Mąż co niedzielę wychodził „na ryby" z kolegą. Ryby nigdy nie było. Ale pewnego dnia kolega zadzwonił do mnie i zapytał, czy Marek jest zdrowy - bo nie widzieli się od pół roku.

Telefon prawie wypadł mi z ręki. Stałam w kuchni, herbata stygła na blacie, a ja powtarzałam jak automat: „Tak, tak, Zbyszek, wszystko w porządku, pewnie się rozminęliście". Rozłączyłam się i oparłam plecami o lodówkę. Nogi miałam jak z waty. Bo jeśli Marek nie jeździł na ryby ze Zbyszkiem - to gdzie był co niedzielę od szóstej rano do trzeciej po południu? Przez pół roku. Przez dwadzieścia sześć niedziel.

Mam na imię Bożena, skończyłam w marcu pięćdziesiąt sześć lat. Z Markiem jesteśmy po ślubie trzydzieści jeden lat. Poznaliśmy się w Poznaniu, na zabawie andrzejkowej w domu kultury przy Wildzie. Marek był elektrykiem, ja pracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej - i pracuję do dziś, choć spółdzielnia zdążyła zmienić nazwę trzy razy. Mamy dwóch synów: Kamil mieszka w Warszawie, Paweł w Gdańsku. Od kiedy wylecieli z gniazda, nasze mieszkanie na trzecim piętrze bloku przy Piątkowskiej zrobiło się za duże i za ciche.

Może dlatego tak łatwo uwierzyłam w te ryby.

Marek od zawsze lubił łowić. Na początku małżeństwa jeździł nad Wartę z Tadeuszem z pracy, potem ze Zbyszkiem, sąsiadem z pierwszego piętra. Wracał pachnący trawą i wodą, czasem przywoził lina albo płotkę. Smażyłam, chłopcy jedli, normalka. Ale od jakiegoś czasu - teraz liczyłam, od kiedy dokładnie - wracał bez ryb. „Brały słabo", mówił. „Zbyszek chciał jechać w inne miejsce, ale tam nic". Ja nie dopytywałam. Człowiek po trzydziestu latach małżeństwa nie kontroluje męża jak nastolatka chłopaka po dyskotece. Ufałam mu. Albo - po prostu się nie zastanawiałam.

Tego wieczoru siedziałam w salonie i czekałam, aż Marek wróci z pracy. Miał nocną zmianę, przychodził koło jedenastej. Zastanawiałam się, co zrobię: zapytam wprost, czy będę obserwować? Zapytam, a on skłamie - i co dalej? Będę go śledzić jak w kiepskim filmie?

Wrócił o wpół do dwunastej. Zmęczony, w roboczej kurtce. Postawił torbę przy drzwiach, zdjął buty, powiedział: „Zrobisz mi kanapkę? Umieram z głodu". Normalny wieczór. Normalny Marek.

- Dzwonił Zbyszek - powiedziałam spokojnie, smarując chleb masłem.

Widziałam, jak mu ręka zamarła na zamku kurtki. Ułamek sekundy. Potem dokończył ruch, powiesił kurtkę i odwrócił się do mnie.

- A czego chciał?

- Pytał, czy jesteś zdrowy. Mówił, że się nie widzieliście od pół roku.

Cisza. Marek siadł przy stole. Potarł dłonią kark - ten gest znałam, zawsze tak robił, kiedy coś go gryzło. Kiedy Kamil oblał maturę za pierwszym razem, kiedy tata Marka trafił do szpitala, kiedy dostaliśmy nakaz zapłaty za zaległy czynsz w dziewięćdziesiątym szóstym.

- Bożena, to nie jest to, co myślisz - powiedział cicho.

- A co ja myślę, Marek?

Patrzył na swoje ręce. Duże, spracowane dłonie elektryka z trzydziestoletnim stażem. Paznokcie krótko obcięte, blizna na kciuku od starego zwarcia.

- Myślisz, że mam kogoś. Nie mam nikogo, Bożena. Ale nie wiem, jak ci to wytłumaczyć.

- Spróbuj - powiedziałam i usiadłam naprzeciwko niego.

I wtedy Marek powiedział mi coś, czego się absolutnie nie spodziewałam. Nie miał kochanki. Nie grał w karty. Nie pił po kryjomu w garażu. Co niedzielę od pół roku jeździł do Swarzędza, do małego domku na obrzeżach, gdzie mieszkała kobieta o imieniu Lucyna. Siedemdziesięciotrzyletnia Lucyna. Jego matka.

