Ich pralka - „inteligentna, za dziewięć tysięcy" - stanęła; serwis ma terminy za trzy tygodnie. Przywożą teraz kosze do mojej dwudziestoletniej frani: „twoja stara, ale jakoś działa". Frania pierze czwarty tydzień bez narzekania. Stare a działa - znamy się w tym domu na tym. Obie z franią jesteśmy z tej samej serii.
Marta weszła w poniedziałek z dwoma foliowymi torbami pełnymi prania. Nie pukała - otworzyła drzwi swoim kluczem, jak zawsze. Zostawiła torby w przedpokoju, zdjęła buty, a potem stanęła w progu łazienki i patrzyła na moją franię tak, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.
- Mamo, a ta pralka to naprawdę jeszcze chodzi? - zapytała z takim niedowierzaniem, jakby odkryła żywego dinozaura.
- Chodzi - powiedziałam. - A twoja za dziewięć tysięcy?
Marta milczała. Postawiła torby obok frani i wyszła do kuchni robić herbatę. Nie trzeba było pytać więcej.
Córka i zięć kupili tę pralkę w marcu. Grzegorz - bo mój zięć ma na imię Grzegorz, choć Marta od pięciu lat mówi na niego „Greg", bo tak mu się podoba - Grzegorz wybrał model z aplikacją na telefon, z parą wodną, z suszarką, z wyświetlaczem jak w samolocie. Pokazywał mi zdjęcia na WhatsAppie. „Proszę Pani - pisał, bo do tej pory nie może się zdecydować, czy mówić mi mamo, czy pani Bożeno - proszę Pani, ta pralka sama dobiera program do tkaniny." Odpisałam: „Ładna". Bo co miałam napisać.
A teraz ta ładna stoi. Wyświetlacz mruga kodem błędu, aplikacja proponuje reset, serwisant ma wolne terminy za trzy tygodnie, a moja Marta przynosi kosze do mnie na Żoliborz, na trzecie piętro, do mieszkania w bloku, gdzie wszystko jest stare, ale jakoś działa.
Jakoś działa. To mogłoby być motto mojego życia. Sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat w tym samym mieszkaniu, dwadzieścia lat z tą samą pralką. I czternaście lat sama, odkąd Tadeusz odszedł. Nie umarł - odszedł. Do Lucyny z księgowości. Ale to nie o Tadeuszu dzisiaj.
To o frani.
I o tym, co się przez tę franię odsłoniło.
Przez pierwszy tydzień Marta przywoziła tylko pranie. Wchodziła, zostawiała, zabierała czyste, wychodziła. Czasem wypiliśmy herbatę. Czasem nie. Normalnie widywałyśmy się raz na dwa tygodnie - w niedzielę na obiedzie albo na szybkiej kawie w galerii. Marta jest tłumaczką, pracuje z domu, więc teoretycznie ma czas, ale praktycznie nigdy go nie ma. Tak przynajmniej mówiła.
W drugim tygodniu Marta zaczęła zostawać dłużej. Siadała na taborecie w łazience i patrzyła, jak frania wiruje. „To jest hipnotyczne" - powiedziała raz. Pomyślałam, że żartuje. Ale ona nie żartowała. Siedziała tam z kolanami pod brodą, z kubkiem herbaty, i patrzyła na bęben jak w ogień na działce.
- U was w domu jest cicho - powiedziała trzeciego dnia drugiego tygodnia.
- Bo jestem sama - odpowiedziałam.
- Wiem. Ale u ciebie to taka... dobra cisza.
Nie drążyłam. Mam sześćdziesiąt dwa lata, wychowałam dwoje dzieci i nauczyłam się, że jak córka chce coś powiedzieć, to powie. Trzeba tylko nie zadawać pytań w złym momencie.
W trzecim tygodniu Marta przyjechała bez prania. Stała w drzwiach z pustymi rękami i czerwonymi oczami.
- Mogę tu posiedzieć? - zapytała.
Weszła, usiadła na kanapie, wzięła poduszkę - tę starą, z szydełkową poszewką, którą robiła jeszcze moja mama - przytuliła ją i milczała dwadzieścia minut. Robiłam herbatę, kroiłam sernik, który upiekłam rano na wszelki wypadek. Bo czułam. Matka zawsze czuje.
