Syn ma pretensje o mój „wolontariat na klatce": zupy dla Edwarda, zapisy do lekarza, dyżury telefonu. „Rozdajesz się obcym, a potem nie masz siły dla rodziny". Sprawdziłam kalendarz: dla rodziny mam czwartki, niedziele i każdy odebrany telefon - nieodebrane są tylko ich. Odpowiedziałam: „siłę mam. Chętnych brak". W środę przyszedł bez zapowiedzi, z ciastem. Chętny.

Ale po kolei, bo ta historia nie zaczęła się od ciasta. Zaczęła się od stuku do drzwi w listopadowy wieczór, trzy lata temu, kiedy Edward z czwartego piętra stał na mojej wycieraczce w pidżamie i kapciach, z oczami takimi, jakby nie wiedział, gdzie jest.

- Pani Bożeno - powiedział - przepraszam, ale ja chyba nie umiem włączyć ogrzewania.

Miał osiemdziesiąt dwa lata, żonę pochował rok wcześniej, a kaloryfer był po prostu odkręcony za mocno. Weszłam, przekręciłam zawór, zrobiłam herbatę. Został przy stole pół godziny. Potem godzinę. Potem zaczął mówić o Helenie, o tym, że ona zawsze wiedziała, który kubek jest jego, i że on od roku pije z jej kubka, bo wydaje mu się, że wtedy jest bliżej. Wróciłam do siebie koło dziesiątej. Następnego dnia zaniosłam mu rosół.

Tak to się zaczęło. Trzy lata temu. A mój syn Tomek dowiedział się dopiero w zeszłym miesiącu, że jego matka „rozdaje się obcym".

Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa, wdowa od pięciu lat. Mieszkam na Bielanach, w bloku z wielkiej płyty, trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią. Z okna widać park Olszyna i szkołę, do której Tomek chodził jako dzieciak. Teraz Tomek ma trzydzieści osiem lat, żonę Asię, dwójkę dzieci i mieszkanie na Ursynowie. Dzwoni w niedziele. Czasem.

Edward nie był jedyny. Na pierwszym piętrze mieszka pani Jadwiga, osiemdziesiąt lat, po wylewie, córka w Irlandii. Zaczęłam od tego, że zapisałam ją do lekarza przez internet, bo ona tego nie umie, a w przychodni kazali czekać od szóstej rano. Potem doszły zakupy, bo Jadwiga nie daje rady z torbami po schodach. Potem telefony wieczorne - żeby sprawdzić, czy żyje, bo raz nie otwierała drzwi przez dwa dni i okazało się, że leżała na podłodze w łazience.

Na drugim piętrze pan Stanisław, siedemdziesiąt sześć lat, diabetyk, syn gdzieś pod Krakowem. Temu akurat niewiele trzeba - raz w tygodniu kupuję mu leki w aptece, bo jest na insulinie i musi mieć paski do glukometru, a apteka w centrum handlowym i kolejka i nogi go bolą. W zamian Stanisław naprawia mi co trzeba. Kran, gniazdko, zamek w drzwiach. Uczciwa wymiana.

Ale Tomek tego nie widzi tak. Tomek widzi zmęczoną matkę, która „nie ma czasu przyjechać na obiad do wnuków, ale ma czas gotować zupy dla obcego dziadka".

Usłyszałam to dokładnie trzy tygodnie temu, w niedzielę, przez telefon. Dzwonił, bo Asia pytała, czy przyjadę na Dzień Matki. Powiedziałam, że przyjadę, oczywiście, ale w sobotę muszę zanieść Edwardowi obiad, bo ma jakieś badania w poniedziałek i musi być na czczo, więc w niedzielę zrobię mu posiłek na dwa dni i potem jadę.

Cisza w słuchawce. A potem Tomek, tym swoim spokojnym, nauczycielskim tonem - bo jest nauczycielem historii i umie mówić tak, jakby wszystko tłumaczył z cierpliwością:

- Mamo, ty słyszysz, co mówisz? Dzień Matki, a ty planujesz gotowanie dla sąsiada. To jest chore.

- Tomek, on nie ma nikogo.

- A my? My cię mamy. I chcielibyśmy cię mieć częściej. Dzieci pytają, czemu babcia nie przyjeżdża. A babcia ma dyżur na klatce.

Chciałam powiedzieć: „Dzieci pytają, bo dzieci mają pięć i osiem lat i pytają o wszystko. Ale ty, Tomku, ostatnio pytałeś o mnie kiedy? Nie o to, czy przyjadę - o mnie. Jak się czuję. Co u mnie. Czy mi smutno." Nie powiedziałam. Ścisnęłam tylko słuchawkę mocniej i wzięłam oddech.

- Dobrze. Przyjadę w sobotę rano.

Ale po tym telefonie usiadłam przy kuchennym stole i otworzyłam kalendarz. Ten papierowy, który trzymam od lat, z Empiku, z widokami Bałtyku. I policzyłam. W marcu Tomek dzwonił cztery razy - trzy razy w niedziele, raz w czwartek, bo potrzebował numeru do hydraulika. Asia wysłała jedno zdjęcie dzieci. Ja dzwoniłam jedenaście razy. Cztery nieodebrane.

