Zadzwoniłam do synowej na wideo, żeby zobaczyć wnuki. Za jej plecami wisiał obraz, który od roku uważałam za zgubiony przy ich przeprowadzce. Ten po mojej matce. Synowa zauważyła, że patrzę - i tylko przesunęła telefon wyżej.
Ręce mi się zrobiły zimne, choć w kuchni było duszno od gotującego się kompotu. Mała Hania machała do mnie z ekranu, pokazywała rysunek dinozaura, a ja kiwałam głową i mówiłam „piękny, kochanie, piękny" - ale widziałam tylko ten prostokąt na ścianie za Patrycją. Błękitno-złoty pejzaż morski. Rama ciemna, drewniana, z charakterystycznym pęknięciem w lewym dolnym rogu. Nie da się pomylić. To był obraz mojej matki.
Kiedy rozmowa się skończyła, siedziałam jeszcze długo przy stole. Herbata wystygła. Kompot się rozgotował. Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu ośmiu mieszkam w tym samym bloku na poznańskim Ratajach, trzy piętra, balkon na południe. Syn Tomek ożenił się z Patrycją sześć lat temu. Ślub kościelny, wesele na sto dwadzieścia osób, potem wnuczka Hania, potem mały Adaś. Wszystko jak z obrazka. Tylko że obrazki czasem kłamią.
Moja matka, Jadwiga, umarła dwa lata temu. Zanim odeszła, powiedziała mi jedno zdanie, które pamiętam jak wygrawerowane: „Krysiu, pilnuj tego obrazu. To jedyne, co mam po swoim ojcu." Dziadek Stefan namalował go gdzieś pod koniec lat czterdziestych. Nie był żadnym artystą - pracował na kolei, ale malował po wieczorach, z pamięci, morze, które widział raz w życiu, jako chłopak na wycieczce do Sopotu. Ten obraz wisiał w mieszkaniu matki przez sześćdziesiąt lat.
Po jej śmierci zabrałam go do siebie. Wisiał w sypialni, nad komodą. A potem, rok temu, Tomek z Patrycją się przeprowadzali do nowego mieszkania na Wildzie. Pomagałam im pakować, nosić kartony, sprzątać. W tym zamieszaniu obraz zniknął. Szukałam go wszędzie - u siebie, w piwnicy, na strychu. Tomek mówił, że pewnie wyrzuciłam przypadkiem z jakimś rupieciem. Patrycja wzruszała ramionami. „Mamo, tyle było tego bałaganu, sam mógł się gdzieś zapodziać." Uwierzyłam. A raczej - chciałam uwierzyć.
Teraz siedziałam w kuchni i wszystko do siebie nie pasowało, a jednocześnie pasowało aż za dobrze. Bo przypomniałam sobie pewną scenę. Patrycja, kilka miesięcy przed przeprowadzką, stała w mojej sypialni i patrzyła na ten obraz. Spytała mnie wtedy: „A to coś wartościowego?" Odpowiedziałam, że bezcennego. Roześmiała się. „Nie, mamo, pytam, czy to jest warte pieniędzy." Powiedziałam, że nie, że to po prostu pamiątka rodzinna. Kiwnęła głową i więcej nie pytała.
A jednak go wzięła.
Następnego dnia zadzwoniłam do Tomka. Nie wprost - nie umiałam. Zagadałam o wnukach, o remoncie, o tym, czy zamontowali już te półki w przedpokoju. A potem, jakby od niechcenia: „Tomek, a ten obraz po babci, pamiętasz? Może jednak gdzieś u was wylądował przy przeprowadzce?"
Cisza. Krótka, ale wyraźna. Potem Tomek powiedział: „Mamo, przecież już o tym rozmawialiśmy. Nie mamy go."
Nie kłamał. Jestem pewna, że nie kłamał - bo Tomek nie wiedział. Tomek nigdy nie umiał kłamać, od dziecka się czerwienił po uszy. Ale ta sekunda ciszy przed odpowiedzią - to była sekunda, w której sprawdzał w głowie, co mu Patrycja powiedziała.
Tydzień chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Gotowałam obiady, podlewałam pelargonie na balkonie, oglądałam telenowelę o siódmej, a w głowie miałam jedno: co ja mam z tym zrobić?
