Przyjaciółka od lat powtarzała, że mnie podziwia. Po rozwodzie poprosiłam ją o pożyczkę - 3 tysiące na dwa miesiące. Napisała: „Chętnie, ale podpiszmy umowę, nie chcę, żebyś miała pretensje". 28 lat znajomości.
Przeczytałam tę wiadomość trzy razy. Siedziałam w kuchni, na blacie stygła herbata, a za oknem kwitły kasztany na osiedlu - ten sam widok co od dwudziestu lat, tyle że teraz mieszkanie wydawało się za duże, za ciche i za puste. Andrzej zabrał swoje rzeczy w marcu. Została meblościanka, kryształowy wazon od teściowej i rachunki, które nagle musiałam ogarnąć sama.
Z Renatą znałyśmy się od technikum ekonomicznego w Poznaniu. Dwadzieścia osiem lat. Razem zdawałyśmy egzaminy, razem płakałyśmy po pierwszych chłopakach, razem stałyśmy w kolejce do ZUS-u, żeby złożyć papiery na macierzyński. Kiedy rodziłam Kasię, Renata była pierwszą osobą, która przyszła do szpitala - jeszcze przed moją matką. Przyniosła sernik własnego wypieku i powiedziała: „Boże, Jola, ty jesteś taka dzielna, ja bym nie dała rady".
Zawsze tak mówiła. Że mnie podziwia. Że jestem silna. Że ona by się rozkleiła. A ja przez lata brałam to za czystą monetę, bo jakoś dobrze było słyszeć, że ktoś widzi w tobie kogoś wyjątkowego. Zwłaszcza gdy mąż patrzył coraz częściej w telewizor zamiast w twoją stronę.
„Podpiszmy umowę". Czytałam to zdanie i nie mogłam połączyć go z twarzą Renaty - z tą samą twarzą, która płakała ze mną na pogrzebie mojego taty, która tulła mnie, kiedy Andrzej pierwszy raz nie wrócił na noc. Trzy tysiące złotych. Na dwa miesiące. Czy naprawdę potrzebowała umowy?
Zadzwoniłam do niej następnego dnia. Głos miałam spokojny, choć w środku coś mnie piekło.
- Renata, dostałam twoją wiadomość.
- I co myślisz? - zapytała lekko, jakby chodziło o przepis na szarlotkę.
- Myślę, że dwadzieścia osiem lat znajomości to wystarczający papier.
Cisza. Słyszałam, jak w tle u niej leci radio - Trójka, jak zawsze. Potem odchrząknęła.
- Jola, nie obrażaj się. Ja po prostu znam życie. Pieniądze psują relacje. Chcę, żebyśmy po tej pożyczce dalej były przyjaciółkami. Umowa to ochrona dla nas obu.
- Ochrona - powtórzyłam. - Przed czym? Przed tym, że ucieknę z twoimi trzema tysiącami do Meksyku?
- Nie żartuj. Moja siostra pożyczyła pieniądze koleżance i nie odzyskała do dzisiaj. Siedem tysięcy. I nie rozmawiają ze sobą od czterech lat.
Chciałam powiedzieć: „Ale ja nie jestem koleżanką twojej siostry". Nie powiedziałam. Ugryzłam się w język, bo nagle pomyślałam: a może to ja jestem nierozsądna? Może to Renata ma rację, a ja reaguję emocjami, bo jestem po rozwodzie, wykończona i przewrażliwiona na każdym punkcie?
Odłożyłam telefon i usiadłam przy stole. Na stole leżały rachunki za prąd, za wodę i wezwanie z administracji - dwie raty za mieszkanie, które Andrzej „zapomniał" zapłacić, zanim się wyprowadził. Pracowałam w księgowości w małej firmie na Jeżycach, zarabiałam przyzwoicie, ale rozwód wyciągnął ze mnie wszystko. Adwokat, podział majątku, nowe zamki w drzwiach, wymiana pralki, którą Andrzej „przypadkiem" zabrał. Trzy tysiące potrzebowałam na chwilę - żeby nie wpaść w spiralę opóźnionych płatności.
