Córka załatwiła notariusza i zapewniła, że podpisujemy dożywocie - że będzie się mną opiekować do śmierci. W kancelarii ledwie zdążyłam przeczytać pierwszą linijkę. To była darowizna całego mieszkania.
Notariusz poprawił okulary i czekał z piórem w dłoni. Patrycja stała obok mnie, ciepła, uśmiechnięta, pachnąca tymi swoimi kwiatowymi perfumami, które zawsze mi kupowała na Dzień Matki. Pamiętam, że w kancelarii było duszno i że chciałam otworzyć okno. I że moja ręka nad dokumentem zatrzymała się w powietrzu, bo dwie linijki niżej zobaczyłam słowa, których się nie spodziewałam.
- Mamo, tu trzeba podpisać - szepnęła Patrycja, wskazując palcem na dół strony.
Ale ja jeszcze czytałam. I im dłużej czytałam, tym bardziej coś we mnie tężało. Jak gips na złamanej ręce.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i przez trzydzieści osiem lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na poznańskim Ratajach. Dokumenty to mój chleb powszedni. Umowy, faktury, rozliczenia - przez moje ręce przeszły tysiące. Nauczyłam się czytać drobny druk szybciej niż większość ludzi czyta nagłówki. I właśnie dlatego tamtego dnia w kancelarii przy ulicy Święty Marcin wiedziałam, co widzę.
To nie było dożywocie. To była czysta darowizna. Bez żadnego zobowiązania do opieki. Bez żadnych warunków. Podpisuję - i mieszkanie na Ratajach, te sześćdziesiąt trzy metry, w których wychowałam dwie córki, w których umarł mój mąż Tadeusz, w których każda ściana pamięta nasze Wigilie - przestaje być moje.
- Pani Halino, czy życzy sobie pani, żebym odczytał akt na głos? - zapytał notariusz tym swoim urzędowym tonem.
- Tak - powiedziałam. - Proszę przeczytać. Całość.
Patrycja zmieniła się na twarzy. Ledwo zauważalnie, ale ja znam swoją córkę. Znam ten ruch szczęki, to lekkie zaciśnięcie ust, które u niej oznacza irytację. Widziałam to setki razy - kiedy w liceum dostawała czwórkę zamiast piątki, kiedy Tadeusz nie pozwalał jej iść na dyskotekę, kiedy jej mąż Grzegorz nie chciał kupić większego samochodu.
Notariusz czytał. A ja słuchałam. Każde zdanie potwierdzało to, co zobaczyłam na własne oczy. Darowizna. Bezwarunkowa. Bez służebności, bez prawa dożywocia, bez zapisanego obowiązku opieki.
- Przepraszam - przerwałam notariuszowi w połowie zdania. - Nie będę tego dzisiaj podpisywać.
Patrycja chwyciła mnie za rękę. Mocno. Za mocno.
- Mamo, ale my to omawiałyśmy. To tylko formalność. Dożywocie i darowizna to prawie to samo, notariusz ci wytłumaczy...
- Wiem, czym się różnią - powiedziałam cicho. - Pracowałam w spółdzielni czterdzieści lat.
W drodze do domu jechałyśmy tramwajem w milczeniu. Patrycja siedziała obok mnie i wpatrywała się w telefon. Ja patrzyłam przez okno na Rataje - na bloki, na lipę pod moim balkonem, na ławkę, na której Tadeusz palił ostatniego papierosa dwa tygodnie przed śmiercią. Cztery lata temu. Rak płuc. Trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu.
Po śmierci Tadeusza zostałam sama. Młodsza córka, Ania, wyjechała do Wrocławia jeszcze przed jego chorobą, pracuje tam w aptece, ma dwoje dzieci i męża, który ciągle jest w trasie - jeździ tirem po Europie. Ania dzwoni co niedzielę, przyjeżdża na święta. Nie jest idealna córka, ale jest uczciwa.
Patrycja mieszka w Poznaniu, dwadzieścia minut ode mnie autobusem. Po śmierci Tadeusza zaczęła mnie regularnie odwiedzać. Przywoziła obiady, pomagała z rachunkami, zawoziła do lekarza. Grzegorz, jej mąż, naprawił mi kran i wymienił zamek w drzwiach. Byłam wdzięczna. Naprawdę wdzięczna.
A potem, jakieś pół roku temu, Patrycja zaczęła mówić o przyszłości.
- Mamo, ty nie możesz tu sama siedzieć w tym mieszkaniu. Co jak upadniesz? Co jak coś się stanie w nocy? Trzeba to jakoś zabezpieczyć - mówiła, krojąc szarlotkę w mojej kuchni.
