Łazienkę chciałam odnowić za swoje - czterdzieści lat tej glazury. Syn hamował: „szkoda pieniędzy, mamo, potem i tak zrobimy po swojemu". Potem - czyli po mnie. Zrozumiałam i zamówiłam ekipę na poniedziałek. Kafelki wybrałam w maki, czerwone. „Po swojemu" już jest. Moje.
Ta rozmowa odbyła się w niedzielę, przy obiedzie. Marcin przyjechał z Asią i dziećmi, jak zwykle raz na dwa tygodnie. Rosół stygł w talerzach, bo wnuki wolały nuggetsy z zamrażarki, a ja próbowałam opowiedzieć synowi o łazience. O tym, że fuga się kruszy, że pod wanną moknie, że glazura pamięta Gierka.
Marcin nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. „Mamo, nie ruszaj tego. Potem i tak zrobimy po swojemu".
Potem. To słowo wisiało nad stołem jak zapach stęchlizny z łazienkowej rury. Asia patrzyła w talerz. Wnuki biegały po korytarzu. A ja stałam z wazą w rękach i nagle zobaczyłam to zdanie w całej jego nagości. Potem - czyli kiedy mnie tu nie będzie. Kiedy to mieszkanie na Gocławiu, sześćdziesiąt trzy metry, trzecie piętro, przejdzie na niego. Mój syn planował remont mojej łazienki na czas po mojej śmierci.
Postawiłam wazę na stole tak mocno, że rosół chlusnął na obrus.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat jestem wdową. Ale to nie wdowieństwo mnie zdefiniowało - raczej to, co wdowieństwo odsłoniło. Kiedy żył Tadeusz, pewne rzeczy były niewidoczne. Tadeusz naprawiał krany, wymieniał uszczelki, malował co dwa lata przedpokój na ten sam odcień beżu. Nie dlatego, że lubił majsterkować - dlatego, że nie umiał usiedzieć na miejscu. Kolejarz, czterdzieści lat na kolei, przyzwyczajony do rozkładu jazdy. Wszystko miało swój czas.
Po jego odejściu mieszkanie zaczęło się starzeć szybciej niż ja. Albo może ja zaczęłam w końcu widzieć, jak bardzo się zestarzało. Kran w kuchni kapał. Parapet w sypialni pękł. A łazienka - ta łazienka z kremową glazurą z lat osiemdziesiątych, z plastikową szafką nad umywalką, z wanną, którą Tadeusz sam wstawiał w osiemdziesiątym szóstym - wyglądała jak muzeum PRL-u, tyle że bez biletu wstępu i bez ochrony.
Zaczęłam oszczędzać. Cicho, metodycznie, jak nauczyłam się przez lata pracy w księgowości w hurtowni budowlanej na Pradze. Ironiczne, prawda? Przez trzydzieści lat wystawiałam faktury na cegły, kleje, fugi i płytki - a moja łazienka się rozpadała. Po przejściu na emeryturę dorabiałam, robiąc rozliczenia PIT dla sąsiadów z bloku. Dziesięć złotych od zeznania, dwadzieścia od bardziej skomplikowanego. Drobne, ale wkładałam je do koperty w szufladzie kredensowej meblościanki. W rok uzbierałam siedem tysięcy. Dołożyłam do tego trzy tysiące z trzynastki. Dziesięć tysięcy na łazienkę. Nie królewską - zwyczajną, czystą, moją.
W salonie z płytkami na Grochowskiej wybrałam kafelki. Pani Krysia - starsza ode mnie, siwa, w okularach na łańcuszku - pokazywała mi wzory. Białe, szare, beżowe. „A te?" - zapytałam, wskazując półkę w rogu. Czerwone maki na białym tle. Krzykliwe, odważne, kompletnie niepasujące do bloku z wielkiej płyty na Gocławiu. Pani Krysia popatrzyła na mnie ponad okularami. „Wie pani co? Ładne. Rzadko kto bierze, ale ładne".
Wzięłam. Bo przez czterdzieści lat miałam beż. Bo Tadeusz lubił spokojne kolory. Bo Marcin powiedziałby, że to niepraktyczne. Bo Asia skrzywiłaby się dyskretnie. Bo wnuki by nie zauważyły. A ja - ja chciałam maki. Czerwone, żywe, niepoważne. Moje.
