Córka zaprosiła mnie na wakacje nad morze. Ucieszyłam się jak dziecko. Pierwszego dnia rano zostawiła mi troje wnuków i klucze do apartamentu. Wróciła wieczorem z mężem - opaleni, pachnący restauracją.

Jeszcze na dworcu w Poznaniu, kiedy wsiadałam do pociągu z torbą pełną kremów z filtrem i kolorowanek dla wnuków, dzwoniłam do Krysi z parteru i mówiłam podekscytowanym głosem: „Wyobraź sobie, Patrycja zaprasza mnie nad morze! Na cały tydzień! Apartament z widokiem na Bałtyk!" Krysia westchnęła z zazdrością i powiedziała, że mam szczęście, że mam taką córkę. Ja też tak myślałam.

Apartament rzeczywiście był ładny. Nowy budynek w Kołobrzegu, trzecie piętro, balkon z widokiem na wydmy. Patrycja z Darkiem przyjechali dzień wcześniej, żeby wszystko przygotować. Kiedy weszłam, pachniało świeżą pościelą i cytrusowym odświeżaczem. Na blacie w kuchni leżały banany i sok jabłkowy. „To dla dzieci, mamo" - powiedziała Patrycja, całując mnie w policzek. Olek miał sześć lat, bliźniaki Hania i Zosia - po trzy. Rzuciły mi się na szyję, jakby nie widziały mnie rok, a nie dwa tygodnie.

Tamtego pierwszego wieczoru siedzieliśmy wszyscy na balkonie. Darek otworzył wino, ja piłam herbatę z cytryną. Patrycja opowiadała o planach na tydzień - plaża, rejs statkiem, rybka w portowej restauracji. „Nareszcie odpoczniemy wszyscy razem" - powiedziała, a ja poczułam w klatce piersiowej to ciepło, które pojawia się, kiedy ktoś cię gdzieś zaprasza nie z obowiązku, ale z chęci.

Następnego ranka obudziłam się o szóstej, jak zawsze. Dwadzieścia osiem lat pracy w księgowości w zakładach mięsnych w Swarzędzu zostawiło mi w spadku budzik biologiczny, który nie reaguje na urlopy ani emerytury. Wyszłam cicho do kuchni, nastawiłam wodę. O siódmej pojawiła się Patrycja - ubrana, umalowana, w sukience, którą widziałam pierwszy raz.

„Mamo, słuchaj" - zaczęła, nalewając sobie kawę do kubka termicznego. - „My z Darkiem musimy dziś skoczyć do Koszalina. Takie sprawy służbowe, wiesz, Darek ma spotkanie, a ja go zawiozę i przy okazji coś pozałatwiam."

„Jasne, córeczko. A dzieci?"

„No właśnie - mogłabyś się nimi zająć? Wrócę najdalej o osiemnastej."

Oczywiście, że mogłam. Jestem babcią, kocham te dzieciaki. Dałam im śniadanie, ubrałam bliźniaki, zapakowałam torbę plażową. O dziewiątej byliśmy na plaży. Olek budował zamek, dziewczynki wkładały piasek do wiaderek i wysypywały mi na stopy. Słońce prażyło, a ja co chwilę smarowałam je kremem, pilnowałam, żeby nie wchodziły za głęboko do wody, nosiłam Zosię do toalety przy promenadzie. O trzynastej wróciłam do apartamentu na rękach - dosłownie, bo Hania się potknęła, rozdarła kolano i musiałam ją nieść na trzecie piętro, bo winda znowu nie działała.

Patrycja z Darkiem wrócili o dziewiętnastej. Opaleni, rozluźnieni. Darek niósł papierową torbę z logo nadmorskiej restauracji. Od Patrycji pachniało perfumami i kremem z filtrem - tym drogim, nie tym dziecięcym, którym ja smarowałam wnuki. Nie powiedzieli ani słowa o Koszalinie. Ani o żadnym spotkaniu służbowym.

„Jak było, mamo? Grzeczne były?" - zapytała córka, zrzucając sandały w przedpokoju.

„Były kochane" - odpowiedziałam. Bo były. I bo nie umiałam powiedzieć nic innego.

Drugiego dnia powtórzyło się to samo. Tym razem pretekstem był outlet pod Koszalinem, „bo Darek potrzebuje nowych butów do pracy". Trzeciego - spa, bo Patrycja „strasznie bolą ją plecy od jazdy samochodem". Czwartego dnia pretekstu już nie było. Po prostu: „Mamo, dasz radę? Musimy trochę odpocząć we dwoje. Wiesz, jak to jest, na co dzień nie mamy chwili dla siebie."