Zamarłam.

- Marek, twoja matka nie żyje od jedenastu lat.

- Nie. Moja matka biologiczna. Ta, która mnie oddała.

Świat mi się przesunął o pół centymetra. Wiedziałam, że Marek był adoptowany - powiedział mi przed ślubem, sucho, w jednym zdaniu, i poprosił, żebym nigdy do tego nie wracała. Nie wracałam. Przez trzydzieści jeden lat. Jego rodzice adopcyjni, pani Halina i pan Tadeusz, byli cudownymi ludźmi. Traktowałam ich jak własnych teściów. Po ich śmierci Marek zamknął temat. Albo tak mi się wydawało.

- Znalazłem ją przez internet - mówił, nie patrząc mi w oczy. - Paweł kiedyś pokazywał mi takie strony do szukania rodziny. Nie szukałem specjalnie. Ale pewnego wieczoru, kiedy byłaś u Krysi na imieninach, usiadłem i... to trwało dwadzieścia minut, Bożena. Dwadzieścia minut i miałem jej adres.

- I jeździsz do niej co niedzielę od pół roku i mi nie powiedziałeś?

- Nie wiedziałem, jak. Bałem się, że pomyślisz, że... że mama Halina i tata Tadeusz to było za mało. Że szukam czegoś lepszego. A ja po prostu chciałem wiedzieć, dlaczego mnie oddała.

Zrobiłam mu tę kanapkę. Położyłam na talerzu, pokroiłam w trójkąty, jak lubił. Postawiłam przed nim. On patrzył na mnie, jakby czekał na wyrok.

- I wiesz? Dlaczego cię oddała?

- Miała siedemnaście lat, Bożena. Ojciec ją wyrzucił z domu. Trafiła do domu samotnej matki w Gnieźnie. Podpisała papiery tydzień po porodzie. Mówi, że nie przeszło jej to ani jednego dnia w życiu.

Nie krzyczałam. Chciałam, ale nie krzyczałam. Siedziałam i czułam w sobie taką mieszaninę, że nie potrafiłam nazwać ani jednego uczucia. Złość - tak, bo mnie okłamywał przez pół roku. Kłamał prosto w twarz, z tymi swoimi rybami, ze Zbyszkiem, z tym całym teatrem. Ale pod spodem było coś jeszcze. Coś, co bolało inaczej. Marek miał kawałek życia, o którym mi nie powiedział. Nie dlatego, że mi nie ufał, ale dlatego, że bał się mojej reakcji. Po trzydziestu jeden latach. Co to mówi o naszym małżeństwie?

Następna niedziela nadeszła szybciej, niż chciałam. Marek wstał o piątej, jak zwykle. Ubrał flanelową koszulę i te dżinsy, które nosi „na ryby". Stanął w drzwiach sypialni.

- Jadę do Lucyny. Chcesz... chcesz pojechać ze mną?

Leżałam pod kołdrą i patrzyłam na niego. Na tego mężczyznę, z którym zjadłam tysiące obiadów, z którym stałam na dwóch pogrzebach rodziców, z którym malowałam ten przedpokój cztery razy. Na mężczyznę, który przez pół roku kłamał - i jednocześnie na mężczyznę, który przez pół roku jeździł co niedzielę do siedemdziesięciotrzyletniej kobiety, bo chciał zrozumieć swoją historię.

- Daj mi dziesięć minut - powiedziałam.

Wstałam, ubrałam się, włożyłam do torby sernik, który upiekłam dzień wcześniej. Wsiadłam do samochodu. Marek włączył silnik i przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Potem wyjeżdżając z parkingu powiedział cicho: „Dziękuję". Nie odpowiedziałam. Nie byłam pewna, czy jestem gotowa na to, co zobaczyłam za drzwiami tego domku w Swarzędzu. I nie byłam pewna, czy kiedykolwiek mu wybaczę, że musiałam się o tym dowiedzieć od Zbyszka, a nie od niego.

Sernik leżał na moich kolanach, ciepły jeszcze. Za oknem mijały pola, zielone od majowego żyta. Marek milczał. Ja milczałam. I myślałam, że trzydzieści jeden lat wspólnego życia to bardzo dużo - ale widocznie nie wystarczy, żeby poznać człowieka do końca.