Syn wrócił do nas po rozwodzie - miało być na trzy miesiące. Minął rok. Wczoraj usłyszałam, jak mówił przez telefon: „Nie, nie szukam mieszkania. Po co, skoro tu mam wszystko za darmo".

Stałam w korytarzu z mokrymi rękami, bo właśnie zmywałam po obiedzie. Nawet ich nie wytarłam. Woda kapała mi na panele i tworzyła małe kałuże przy listwach przypodłogowych, ale nie byłam w stanie się ruszyć.

Dariusz siedział w dawnym pokoju naszej wnuczki - tym, który z Andrzejem przemeblowaliśmy dla niego w trzy dni, kiedy zadzwonił z płaczem, że Agnieszka go wyrzuciła - i śmiał się do tego telefonu cicho, swobodnie, jakby opowiadał dowcip.

Za darmo. To słowo obijało mi się o wnętrze czaszki jak piłeczka pingpongowa. Za darmo. Jakby te obiady, pranie, sprzątanie po nim, rachunki za prąd i wodę, za ogrzewanie pokoju, który kiedyś był gościnnym - jakby to wszystko nic nie kosztowało.

Cofnęłam się do kuchni po cichu, tak żeby nie skrzypnęły panele. Usiadłam przy stole i patrzyłam na garnek z resztką rosołu. Nogi mi się trzęsły. Nie z zimna. Z czegoś gorszego - ze wstydu. Bo uświadomiłam sobie, że miał rację. Rzeczywiście miał u nas wszystko za darmo. I to ja mu to dałam.

Dariusz to nasz jedyny syn. Czterdzieści dwa lata, mechanik samochodowy, pracuje w warsztacie kolegi na Woli. Zarabia przyzwoicie, nie narzekam. Z Agnieszką wzięli ślub młodo, mieli dwadzieścia trzy lata oboje. Piękne wesele, sto dwadzieścia osób, w restauracji przy trasie na Łomianki.

Andrzej - mój mąż, sześćdziesiąt pięć lat, emerytowany kolejarz - płacił za to wesele prawie rok, dorabiając na nocnych zmianach. Ale cieszył się. Mówił: „Bożena, syn ma być szczęśliwy, to my będziemy szczęśliwi".

Siedemnaście lat małżeństwa. Wnuczka Maja, teraz czternastolatka, została z Agnieszką. Darek widuje ją co drugi weekend. Rozwód był cichy, bez wielkich awantur, ale bolesny. Agnieszka powiedziała mi kiedyś przez telefon, że Darek „przestał się starać". Nie dopytywałam. To nie moja sprawa, tak mi się wtedy wydawało.

Kiedy rok temu stanął w naszych drzwiach z dwiema torbami i oczami jak zbity pies, nie wahałam się ani sekundy. Wpuściłam go, zrobiłam herbatę, pościeliłam łóżko w pokoju gościnnym. Andrzej ściągnął z antresoli starą komodę, kupiliśmy nową lampkę nocną w Leroy Merlin. „Trzy miesiące, mamo" - powiedział Darek. „Ogarnę się, znajdę coś do wynajęcia, nie będę wam ciążył".

Pierwszy miesiąc był ciężki. Darek mało mówił, dużo spał, wieczorami siedział przed telewizorem z piwem. Andrzej chodził wokół niego na palcach, jak wokół chorego. Ja gotowałam jego ulubione potrawy - schabowe z kapustą, kluski śląskie, sernik na zimno. Myślałam: niech się pozbiera. Potrzebuje czasu.

Ale gdzieś w trzecim miesiącu Darek się pozbierał. Wrócił mu humor. Zaczął wychodzić z kolegami, wracał późno, czasem podchmielony. Śmiał się, żartował, gadał przez telefon. I wtedy powinnam była poruszyć temat mieszkania. Ale nie poruszyłam.

Bo wiecie, jak to jest? Matka patrzy na syna i widzi dziecko. Nieważne, że ma czterdzieści dwa lata i łysinę na czubku głowy. Widzę tego samego chłopca, który przynosił mi rysunki z przedszkola i mówił: „Mamusiu, to ty, a to słoneczko". I nie potrafię powiedzieć temu chłopcu: kiedy się wyprowadzisz?

Andrzej próbował. Raz, przy kolacji, zagadnął ostrożnie: „Darek, myślałeś może o jakimś mieszkaniu? Na Bielanach są teraz dość tanie kawalerki do wynajmu". Darek odłożył widelec i powiedział cicho: „Tato, jeszcze nie teraz. Muszę się finansowo ogarnąć". Andrzej skinął głową i więcej nie pytał. Bo Andrzej też widzi tego chłopca z rysunkami.

Ale ja widzę też coś innego. Widzę, jak rośnie rachunek za prąd - Darek lubi siedzieć do drugiej w nocy z komputerem. Widzę, że lodówka pustoszeje dwa razy szybciej niż kiedyś. Widzę, że Andrzej nie kupił sobie nowych butów na zimę, bo „te stare jeszcze posłużą". Widzę, że nasza emerytura - jego kolejarska i moja z ZUS-u po trzydziestu latach w księgowości szkolnej - jakoś bardziej się kurczy niż dawniej.

