Syn od miesięcy powtarzał, że „u niego będzie mi bezpieczniej". Przywiózł papiery, podpisałam - bo to mój syn. Wczoraj zadzwoniła pani z ośrodka: pokój numer 8 już czeka.

Siedziałam z telefonem jeszcze pięć minut po tym, jak się rozłączyła. Herbata w kubku zdążyła wystygnąć, a ja dalej patrzyłam na numer w historii połączeń. „Dom Seniora Zielony Zakątek". Myślałam, że to Grzegorz szuka mi sanatorium. Że te papiery, które podpisałam w marcu, to coś w rodzaju skierowania od lekarza. Nawet nie przeczytałam wszystkiego. Druk był drobny, syn się śpieszył, a ja - ja mu ufałam.

Mam na imię Halina, mam siedemdziesiąt dwa lata i całe dorosłe życie spędziłam w tym samym mieszkaniu na osiedlu Tysiąclecia w Poznaniu. Trzecie piętro, dwa pokoje, kuchnia z oknem na zachód. Kiedy Tadeusz żył, mówił, że ten zachodni widok to nasz osobisty kino - co wieczór inny seans z chmurami. Tadeusz umarł pięć lat temu. Na serce. Szybko, bez ostrzeżenia, w środku obiadu - łyżka rosołu nie dojechała do ust.

Zostałam sama. Grzegorz - nasz jedyny syn - mieszka we Wrocławiu z żoną Patrycją i dwójką dzieci. Pracuje w jakiejś firmie informatycznej, dokładnie nigdy nie zrozumiałam co robi, ale dobrze zarabia. Odwiedza mnie mniej więcej raz na dwa miesiące, czasem rzadziej. Dzwoni w niedziele, krótko. „Mamo, jak zdrowie? Brałaś leki? Dobrze, to pa."

Te telefony zaczęły się zmieniać jakoś po Bożym Narodzeniu. Grzegorz pytał o dziwne rzeczy. Czy sąsiadka dalej mnie odwiedza. Czy schodzę po zakupy sama. Czy pamiętam, żeby wyłączać kuchenkę. To ostatnie pytanie wracało jak refren. „Mamo, a kuchenkę wyłączasz?" Raz się zdenerwowałam. „Grzegorz, co ty, myślisz, że ja głupia jestem? Sześćdziesiąt lat gotuję i ani razu pożaru nie było." Zaśmiał się wtedy, ale jakoś bez radości.

W lutym przyjechał niespodziewanie. W środku tygodnia, sam, bez Patrycji i dzieci. Stał w drzwiach z torbą podróżną i takim wyrazem twarzy, jakby szedł na pogrzeb. Usiadł w kuchni, zjadł dwa pierogi z kapustą i grzybami, które akurat miałam w lodówce, i powiedział:

- Mamo, ja się o ciebie martwię. Tu sama, trzecie piętro bez windy, a kolano coraz gorsze. Gdyby ci się coś stało w nocy…

- To Krysia z dołu by przyszła - odpowiedziałam. - Albo bym zadzwoniła na pogotowie. Grzegorz, nie dramatyzuj.

- Krysia ma osiemdziesiąt lat, mamo.

- Siedemdziesiąt osiem. I jest sprawniejsza ode mnie.

Pokręcił głową. Mówił o tym, że czasy są inne, że seniorzy potrzebują opieki, że on by mnie wziął do siebie, ale Patrycja pracuje na dwie zmiany, a mieszkanie mają ciasne. Potem powiedział coś, co zapamiętałam dokładnie: „Są teraz takie miejsca, mamo, dobre miejsca, gdzie ludzie tacy jak ty mają towarzystwo, opiekę, spokój. To nie te stare domy starców, to coś zupełnie innego." Kiwnęłam głową, żeby nie przedłużać rozmowy. Myślałam, że mówi o sanatorium.

W marcu przyjechał znowu. Tym razem z teczką. Dokumenty wyglądały urzędowo - pieczątki, parafy, loga. Tłumaczył szybko, przerzucał kartki, wskazywał palcem, gdzie podpisać. „Tu, tu i tu, mamo. To formalność, żebym mógł cię zapisać na listę, bo kolejki są długie." Wzięłam długopis. Podpis, podpis, podpis. Halina Majewska, starannym pismem, bo tak mnie uczono w szkole.

Zapytałam tylko: „A kiedy to sanatorium?" Uśmiechnął się. „Niedługo, mamo. Dam ci znać."

Po jego wyjeździe posprzątałam kuchnię, wyprasowałam obrusy i wyciągnęłam album ze zdjęciami. Grzegorz jako pięciolatek na działce ROD, z buzią umazaną truskawkami. Grzegorz w komunijnym garniturze, sztywny jak ołowiany żołnierzyk. Grzegorz na ślubie - ja w kapeluszu, Tadeusz z łzami w oczach, Patrycja w białej sukni. Normalny syn. Kochany syn.