Ekipę znalazłam przez Janka z parteru - elektryk na emeryturze, zna pół Gocławia. Dwóch chłopaków, młodych, solidnych. Umówiliśmy się na poniedziałek.
Marcin zadzwonił we wtorek.
„Mamo, co to za hałasy? Sąsiadka dzwoniła do Asi, że u ciebie kucie."
„Remont łazienki" - powiedziałam spokojnie.
Cisza. Długa. Słyszałam, jak Marcin oddycha. Znam ten oddech - tak samo oddychał Tadeusz, kiedy coś go zaskoczyło i nie wiedział, czy się złościć, czy milczeć.
„Jaki remont? Mówiłem ci, żebyś nie ruszała."
„Ruszam. Za swoje pieniądze."
„Mamo, to bez sensu. Potem będziemy musieli..." - urwał.
„Co będziecie musieli?"
Znowu cisza. Tym razem ciężka, gęsta, jak powietrze przed burzą w lipcu nad Bałtykiem, kiedy jeździliśmy do Łeby z dzieciakami.
„Mamo, nie o to chodzi."
„A o co, Marcin?"
Nie odpowiedział wprost. Zaczął mówić o pieniądzach, o tym, że się nie zna tych fachowców, że mogą naciągnąć, że płytki trzeba było z nim wybrać, że pewnie przepłaciłam. Każde zdanie jak kolejna cegiełka w murze, który budował między nami od lat. Mur z troski. Z takiej troski, która mówi: ty już sobie nie poradzisz. Ty już jesteś etapem do przeżycia. Ty jesteś „potem".
Położyłam słuchawkę i poszłam do łazienki. Chłopaki skuli już starą glazurę. Kremowe odłamki leżały w wiadrach. Ściany - gołe, szare, brzydkie - oddychały pierwszy raz od czterdziestu lat. Położyłam dłoń na tynku. Chłodny, szorstki. Jak nowy początek.
Remont trwał tydzień. Marcin nie dzwonił. Asia napisała SMS-a: „Proszę Pani, jak potrzebna pomoc to proszę dzwonić". Proszę Pani - po dziesięciu latach. Jakby zapomniała, że jestem jej teściową, a nie obcą babką na przystanku.
W piątek wieczorem weszłam do gotowej łazienki i zamknęłam drzwi. Maki. Czerwone, radosne, trochę za duże - jak na tę małą łazienkę, jak na ten blok, jak na moje życie. Usiadłam na zamkniętej desce klozetowej i rozpłakałam się. Nie ze smutku. Z ulgi. Z wściekłości, która nareszcie znalazła ujście. Z żalu za te wszystkie lata, kiedy pytałam o zdanie ludzi, którzy planowali beze mnie.
W niedzielę Marcin przyjechał bez zapowiedzi. Stał w przedpokoju, ściągał buty. Poszedł do łazienki. Wrócił. Stanął w drzwiach kuchni, gdzie kroiłam cebulę do bigosu.
„Ładne" - powiedział cicho.
Podniosłam głowę. Miał oczy Tadeusza. Ten sam wyraz - trochę zaskoczenie, trochę szacunek, trochę smutek, że coś się zmieniło i nie da się tego cofnąć.
„Mamo, ja nie chciałem..."
„Wiem, co chciałeś" - przerwałam. „Herbaty?"
Piliśmy herbatę w milczeniu. Za oknem kwitły kasztany. Marcin kręcił łyżeczką w szklance - trzy razy w lewo, jak Tadeusz. Chciałam mu powiedzieć tyle rzeczy. Że go kocham. Że mnie zranił. Że nie jestem jeszcze „potem". Że maki w łazience to nie kaprys starej kobiety, tylko dowód, że jeszcze tu jestem. Że wybieram. Że żyję.
Nie powiedziałam nic z tego. Dolałam mu herbaty i podałam sernik. Zjadł dwa kawałki. Przy wychodzeniu pocałował mnie w policzek - pierwszy raz od miesięcy.
Wieczorem weszłam do łazienki, odkręciłam ciepłą wodę i patrzyłam, jak para osiada na czerwonych makach. Pomyślałam, że te kafelki przeżyją i mnie. Że kiedyś Marcin z Asią rzeczywiście zrobią tu „po swojemu" - pewnie biało, pewnie szaro, pewnie praktycznie. I że gdzieś pod ich nową glazurą zostaną ślady kleju od moich maków.
Ale dzisiaj łazienka jest moja. I ja w niej jeszcze jestem.