Ale milczałam. Aż do wczoraj.

„Nie, nie szukam mieszkania. Po co, skoro tu mam wszystko za darmo".

Słyszałam, jak się śmiał. Lekko, bezstrosko. Jakby opowiadał o pogodzie.

W nocy nie spałam. Leżałam obok Andrzeja, który chrapał spokojnie, i wpatrywałam się w sufit. Myślałam o tym, jak pięć lat temu pojechaliśmy z Andrzejem do sanatorium w Ciechocinku i jaki to był wspaniały tydzień. Sami. W ciszy.

Spacery, solanka, kawa na ryneczku. Andrzej trzymał mnie za rękę jak za młodych lat. Teraz nie mamy na sanatorium. Nie mamy na nowe buty dla Andrzeja. Ale mamy Darka, który ma wszystko za darmo.

Rano zrobiłam śniadanie jak zwykle. Jajecznica, chleb, pomidory. Postawiłam przed Darkiem talerz. Andrzej siorbnął herbatę i poszedł do kiosku po gazetę. Zostaliśmy sami.

- Darek - zaczęłam. Głos mi się nie trzęsł. Dziwne, bo w środku trzęsło mnie wszystko. - Muszę z tobą porozmawiać.

Podniósł głowę znad telefonu. Uśmiechnięty. Beztroski.

- Co jest, mamo?

- Wczoraj słyszałam twoją rozmowę. Tę przez telefon.

Uśmiech nie zniknął od razu. Najpierw zamarł, jakby ktoś nacisnął pauzę, a potem powoli spełzł z jego twarzy jak farba z mokrego płótna.

- Jaką rozmowę?

- Tę, w której powiedziałeś, że nie szukasz mieszkania, bo tu masz wszystko za darmo.

Cisza. Słyszałam tykanie zegara na ścianie - tego samego, który wisi w naszej kuchni od dwudziestu lat. Darek odłożył widelec. Patrzył na mnie, a ja widziałam, jak w jego oczach toczy się szybkie przeliczanie: co dokładnie słyszałam, ile mogę wiedzieć, jak z tego wybrnąć.

- Mamo, to był żart. Gadałem z Mirkiem, wygłupialiśmy się...

- Może i to był żart - przerwałam mu. - Ale powiedz mi szczerze, Darek: szukasz tego mieszkania? Naprawdę szukasz?

Nie odpowiedział. I ta cisza była gorsza niż jakiekolwiek słowa.

Wstałam od stołu. Zebrałam talerze, chociaż jego jajecznica była ledwo tknięta. Odkręciłam wodę, żeby zmywać, i stałam tyłem do niego. Czułam, że wciąż siedzi za moimi plecami. Czekałam, aż coś powie. Przeprosi. Wytłumaczy się. Powie: „Mamo, zaczynam szukać od poniedziałku".

Usłyszałam tylko skrzypnięcie krzesła i kroki w korytarzu. Drzwi od jego pokoju zamknęły się cicho.

Wieczorem Andrzej wrócił z kiosku z gazetą i rogalikiem dla mnie. Usiadł przy kuchennym stole, rozłożył „Przegląd Sportowy" i powiedział jak od niechcenia:

- Bożena, pogadałaś z nim?

Spojrzałam na niego zaskoczona. Andrzej patrzył na gazetę, ale nie czytał. Czekał.

- Skąd wiesz? - zapytałam.

- Bo ja to słyszałem trzy tygodnie temu. Inną rozmowę, ale podobną. Czekałem, aż ty usłyszysz. Bo mnie by nie posłuchał.

Usiadłam naprzeciwko męża. Między nami leżał rogalik, którego żadne z nas nie tknęło. Za ścianą nasz czterdziestoletni syn oglądał coś na laptopie - słyszałam stłumiony dźwięk. Jeszcze rok temu w tym pokoju stała rozkładana kanapa dla Mai, kiedy nocowała u dziadków. Teraz Maja nie przyjeżdża, bo „u dziadków jest zajęte".

Siedzieliśmy w ciszy. Andrzej złożył gazetę i powiedział:

- Musisz zdecydować, Bożena. Bo ja nie potrafię. To mój syn.

Mój też. I właśnie dlatego nie wiem, co powinnam zrobić. Wyrzucić go? Dać mu miesiąc? Dwa? Udawać, że nic się nie stało, i dalej gotować rosół na trzy osoby, odkładając grosik z emerytury?

Leży przede mną czysta kartka. Chcę napisać na niej konkretną datę - termin, do którego Darek ma się wyprowadzić. Długopis mam w ręku. Ale ręka nie pisze.

Bo co, jeśli to będzie ostatnia rzecz, którą zrobię jako jego matka?