Zięć założył mi „inteligentne ogrzewanie" - steruje telefonem, „wyjdzie taniej". Zimą mam w domu dziewiętnaście stopni: „optymalnie dla seniora, tak pokazuje aplikacja". Chodzę w polarze i piję herbatę w rękawiczkach bez palców. U nich na wyświetlaczu - podejrzałam przy wizycie - dwadzieścia trzy.

Cztery stopnie różnicy. Wydawałoby się - drobiazg. Ale kiedy siedzisz wieczorem w fotelu z kocem na kolanach, drugim na ramionach i trzecim owiniętym wokół stóp, te cztery stopnie rosną do rozmiarów przepaści. Przepaści, przez którą nie potrafię już przejść do własnej córki.

Mam na imię Halina, ale to nieważne. Ważne jest to, że przez sześćdziesiąt trzy lata radziłam sobie ze wszystkim sama. Z mężem alkoholikiem, którego wreszcie wystawiłam za drzwi w dziewięćdziesiątym trzecim. Z wychowaniem Kasi bez alimentów, bo Zdzisław rozpłynął się gdzieś pod Radomiem i słuch po nim zaginął. Z trzydziestu latami za ladą w księgarni na Grochowie, która ostatecznie padła w dwa tysiące osiemnastym. Z emeryturą, z której po opłatach zostaje mi tyle, że liczę każdą złotówkę przy półce z jogurtami.

Ale z tym termostatem - nie radzę sobie.

Dariusz, mój zięć, jest informatykiem. Pracuje zdalnie dla jakiejś firmy z Wrocławia, choć mieszkają z Kasią tu, w Warszawie, piętnaście minut autobusem od mojego bloku na Gocławiu. Kiedy dwa lata temu wymieniali mi piec gazowy - bo stary się rozsypywał - Dariusz powiedział, że przy okazji założy „inteligentny system". Że będzie sterował ogrzewaniem z telefonu. Że wyjdzie taniej. Że nie muszę się martwić.

Nie musiałam się martwić. Miałam mu zaufać.

Pierwszy rok był jeszcze znośny. Zima łagodna, temperatura w domu wahała się koło dwudziestu, dwudziestu jeden. Dariusz dzwonił co tydzień: „Jak tam, mamo, ciepło?". Mówiłam, że tak. Bo było. Bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, co znaczy to słowo - „optymalnie".

Wszystko zmieniło się tej zimy. W grudniu temperatury spadły poniżej minus dziesięciu. I właśnie wtedy Dariusz postanowił, że pora na „optymalizację kosztów". Tak powiedział przez telefon do Kasi, a Kasia powtórzyła mi to przy wigilijnym stole, jakby to była dobra wiadomość. „Mama, Darek sprawdził i wychodzi, że dla seniora najzdrowsze jest dziewiętnaście stopni. Dwadzieścia to już za dużo, organizm się rozleniwia."

Pokiwałam głową, bo był Wigilijny wieczór, bo przy stole siedział mój wnuk Olek, bo nie chciałam robić scen. Nalałam sobie barszczu, zjadłam uszko i pomyślałam: może mają rację. Może ja się przyzwyczaiłam do za wysokiej temperatury. Może to rzeczywiście zdrowsze.

Dwa tygodnie później chodziłam po mieszkaniu w polarze, wełnianych skarpetkach i rękawiczkach bez palców, które znalazłam na dnie szafy - zostały po Kasi, z czasów liceum. Herbatę piłam, trzymając kubek obiema dłońmi, bo bez tego ręce mi drętwiały. Rano, zanim wstałam z łóżka, widziałam swój oddech.

Zadzwoniłam do Kasi.

- Kasiu, zimno mi

- Mamo, to naturalne, na dworze jest minus dwanaście. Weź dodatkowy koc.

- Mam już trzy koce.

- Darek mówi, że dziewiętnaście stopni to norma europejska. Niemcy tyle grzeją.

- Ja nie jestem Niemka, Kasiu. Ja mam sześćdziesiąt trzy lata i bolą mnie stawy.

Cisza. A potem - głos Darka w tle, wyraźny, choć pewnie nie wiedział, że słyszę: „Powiedz jej, że jak podkręcę, rachunek za gaz wzrośnie o sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie. Kto to zapłaci?".

Kasia odkaszlnęła. - Mamo, wiesz, że rachunki teraz straszne. Darek patrzy na to rozsądnie.

Nie powiedziałam nic. Odłożyłam słuchawkę, zaparzyłam kolejną herbatę i usiadłam w fotelu. Nogi podciągnęłam pod siebie. Telewizor był ciepły w dotyku. Przyłożyłam do niego dłonie.

