Przyjaciółka pożyczyła ode mnie 8 tysięcy na operację kolana. Dwa tygodnie później widziałam ją na Instagramie córki - w Turcji, przy basenie.
Siedziałam wtedy przy kuchennym stole z herbatą, bo Patrycja - moja młodsza córka - zawołała z pokoju: „Mamo, chodź, zobacz, Anka wrzuciła relację z wakacji!". Wzięłam telefon i przesunęłam palcem po ekranie. Turkusowa woda, białe leżaki, Anka w nowym kostiumie kąpielowym, z drinkiem w ręku, uśmiechnięta jak nigdy. A obok - podpis: „Zasłużony odpoczynek, Antalya 💙". Musiałam odstawić kubek, bo ręce mi się zaczęły trząść.
Anka. Moja Anka, którą znałam od trzydziestu dwóch lat. Poznałyśmy się na zebraniu rodzicielskim w podstawówce numer siedem w Poznaniu, kiedy nasze córki trafiły do jednej klasy. Obie byłyśmy po trzydziestce, obie z mężami, którzy więcej pracowali niż rozmawiali, obie zmęczone i spragnione kogoś, kto zrozumie. Ona pracowała w bibliotece miejskiej, ja - jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej. Przez te trzydzieści dwa lata przeszłyśmy razem przez wszystko. Rozwody, choroby rodziców, problemy dzieci, bezsenność, menopauzę. Nie było dnia, żebyśmy nie rozmawiały - najpierw przez telefon stacjonarny, potem komórkowy, na końcu na Messengerze.
Dlatego kiedy zadzwoniła do mnie w marcu i powiedziała drżącym głosem, że musi mieć operację kolana prywatnie, bo na NFZ czekałaby rok i pół, a ledwo chodzi - nawet się nie zastanawiałam. Osiem tysięcy złotych. Połowa moich oszczędności na koncie, bo na emeryturze z ZUS-u człowiek nie szasta pieniędzmi. Ale Anka nigdy o nic nie prosiła. Nigdy. Przez trzydzieści dwa lata to ja częściej brałam od niej - rady, czas, pocieszenie. Teraz mogłam oddać coś konkretnego.
„Bożena, ja ci to oddam do końca roku, przysięgam" - powiedziała, a ja machnęłam ręką i odpowiedziałam: „Przestań, odpocznij i wracaj do zdrowia". Przelałam pieniądze tego samego dnia. Nawet nie spisałyśmy żadnej umowy, bo komu by to przyszło do głowy? To była Anka. Moja Anka.
Przez dwa tygodnie po przelewie pisała do mnie normalnie. Że boli, że czeka na termin, że musi zrobić dodatkowe badania krwi. Raz wspomniała, że ortopeda przesunął termin o tydzień. Raz, że martwi się znieczuleniem. Zwykłe wiadomości, codzienne, nasze. Nic niepokojącego.
A potem Instagram Patrycji. Turkus. Basen. Antalya. Drink w ręku.
Pierwsza myśl była idiotyczna: może to stare zdjęcie. Sprawdziłam datę. Wczorajsza. Sprawdziłam lokalizację. Hotel pięciogwiazdkowy, all inclusive. Powiększyłam zdjęcie. Anka stała na obu nogach, wyprostowana, w klapkach na niskim obcasie, oparta o barierkę balkonu. Żadnego bandaża. Żadnej kuli. Żadnego bólu w oczach.
Patrycja patrzyła na mnie znad swojego telefonu. „Mamo, co ci jest? Zbladłaś."
„Nic" - powiedziałam. „Idę do siebie."
Zamknęłam drzwi sypialni i usiadłam na łóżku. Nie płakałam. Byłam za bardzo zdumiona, żeby płakać. Osiem tysięcy złotych. Osiem tysięcy, które odkładałam od dwóch lat na nowe okna w mieszkaniu, bo te stare przeciągają tak, że zimą muszę uszczelniać je folią. Osiem tysięcy, których mogłam nie mieć z powrotem nigdy, bo nie spisałyśmy umowy, bo to była Anka, bo przyjaciółkom się ufa.
Nie napisałam do niej tego wieczoru. Ani następnego dnia. Czekałam. Chciałam zobaczyć, czy sama się odezwie, czy cokolwiek wyjaśni. Przez trzy dni cisza. Żadnej wiadomości, żadnego zdjęcia, żadnego „hej, żyję". W czwartek napisała: „Hejka, co tam? Byłam trochę offline, jakoś mnie zmogło 😊". Ani słowa o Turcji.