Potem było cicho. Kwiecień, maj - dzwonił jak zwykle, w niedziele. Krótko. „Mamo, jak zdrowie?" Nic o żadnym sanatorium. Myślałam, że może kolejka długa, jak mówił, i nie naciskałam. Mam swoje życie - poranki z kawą i krzyżówką, środowe spacery z Krysią do parku Sołackiego, piątki na mszy w kościele Najświętszego Serca. Nie jestem osobą, która siedzi i czeka.

A wczoraj, w czwartkowe popołudnie, zadzwonił telefon. Nieznany numer. Odebrałam. Miły, ciepły głos kobiety:

- Dzień dobry, pani Halino, tu Jolanta Kaczmarek z Domu Seniora Zielony Zakątek. Dzwonię, bo pokój numer osiem jest już gotowy. Pani syn prosił, żebym się z panią skontaktowała w sprawie terminu przeprowadzki.

Cisza. Długa, gęsta cisza.

- Jakiej przeprowadzki? - zapytałam.

- No… pani syn złożył dokumenty o stałe zamieszkanie. Pani podpis jest na umowie. Pokój jest ładny, na parterze, z widokiem na ogród. Pani Halino, czy pani dobrze się czuje?

Poczułam, jak nogi mi ciężkieją. Usiadłam na stołku w przedpokoju - tym samym, na którym Tadeusz zawsze wiązał buty. Podziękowałam pani Jolancie, powiedziałam, że oddzwonię, i się rozłączyłam.

Potem siedziałam tak chyba z godzinę. Bez płaczu, bez krzyku - z takim dziwnym kamieniem w piersi, jakby ktoś wsunął mi go między żebra. Próbowałam to sobie poukładać. Grzegorz nie mówił o sanatorium. Grzegorz mówił o domu seniora. O stałym zamieszkaniu. A te papiery, które podpisałam w marcu - to była umowa na oddanie mnie tam. Czy ja to wiedziałam? Czy mogłam wiedzieć, gdybym przeczytała? Druk był taki drobny…

Zadzwoniłam do niego wieczorem. Odebrał po piątym sygnale.

- Mamo, co jest?

- Grzegorz, dzwoniła pani z ośrodka. Pokój numer osiem. Co ty zrobiłeś?

Milczał chwilę. Potem westchnął - nie ze złością, raczej ze zmęczeniem. Jakby spodziewał się tego telefonu i już miał gotowe zdania.

- Mamo, ja to zrobiłem dla ciebie. Nie dajesz sobie rady. Zapomniałaś w zeszłym tygodniu odebrać emerytury. Krysia mi mówiła, że zostawiasz otwarte drzwi na noc. Ja się boję, rozumiesz? Boję się, że zadzwonią do mnie z informacją, że moja matka…

- Że co? Że umarła? Grzegorz, ludzie umierają. Tata umarł. To nie powód, żeby mnie wywozić.

- Nie wywozić. Zapewnić opiekę.

- Bez mojej wiedzy?

Znowu cisza. Słyszałam w tle telewizor, śmiech dzieci. Normalne życie toczyło się tam, we Wrocławiu, a ja stałam w ciemnym przedpokoju z telefonem i z tym kamieniem w piersi.

- Mamo, ty podpisałaś. Tłumaczyłem ci.

- Nie tłumaczyłeś. Mówiłeś „formalność". Mówiłeś „sanatorium". Grzegorz, ja ci ufałam.

Odłożył słuchawkę. Może niechcący. Może nie.

Nie spałam całą noc. Chodziłam po mieszkaniu i dotykałam rzeczy - firanki, które uszyłam dwadzieścia lat temu, kryształowy wazon od mamy, meblościankę, którą z Tadeuszem kupiliśmy za trzy jego wypłaty. Na lodówce wisiały zdjęcia wnuków przyczepione magnesami z Kołobrzegu. W szufladzie pod rachunkami za prąd leżała ta teczka. Wyciągnęłam ją. Przeczytałam wszystko - powoli, z lupą, słowo po słowie. Umowa o stałe zamieszkanie. Mój podpis. Wyraźny, staranny.

I teraz siedzę przy tym kuchennym stole, jest piątek rano, za oknem Poznań budzi się do kolejnego dnia, a ja nie wiem, co zrobić. Pokój numer osiem czeka. Grzegorz pewnie dzisiaj nie zadzwoni. A Krysia za godzinę zapuka i zaproponuje spacer do parku, bo pogoda ładna.

Mogłabym pójść do prawnika. Mogłabym zadzwonić do córki koleżanki, która jest radcą. Mogłabym się nie ruszać z tego mieszkania do końca swoich dni, bo to moje mieszkanie, moje firanki, mój zachód słońca.

Ale kiedy zamykam oczy, widzę twarz Grzesia - nie tego dorosłego z teczką, tylko tego pięcioletniego z truskawkami na brodzie. I myślę: a może on naprawdę się boi? Może to nie podłość, tylko strach? I wtedy nie wiem, czy powinnam być wściekła, czy mu współczuć.

Postawiłam czajnik. Herbata, cytryna, łyżeczka cukru. Jak co rano. Jeszcze nie oddzwoniłam do pani Jolanty.