Wiedziałam, jak to jest. Pamiętałam. Po śmierci Władka, mojego męża, w dwa tysiące osiemnastym, miałam aż za dużo czasu dla siebie. Więc skinęłam głową.

Piątego dnia, kiedy o szesnastej Zosia wymiotowała na dywan po lodach, Hania płakała, bo chciała na plac zabaw, a Olek pytał mnie czwarty raz, kiedy wrócą mama i tata - usiadłam na podłodze w kuchni tego ładnego apartamentu i poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie dramatycznie. Cicho. Jak nić w swetrze, który ktoś lata temu ręcznie zrobił na drutach i który się powoli, oczko po oczku, pruł.

Zadzwoniłam do Patrycji. Odebrała po piątym sygnale. W tle słyszałam muzykę i gwar knajpy.

„Mamo, co się stało?"

„Zosia zwymiotowała."

„Daj jej wodę z cytryną i połóż na chwilę. Pewnie za dużo lodów zjadła. Zaraz będziemy, dobra?"

Zaraz - to znaczy trzy godziny później. Wrócili po dwudziestej pierwszej. Zosia już spała, Hania też. Olek oglądał bajki na tablecie - czwartą godzinę, bo nie miałam siły walczyć. Darek wyciągnął się na kanapie i włączył telewizor. Patrycja zrobiła sobie herbatę i usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.

„Mamo, no co ty taka markotna?"

Popatrzyłam na nią. Na moją córkę, czterdzieści jeden lat, ładną, wypoczętą, z nowym odcieniem blondu we włosach, który zrobiła sobie - jak się domyślałam - trzeciego dnia, kiedy miała bolące plecy.

„Patrycja" - powiedziałam. - „Czy ty mnie zaprosiłaś na wakacje, żebym pilnowała dzieci?"

Cisza. Darek w pokoju przełączył kanał. Kran w łazience kapał - dziesięć sekund między kroplami, liczyłam to od trzech dni.

„Mamo, no co ty. Przecież jesteśmy razem."

„Razem byliśmy pierwszego wieczoru na balkonie. Od tamtej pory widzę was rano przy kawie i wieczorem, kiedy dzieci już śpią."

Patrycja odstawiła kubek. Zobaczyłam, że zaciska usta - dokładnie tak jak ja, kiedy ktoś trafia w czuły punkt.

„Mamo, ty nie rozumiesz. My z Darkiem naprawdę potrzebujemy czasu we dwoje. Przez cały rok tyramy, nie mamy chwili. Myślałam, że będziesz się cieszyć, że spędzisz czas z wnukami."

„Cieszę się. Ale ja też miałam spędzić czas z tobą. Z wami. Kochanie, ja z tymi dziećmi jestem co drugi weekend u was w Poznaniu. To nie są wakacje. To jest... to jest opieka."

Patrzyła na mnie, i widziałam, jak w jej oczach przeskakuje coś między poczuciem winy a irytacją. Znałam ten wyraz twarzy. Widziałam go w lustrze przez trzydzieści lat - za każdym razem, gdy moja matka mówiła mi coś, co było prawdą, a czego nie chciałam usłyszeć.

„Przepraszam" - powiedziała w końcu, ale tonem, który brzmiał bardziej jak „przestań" niż jak „przepraszam".

Szóstego dnia rano wstałam o piątej. Spakowałam torbę. Zostawiłam na stole karteczkę: „Kocham Was. Śniadanie dla dzieci w lodówce - kanapki z serem, banan pokrojony, jogurt truskawkowy dla Zosi, bo waniliowy nie lubi. Olek ma pić wodę, nie sam sok. Hania boi się mewy, która siada na balkonie - zamykajcie drzwi. Pociąg mam o 6:50. Całuję, Mama."

Na dworcu w Kołobrzegu kupiłam kawę w automacie. Była za słodka i za gorąca. Piłam ją małymi łykami, siedząc na ławce i patrząc na tory. Telefon zadzwonił o siódmej czterdzieści - Patrycja. Nie odebrałam. Zadzwonił jeszcze trzy razy, zanim pociąg ruszył.

Za oknem przesuwało się morze, potem pola rzepaku, potem las. Myślałam o tym, że w karteczce napisałam wszystko o dzieciach. O tym, co jedzą, czego się boją, kiedy piją. Nie napisałam ani słowa o sobie. I zastanawiałam się, czy Patrycja w ogóle zauważyła, że ja też mogłam chcieć zobaczyć to morze.

Telefon zadzwonił znowu. Popatrzyłam na wyświetlacz. Włożyłam go z powrotem do torebki.