Mogłam pójść do banku. Mogłam wziąć chwilówkę. Ale pomyślałam o Renacie, bo - no właśnie - byłyśmy przyjaciółkami. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Przez następne dni kręciłam w głowie to „podpiszmy umowę" jak kamyk w bucie. Nie mogłam się od tego uwolnić. Zaczęłam przypominać sobie różne sytuacje - te, które wcześniej wydawały mi się normalne, a teraz nagle zyskały nowy kolor.
Kiedy pięć lat temu remontowałam łazienkę, Renata zaproponowała, że pomoże mi wybrać płytki. Pojechałyśmy do marketu budowlanego, spędziłyśmy tam trzy godziny. Na końcu, przy kasie, powiedziała: „Wiesz, ja bym wzięła te droższe, ale to twoja decyzja". Wzięłam droższe. Potem Andrzej się wściekał. A Renata miesiąc później mówiła znajomym: „Jola ma taką piękną łazienkę, ja bym sobie nie pozwoliła".
Albo kiedy Kasia zdawała maturę i dostała się na prawo we Wrocławiu. Renata przyszła z kwiatami i powiedziała: „Marzę, żeby mój Bartek był taki ambitny, ale cóż, nie każdy ma taką matkę jak ty". Bartek skończył potem informatykę i zarabia więcej niż Kasia i ja razem wzięte. Ale wtedy te słowa brzmiały jak komplement.
A może były komplementem? Może ja teraz, zraniona i samotna, szukam podtekstów tam, gdzie ich nie ma? Może Renata po prostu jest praktyczna - ona zawsze była bardziej praktyczna ode mnie - i naprawdę chciała dobrze?
Dwa tygodnie po tamtej rozmowie spotkałyśmy się na kawie. Umówiłyśmy się w tej samej kawiarni na Starym Rynku, gdzie siedziałyśmy od lat. Renata wyglądała jak zawsze - zadbana, spokojna, w tej swojej granatowej kurtce, z paznokciami zrobionymi na tip top. Ja miałam podkrążone oczy i sweter, który powinnam oddać na działkę ROD.
- I co, zastanowiłaś się? - zapytała, mieszając kawę. - Mogę ci przelać w każdej chwili. Mam nawet wzór umowy z internetu, nic skomplikowanego, dwa podpisy i spokój.
Patrzyłam na nią i szukałam w jej twarzy czegoś - fałszu, wyższości, może litości. Nie znalazłam. Widziałam Renatę. Tę samą Renatę, która dwadzieścia osiem lat temu podała mi chusteczkę na korytarzu technikum, kiedy oblałam egzamin z rachunkowości.
- Nie trzeba - powiedziałam. - Dałam sobie radę.
To było kłamstwo. Pożyczyłam te trzy tysiące od Lucyny z pracy. Lucyna nie chciała żadnej umowy. Powiedziała: „Oddasz, jak będziesz mogła" i wróciła do swoich faktur. Znamy się sześć lat.
Renata odetchnęła z ulgą. Wyraźną ulgą.
- Cieszę się - powiedziała. - Wiedziałam, że sobie poradzisz. Ty zawsze sobie radzisz, Jola. Ja cię tak za to podziwiam.
Uśmiechnęłam się. Wypiłyśmy kawę, pogadałyśmy o Bartku, o Kasi, o cenach masła. Na koniec Renata objęła mnie na pożegnanie i powiedziała: „Trzymaj się, dzielna kobieto".
Szłam potem na przystanek tramwajowy i myślałam o tym, że dwadzieścia osiem lat to jednak nie jest papier. Że Renata pewnie ma rację - pieniądze naprawdę psują relacje. Że Lucyna z pracy to wspaniała kobieta. Że nie wiem, czy jeszcze kiedyś poproszę Renatę o cokolwiek. I że nie wiem, czy to jest koniec naszej przyjaźni, czy po prostu moment, w którym zobaczyłam ją taką, jaka zawsze była.
A może zobaczyłam siebie - taką, która przez dwadzieścia osiem lat myliła podziw z bliskością.