Mogłam powiedzieć Tomkowi wprost. „Widziałam obraz u was na ścianie. Patrycja go wzięła bez pytania." Ale co by to znaczyło? Że stawiam syna między matką a żoną. Że zmuszam go, żeby wybierał. Że Patrycja staje się złodziejką w rodzinie. A Hania i Adaś? Dzieci wyczuwają takie napięcia jak psy wyczuwają burzę.
Mogłam też udać, że nic nie widziałam. Przecież to tylko obraz. Farba na płótnie, stara rama z pęknięciem. Dziadek Stefan nie żyje od czterdziestu lat, matka od dwóch. Komu to szkodzi, że wisi teraz na Wildzie zamiast na Ratajach?
Ale to nie było „tylko". I Patrycja o tym wiedziała. Bo gdyby nie wiedziała - nie przesunęłaby telefonu.
Ten gest mnie najbardziej bolał. Nie sam fakt zabrania obrazu. Ludzie robią dziwne rzeczy - biorą, co im się podoba, tłumaczą sobie, że „i tak by się zmarnował", „przecież to rodzina". Potrafiłabym to zrozumieć, może nawet wybaczyć, gdyby Patrycja powiedziała: „Mamo, ten obraz mi się spodobał, mogę go powiesić u nas?" Pewnie bym się zgodziła. Pewnie bym się ucieszyła, że komuś jeszcze na nim zależy. Ale ona wzięła go po cichu. A potem, przez rok, patrzyła mi w oczy i pozwalała, żebym myślała, że się zgubił.
I ten ruch telefonem do góry. Ta jedna sekunda - jakby zamykała drzwi. Nie „przepraszam", nie „mogę wytłumaczyć". Tylko - nie patrz.
W sobotę pojechałam do nich. Ciasto drożdżowe z kruszonką, ulubione Hani. Patrycja otworzyła drzwi, uśmiechnięta, zapach kawy z przedpokoju. Weszłam do salonu. Obraz wisiał nad kanapą. Nikt go nie chował.
Stanęłam przed nim i poczułam, jak gardło mi się ściska. Morze dziadka Stefana. Trochę krzywe, trochę za niebieskie, fale jak z dziecięcego rysunku. Ale to było jego morze. I mojej matki. I moje.
- Ładnie tu wygląda - powiedziałam.
Patrycja stała za mną. Czułam jej wzrok na plecach.
- Mamo... - zaczęła, ale urwała.
- Ten obraz - powiedziałam, nie odwracając się - moja matka prosiła, żebym go pilnowała.
Cisza. Hania biegała w drugim pokoju, Adaś płakał przez sen. Gdzieś za oknem ktoś odpalał kosiarkę. Normalna sobota.
- Wiem - powiedziała Patrycja cicho.
Odwróciłam się. Miała czerwone policzki i trzymała ręce splecione przed sobą, tak jak Tomek trzyma, kiedy się denerwuje. Chciałam zapytać: „to po co?" Chciałam zapytać: „dlaczego mi nie powiedziałaś?" Chciałam powiedzieć tyle rzeczy.
Ale powiedziałam tylko:
- Zrobisz mi tę kawę?
Poszła do kuchni. Ja usiadłam na kanapie, pod tym obrazem, i wzięłam Hanię na kolana, kiedy przybiegła z nowym rysunkiem. Dinozaur w koronie. Piękny.
Ciasto jedliśmy razem. Rozmawiałyśmy o przedszkolu Hani, o zębach Adasia, o tym, że Tomek znowu pracuje w soboty. O obrazie nie padło więcej ani jedno słowo.
Wracałam tramwajem i myślałam, że matka by mnie za to zbeształa. „Krysiu, ty zawsze unikasz" - mówiła, kiedy odkładałam trudne rozmowy na później. Miała rację. Unikam. Ale jest różnica między unikaniem a czekaniem na właściwy moment. Przynajmniej tak sobie tłumaczę.
Obraz wisi u nich do dzisiaj. Nie wróciłam do tematu. Patrycja też nie. Między nami jest teraz coś nowego - taki cień, którego nie było wcześniej. Patrycja podaje mi kawę odrobinę za szybko, śmieje się odrobinę za głośno, kiedy jestem w odwiedzinach. A ja patrzę na morze dziadka Stefana nad ich kanapą i nie wiem, czy je odzyskuję, czy tracę.
Czasem myślę, że powinnam w końcu powiedzieć wszystko na głos. A czasem myślę, że niektóre rzeczy, wypowiedziane, niszczą więcej niż te, które wiszą w ciszy na cudzej ścianie.