- Grzegorz chce się wyprowadzić - powiedziała w końcu.
Postawiłam kubek. Usiadłam obok.
- Mówi, że się dusimy. Że nasze mieszkanie jest za ładne, za poukładane, za... perfekcyjne. Że on potrzebuje przestrzeni. - Marta zaśmiała się, ale to nie był śmiech. - Kupiliśmy pralkę za dziewięć tysięcy, a on mówi, że się dusi.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. A może wiedziałam, ale nie chciałam. Bo to, co bym powiedziała, mogłoby ją zaboleć. Że sama to widziałam - jak na każdym rodzinnym obiedzie Grzegorz siedział z telefonem, jak Marta poprawiała mu kołnierzyk, a on odchylał się jak od muchy. Jak ich mieszkanie wyglądało jak ze zdjęcia na Pintereście - piękne, ale takie, w którym nikt nie mieszka naprawdę.
Więc powiedziałam tylko:
- Jedz sernik.
Jadła. Płakała i jadła. I opowiadała.
Że Grzegorz od trzech miesięcy sypia w gabinecie. Że nie kłócą się - co gorsza - po prostu nie rozmawiają. Że ona próbowała: kolacje przy świecach, weekendowe wyjazdy, nowa pralka - bo gdzieś przeczytała, że wspólny projekt domowy zbliża partnerów. Więc wybrali pralkę. Razem. W salonie stali godzinę, porównywali modele, i to był ich najdłuższy wspólny czas od tygodni.
- A potem ta pralka się zepsuła i okazało się, że to jedyne, co nas łączyło - powiedziała Marta. - Wspólne pranie.
W czwartym tygodniu Grzegorz zadzwonił do mnie. Pierwszy raz w życiu sam, nie przez Martę.
- Pani Bożeno - zaczął i słyszałam, że siedzi gdzieś na dworze, bo wiał wiatr. - Ja nie chcę od Marty odejść. Ja chcę, żeby Marta przestała udawać, że wszystko jest w porządku. Bo nic nie jest w porządku od dwóch lat, a ona kupuje kolejne rzeczy, jakby nowe meble mogły naprawić to, co między nami.
Milczałam. Frania w łazience skończyła wirowanie i pstrykła przyciskiem - takim starym, mechanicznym kliknięciem, które pamiętam od dwudziestu lat.
- Niech pan powie to Marcie - odpowiedziałam. - Nie mnie.
- Marta nie słucha.
- Marta słucha. Ale pan mówi do telefonu, do ściany, do mnie. Kiedy ostatnio pan usiadł naprzeciwko niej i powiedział to samo?
Cisza. Wiatr w słuchawce.
- Pralkę naprawią za tydzień - powiedział cicho. - Znalazłem inny serwis.
- To dobrze - odpowiedziałam. Choć nie wiedziałam, czy dobrze.
Dziś sobota. Marta nie dzwoniła od trzech dni. Nie wiem, czy to znaczy, że rozmawiają, czy że już nie ma o czym. Frania stoi w łazience - czysta, pusta, czeka. Na blacie w kuchni leży szydełkowa poduszka, wgnieciona od kształtu córki.
Sześćdziesiąt dwa lata. Dwadzieścia z franią, czternaście sama. Wiem, że nie wszystko da się naprawić - Tadeusz tego dowiódł. Ale wiem też, że czasem nie potrzeba inteligentnej pralki za dziewięć tysięcy. Czasem wystarczy taboret w łazience i ktoś, kto pozwoli ci patrzeć, jak bęben się kręci.
Nie wiem, co zrobią. Może naprawią pralkę i wrócą do swojego pięknego, cichego mieszkania. Może Marta znów przyjdzie z torbami - albo z walizką. Wiem jedno: frania jeszcze pociągnie. A ja razem z nią.
Stare, ale działa. Tyle że ostatnio zaczynam się zastanawiać - czy to, co nazywam „działa", naprawdę działa. Czy po prostu się kręci.