Miała rację. Kolano mnie bolało. Ciśnienie skakało. Po schodach na trzecie piętro wchodziłam coraz wolniej. Rozumiałam jej troskę.
- Zapiszemy dożywocie - powiedziała pewnego dnia wprost. - Ja się zobowiązuję, że będę się tobą opiekować, a ty mi zapiszesz mieszkanie. Tak robią ludzie, mamo. To normalne. Sprawiedliwe. Ania i tak jest we Wrocławiu, nawet by nie mogła się tobą zajmować.
Pomyślałam o Ani. O tym, że rzeczywiście jest daleko. O tym, że to Patrycja przychodzi, gotuje, sprząta. Zgodziłam się. Patrycja załatwiła notariusza. Umówiła termin. Powiedziała, że wszystko przygotuje, żebym się nie musiała martwić.
I przygotowała. Tylko nie to, co obiecała.
Wieczorem tego dnia zadzwoniłam do Ani. Długo się wahałam - nie chciałam robić afery, nie chciałam stawiać córek przeciwko sobie. Ale potrzebowałam usłyszeć czyjś głos.
- Mamo, a ty naprawdę się dziwisz? - Ania westchnęła w słuchawkę. - Patrycja od lat tak działa. Pamiętasz, jak tata był chory? Kto miał pełnomocnictwo do konta? Kto podpisywał rachunki za szpital?
Pamiętałam. Patrycja się wtedy tym zajmowała. Myślałam - z troski. Ania sugerowała coś innego, ale ja nie chciałam tego słuchać. Nie wtedy. Nie teraz.
- Może się pomyliła - powiedziałam słabo. - Może notariusz źle przygotował dokument.
- Mamo.
Cisza w słuchawce trwała chyba pół minuty.
- Mamo, notariusz przygotowuje to, co mu klient zleci. Nie myli się w tytule aktu.
Następnego dnia Patrycja przyszła z obiadem. Rosół. Taki jak robiłam Tadeuszowi - z dużą ilością marchewki, bo lubił słodkawy. Postawiła garnek na kuchence, usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała:
- Mamo, przepraszam za wczoraj. Sama byłam zaskoczona tym dokumentem. Musiał być jakiś błąd. Umówię nowy termin i tym razem sprawdzimy razem, dobrze?
Patrzyłam na nią. Na moją Patrycję, która w trzeciej klasie narysowała mi laurkę z napisem "Najlepsza mama na swiecie" - bez "ś", bo jeszcze nie umiała. Która płakała, kiedy zdechł nasz chomik. Która trzymała mnie za rękę na pogrzebie Tadeusza.
- Dobrze - powiedziałam.
Zjadłyśmy rosół w ciszy. Patrycja umyła gary, pocałowała mnie w policzek i wyszła.
A ja zostałam przy stole. Wyciągnęłam z torebki kopię dokumentu - bo ją wzięłam, bo księgowa zawsze bierze kopię - i przeczytałam jeszcze raz. Każde słowo. I zobaczyłam coś, czego wcześniej nie zauważyłam w tym zamieszaniu. W rubryce "sporządzono na zlecenie" stało imię i nazwisko mojej córki. Data zlecenia - trzy tygodnie przed naszą pierwszą rozmową o dożywociu.
Trzy tygodnie wcześniej.
Zanim w ogóle mnie o cokolwiek zapytała.
Rosół na kuchence stygł. Zegar w przedpokoju tykał tak głośno, że słyszałam każde uderzenie. Wstałam, otworzyłam szufladę kredensu i wyjęłam stamtąd starą kopertę, w której trzymam najważniejsze rzeczy - akt własności mieszkania, odpis aktu małżeństwa, zdjęcie Tadeusza z naszego ślubu.
Wszystko było na swoim miejscu. Jeszcze.
Położyłam dokumenty z powrotem, zamknęłam szufladę i usiadłam przy stole. Za oknem lipa kwitła tak, że zapach wchodził do mieszkania nawet przez zamknięte okno. Gdzieś na podwórku dzieci grały w piłkę.
Pomyślałam o Patrycji. O Ani. O Tadeuszu, który zawsze powtarzał: "Halina, nasze córki to dobre dziewczyny, obie. Tylko każda na swój sposób." Zastanawiam się, co miał na myśli, bo nigdy nie zdążyłam zapytać.
Nowy termin u notariusza jest za tydzień. Patrycja dzwoni codziennie. Ania napisała mi SMS-a: "Mamo, nie podpisuj niczego. Przyjadę w sobotę."
A ja siedzę przy stole, piję herbatę z cytryną i nie wiem, co jest gorsze - to, że córka mogła mnie oszukać, czy to, że ja ciągle szukam powodu, żeby jej uwierzyć.