kiedy mój mąż zaczął się topić. I że on nie zauważył, kiedy ja przestałam pytać.
Herbata stygła. Na stole leżał ręcznik, który zostawił. Suchy. Tym razem wiedziałam dlaczego. I nie byłam pewna, czy to lepiej, czy gorzej.