W kwietniu Tomek dzwonił trzy razy. Ja - dziewięć. Nieodebrane - trzy. Na jedno odpowiedział SMS-em: „Nie mogę, pogadamy jutro". Jutro nie zadzwonił.

Policzyłam obiady u nich: od stycznia do maja byłam pięć razy. Za każdym razem przywoziłam sernik albo szarlotkę i zabawki dla dzieci. Pięć razy. Pięć niedziel z dwudziestu. Resztę spędziłam sama albo u Edwarda, Jadwigi, Stanisława - bo oni byli. Byli obecni. Potrzebowali. I dawali coś w zamian - Jadwiga opowiadała o młodości, Edward o podróżach z Heleną, Stanisław naprawiał kran i żartował, że jestem „szefową bloku".

Nie chodziło o to, że nie kochałam rodziny. Kochałam. Kocham. Ale miłość to nie jest stanie pod drzwiami z sernikiem i czekanie, aż ktoś łaskawie otworzy.

W niedzielę, na Dzień Matki, pojechałam na Ursynów. Asia upiekła ciasto czekoladowe z napisem „Babciu, kochamy Cię", dzieci narysowały laurki, Tomek otworzył wino. Było miło. Naprawdę miło. A potem, przy kawie, kiedy dzieci poszły do pokoju, Tomek wrócił do tematu.

- Mamo, ja się martwię. Ty się za nich czujesz odpowiedzialna, a to nie jest twoja rola. Oni mają swoje rodziny.

- Nie mają - powiedziałam spokojnie. - Edward nie ma. Jadwiga ma córkę w Dublinie, która dzwoni raz w miesiącu. Stanisław ma syna, który przyjeżdża na Wigilię i Wielkanoc. To jest ich rodzina, Tomek. Dwa razy w roku.

- Ale to nie twój problem.

Odstawiłam filiżankę. Spojrzałam na niego. Na mojego syna, który miał usta po ojcu i oczy po mnie, i który nie rozumiał jednej prostej rzeczy.

- Wiesz, co jest mój problem? Że kiedy umarł tata, ty przyjechałeś na pogrzeb i wróciłeś następnego dnia do Warszawy. I potem przez dwa tygodnie dzwoniłeś co wieczór, a potem co dwa dni, a potem raz w tygodniu, a potem w niedziele. A ja w tym bloku siedziałam sama. I gdyby nie Edward, który zapukał zkondolencjami i został na herbatę, to bym rozmawiała ze ścianami.

Tomek zbladł. Asia wstała po wodę, chociaż woda stała na stole.

- Nie mówię tego, żebyś się czuł winny - dodałam szybko, bo nie chciałam, żeby to zabrzmiało jak wyrzut. Chociaż było wyrzutem. - Mówię, żebyś zrozumiał. Siłę mam. Chętnych brak.

Wyjechałam o szóstej wieczorem. W autobusie szykowałam się na ciszę - na te dwa, trzy tygodnie, które zwykle mijają po każdej trudniejszej rozmowie z Tomkiem, zanim temat się rozmyje i wszystko wróci do niedzielnego rytmu.

Ale w środę ktoś zadzwonił domofonem. Nie spodziewałam się nikogo - Edward miał rosół na jutro, Jadwiga była u lekarza, Stanisław oglądał mecz. Nacisnęłam guzik.

- Mamo, to ja. Wpuścisz?

Stał na progu z pudełkiem z cukierni. Kremówki, te z Nowego Światu, których nie jemy na co dzień, bo kosztują tyle, że szkoda. Miał na sobie tę swoją flanelową koszulę i minę, jakby się uczył mówić coś, czego nigdy nie mówił.

- Nie dzwoniłem, bo chciałem przyjechać - powiedział. - Pomyślałem, że może potrzebujesz chętnego. Na zwykły wieczór. Bez okazji.

Zrobiłam herbatę. Postawiłam kremówki na talerzyku po mamie, tym z różyczkami. Tomek usiadł na krześle przy oknie - tym, na którym zawsze siadał jego ojciec - i przez chwilę milczeliśmy.

- Opowiedz mi o nich - powiedział w końcu. - O Edwardzie, o tej pani Jadwidze. Chcę wiedzieć.

Opowiedziałam. Dużo. Może za dużo. Tomek słuchał, kiwał głową, czasem się uśmiechał. Kiedy wychodził, było po dziesiątej. Uścisnął mnie w przedpokoju mocniej niż zwykle i powiedział:

- W niedzielę dzwonię. I odbierz, dobrze?

Zamknęłam drzwi. Umyłam filiżanki. Schowałam resztę kremówek do lodówki. Usiadłam przy stole i otworzyłam kalendarz. Środa. Wpisałam: „Tomek. Ciasto. Bez zapowiedzi."

I pomyślałam: jeden wieczór. Jeden. Czy to wystarczy, żeby coś zmienić? A może Tomek przyjechał, bo sumienie go gryzło po tym, co powiedziałam? Może za tydzień wszystko wróci do normy - niedzielny telefon, nieodebrane w czwartek, cisza. A może nie. Jeszcze nie wiem. Wiem tylko, że jutro rano zaniosę Edwardowi rosół i zapiszę Jadwigę do okulisty. I że w niedzielę będę czekała na telefon syna. Odbiorę za pierwszym sygnałem. A jeśli nie zadzwoni - zadzwonię sama. Jak zawsze.