Przez następne tygodnie próbowałam różnych rzeczy. Kupiłam mały farelkę na Allegro - za swoje pieniądze, z tej lichej emerytury. Postawiłam go w sypialni. Ale Dariusz jakoś się dowiedział, bo termostat chyba rejestruje zużycie prądu, i zadzwonił zaniepokojony. „Mamo, farelka to pożar, to niebezpieczne, proszę to odłączyć." Kasię podpuścił, żeby przyjechała i sprawdziła. Kasia zabrała farelkę. „Dla twojego bezpieczeństwa, mamo."

Dla mojego bezpieczeństwa siedzę w dziewiętnastu stopniach.

A potem, w lutym, pojechałam do nich na obiad niedzielny. Olek miał urodziny. Tort czekoladowy, świeczki, normalnie. Zdjęłam kurtkę w przedpokoju i - od razu poczułam. Ciepło. Prawdziwe, miękkie, domowe ciepło. Takie, w którym chodzi się w koszulce na krótki rękaw. Kasia chodziła boso po panelach.

Kiedy Kasia poszła po lody do zamrażarki, a Dariusz bawił się z Olkiem w pokoju, zerknęłam na wyświetlacz termostatu w ich korytarzu. Dwadzieścia trzy. Wyraźne, zielone cyfry.

Dwadzieścia trzy u nich. Dziewiętnaście u mnie.

„Optymalnie dla seniora" - tak mówił Dariusz. A u siebie - dwadzieścia trzy.

Nie powiedziałam nic przy obiedzie. Jadłam tort, śpiewałam „Sto lat", całowałam Olka w czubek głowy. Ale ręce mi się trzęsły i to nie był chłód - to była złość. Taka cicha, gęsta, stara złość, która rośnie latami, kiedy człowiek godzi się na rzeczy, na które godzić się nie powinien.

Wracałam autobusem i myślałam o tym, jak Zdzisław mówił mi kiedyś: „Ty nie potrzebujesz nowej kurtki, stara jest dobra."

A sam kupował sobie skórzane buty. O tym, jak szef w księgarni tłumaczył, że podwyżki nie będzie, bo „pani Halinka i tak tu zostanie, bo pani lubi książki". O tym, że całe życie ktoś decydował za mnie, co jest dla mnie wystarczające.

Wieczorem napisałam do Kasi SMS-a. Krótko: „Kasiu, chcę mieć dwadzieścia jeden stopni w mieszkaniu. Nie dziewiętnaście. Dwadzieścia jeden. Albo oddaj mi hasło do aplikacji."

Kasia oddzwoniła dopiero następnego dnia. Głos miała taki... zmęczony. - Mamo, Darek mówi, że to nie tak działa. Że system jest skonfigurowany pod cały budynek, pod twoje parametry.

- Jakie moje parametry? - zapytałam. - On mnie nie zna. On zna aplikację.

- Mamo, nie utrudniaj.

- Kasiu - powiedziałam i sama usłyszałam, że mój głos jest spokojny jak nigdy. - U was jest dwadzieścia trzy stopnie. Widziałam. Dlaczego wy możecie żyć w cieple, a ja mam „optymalne parametry dla seniora"?

Cisza. Długa. Słyszałam, jak Kasia oddycha.

- Mamo, to nie tak...

- To dokładnie tak - przerwałam. - Albo podkręcisz mi ogrzewanie, albo poproszę Zbyszka z dołu, żeby mi pomógł to odłączyć. I wrócę do normalnego termostatu, takiego z pokrętłem, który ja kręcę. Własnymi rękami. Nawet w rękawiczkach.

Rozłączyłam się. Serce mi łomotało. Ręce - tak, trzęsły się. Ale nie od zimna.

Minął tydzień. Dariusz nie zadzwonił. Kasia napisała tylko: „Darek zmienił ustawienia". Sprawdziłam termostat - dwadzieścia stopni. Nie dwadzieścia jeden, o które prosiłam. Dwadzieścia. Kompromis, którego nikt ze mną nie negocjował.

Zdjęłam rękawiczki. Ale polaru nie schowałam. Leży na oparciu fotela, złożony, na wszelki wypadek.

Bo ja wiem, że Dariusz ma dostęp do telefonu. I ja wiem, że dwadzieścia stopni to nie jest moje dwadzieścia jeden. I wiem, że ten jeden stopień to nie jest kwestia temperatury.

To jest kwestia tego, kto w moim domu ma pilot.