Odpisałam krótko: „Widziałam twoje zdjęcia z Antalyi".
Długa przerwa. Zobaczyłam, że wyświetliła wiadomość od razu, ale odpowiedź przyszła dopiero po czterdziestu minutach. I brzmiała tak: „To córka mi wykupiła last minute, bo wiedziała, że jestem w dołku z tym kolanem. Lecę na operację zaraz po powrocie. Bożena, nie myśl sobie nic złego."
Córka jej wykupiła. Magda, która pracuje na pół etatu w kwiaciarni i sama wychowuje dwójkę dzieci. Magda, która rok temu pożyczała od Anki pieniądze na podręczniki szkolne. Ta Magda miała nagle na pięciogwiazdkowy hotel w Turcji, all inclusive, w sezonie?
Nie odpowiedziałam. Przez tydzień. Anka napisała jeszcze raz, potem drugi, trzeci. Wiadomości stawały się coraz dłuższe, coraz bardziej pełne wykrzykników i emotikon. „Bożenko, no co ty?!". „Nie gniewaj się, ja ci wszystko wytłumaczę!". „Mogę wpaść w sobotę z sernikiem?". Sernik. Trzydzieści dwa lata przyjaźni i sernik miał to naprawić.
Kiedy w końcu do mnie zadzwoniła, odebrałam. Musiałam.
„Bożena, daj mi powiedzieć" - zaczęła szybko, chaotycznie. „Ja naprawdę miałam tę operację zaplanowaną, ale termin się przesunął na maj, a Magda znalazła tę ofertę za grosze, i pomyślałam, że pojadę na te kilka dni, bo mi się w głowie nie mieściło od bólu i stresu, i potrzebowałam odpocząć, bo inaczej bym zwariowała…"
„Anka" - przerwałam jej spokojnie, choć serce mi waliło. „Czy ty w ogóle masz termin operacji?"
Cisza. Ta rodzaj ciszy, która mówi więcej niż zdania. Trwała może pięć sekund, ale ja w tych pięciu sekundach usłyszałam odpowiedź na wszystkie pytania, których nie chciałam zadawać.
„Mam" - powiedziała w końcu. „W maju. Naprawdę."
„To dobrze" - odpowiedziałam. „Trzymam kciuki."
Rozłączyłam się i usiadłam w kuchni przy tym samym stole, przy którym dwa tygodnie wcześniej zobaczyłam tamto zdjęcie. Herbata stygła w kubku. Na lodówce wisiał magnes z Kołobrzegu, który Anka przywiozła mi trzy lata temu. „Dla mojej jedynej prawdziwej przyjaciółki" - napisała na odwrocie flamastrem.
Patrycja zajrzała do kuchni. „Mamo, rozmawiałaś z Anką?"
„Tak."
„I co?"
Patrzyłam na ten magnes z Kołobrzegu. Na zwykły, plastikowy magnes za pięć złotych, który wisiał na mojej lodówce trzy lata i nigdy mi nie przeszkadzał, a teraz nagle wydawał się ciężki jak kamień.
„Nie wiem, córeczko" - powiedziałam. „Naprawdę nie wiem."
Minął miesiąc. Anka napisała jeszcze kilka razy. Ostatnia wiadomość brzmiała: „Przeleję ci pierwszą ratę w piątek. 2000. Resztę w czerwcu. Przepraszam, Bożena." W piątek sprawdziłam konto - przelew był. Dwa tysiące złotych, tytuł: „Oddaję dług". Nie „dla Bożenki" jak kiedyś, nie z żadnym emotkonem. Oddaję dług.
Siedzę teraz w kuchni i myślę, czy przyjąć jej zaproszenie na kawę. Napisała, że chce porozmawiać twarzą w twarz. Że mi wszystko wyjaśni. Że nasza przyjaźń jest ważniejsza niż jakiekolwiek pieniądze.
I wiem, że ma rację. Nasza przyjaźń jest ważniejsza niż pieniądze. Tylko że ja już nie wiem, czy ta przyjaźń jeszcze istnieje - czy to, co z niej zostało, to tylko przyzwyczajenie, trzydzieści dwa lata wspólnych wspomnień i magnes z Kołobrzegu na lodówce.
Herbata stygnie. Telefon leży na stole ekranem do dołu. Muszę odpisać do wieczora.