Córka zostawiła u mnie psa "tylko na weekend". Był listopad. Teraz pies śpi w moim łóżku, a ja płacę za jego karmę i wizyty u weterynarza.
Nazywa się Figa. Suczka, mieszaniec czegoś z czymś, brązowa, z jednym uchem sterczącym do góry, a drugim złożonym na pół jak pierożek. Kiedy Kasia przywiozła ją w sobotę rano w sportowej torbie - w sportowej torbie! - powiedziała, że jedzie na szkolenie do Wrocławia i wróci w poniedziałek.
„Mamo, to tylko dwa dni, Figa jest grzeczna, nie musisz nic robić, ona sama się bawi". Postawiła na podłodze miskę, worek karmy i wyszła, zanim zdążyłam powiedzieć, że nie chcę żadnego psa w mieszkaniu.
Poniedziałek minął. Wtorek też. W środę zadzwoniłam do Kasi.
- Córeczko, kiedy odbierasz Figę?
- Mamo, nie uwierzysz, ale szkolenie przedłużyli do piątku. Dasz radę?
Dałam radę. Dałam radę też w następnym tygodniu, kiedy okazało się, że Kasia „jeszcze szuka nowego mieszkania, bo poprzednia właścicielka nie zgadza się na zwierzęta". I w kolejnym, kiedy wymówka brzmiała: „Mamo, mam taki okres w pracy, że nie jestem w stanie, Figa by siedziała sama po dziesięć godzin".
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze po czterdziestu latach pracy w księgowości zakładu energetycznego w Poznaniu. Sama. Mąż Andrzej odszedł osiem lat temu - nie umarł, po prostu odszedł, do młodszej koleżanki z pracy, i teraz mieszka pod Lesznem i hoduje kury.
Mam dwoje dzieci: Kasię, trzydzieści cztery lata, i Marcina, trzydzieści jeden. Marcin żyje w Dublinie, dzwoni raz na dwa tygodnie, przysyła zdjęcia wnuczki, której nie widziałam od Wigilii. Kasia mieszka w Poznaniu, dwadzieścia minut autobusem ode mnie, ale czasami wydaje się, że te dwadzieścia minut to ocean.
Pierwszą noc z Figą pamiętam dokładnie. Położyłam jej koc przy drzwiach wejściowych, jak mi kazała Kasia. O dwudziestej trzeciej Figa zaczęła skamleć. O północy szczekać. O pierwszej w nocy stałam w przedpokoju w szlafroku, z rękami na biodrach, i patrzyłam na parę brązowych oczu, które błyszczały w ciemności jak dwa mokre kamyki.
- Nie będziesz spać w moim łóżku - powiedziałam stanowczo.
O drugiej spała w moim łóżku.
Figa okazała się psem, który nie rozumie słowa „nie". Za to doskonale rozumiała, kiedy otwieram lodówkę, kiedy wkładam buty, i kiedy siedzę za długo przy telewizorze i powinnam już wyjść na spacer. Bo psy potrzebują spacerów. Tego Kasia mi nie powiedziała - albo powiedziała, a ja nie słuchałam, bo byłam za bardzo zajęta wściekaniem się na całą sytuację.
Zaczęłam chodzić. Rano, koło siódmej, zanim osiedle się obudziło. I wieczorem, koło osiemnastej, kiedy latarnie już się zapalały. W listopadzie to oznaczało ciemność, wilgoć, i wiatr od strony Warty, który wchodził pod kurtkę jak żywe stworzenie. Figa ciągnęła na smyczy, ja klęłam pod nosem, i razem człapałyśmy dookoła bloków, omijając kałuże.
Po dwóch tygodniach zorientowałam się, że znam trasy spacerowe lepiej niż rozkład autobusów. Po trzech tygodniach zdałam sobie sprawę, że rozmawiam z Figą na głos. „No chodź, wariatko, tu nie idź, tam są ciernie. O, patrz, pani Halina z czwartego piętra znowu pali na balkonie, widzisz?" Figa machała ogonem, jakby wszystko rozumiała.
Dzwoniłam do Kasi co tydzień. Rozmowy były coraz krótsze.
- Kasiu, co z mieszkaniem?
- Szukam, mamo.
- Kasiu, Figa potrzebuje szczepienia, weterynarz mówi, że to sto osiemdziesiąt złotych.
- Mamo, przelewam ci, jak dostanę wypłatę.
Nie przelewała. A ja szłam do weterynarza na Grunwaldzkiej, płaciłam kartą i nie mówiłam nic, bo co miałam powiedzieć? Że mnie nie stać? Stać mnie było. Z emeryturą i małą rentą po matce wychodziło niecałe trzy tysiące osiemset, ale nie prowadziłam rozrzutnego życia. Kino raz w miesiącu z Teresą z parteru. Apteka. Rachunki. Jedzenie. Teraz jeszcze karma dla psa, w pomarańczowym worku, który ledwo mieścił się w szafce pod zlewem.
Grudzień przeszedł szybko. Na Wigilię Kasia przyszła z butelką wina i torbą prezentów. Figa rzuciła się na nią jak szalona, piszczy, skacze, liże po rękach. Kasia się śmiała, głaskała ją, robiła zdjęcia na telefon.
- Widzisz, mamo, ona jest taka szczęśliwa! - powiedziała.
- Jest szczęśliwa, bo ją karmię, wyprowadzam i śpię z nią w jednym łóżku - odpowiedziałam, nakładając śledzia na talerz.
Kasia westchnęła tym swoim westchnieniem, które oznaczało: „Mamo, nie zaczynaj".
Nie zaczęłam. Zjadłyśmy kolację. Kasia wyszła o dwudziestej drugiej, bo „umówiła się z Bartkiem", tym nowym chłopakiem, o którym nic nie wiem poza tym, że pracuje w IT i nie lubi psów. Może dlatego Figa tu trafiła. Może to nigdy nie było o szkoleniu we Wrocławiu ani o mieszkaniu bez zgody na zwierzęta. Może od początku chodziło o Bartka.
Styczeń był mroźny i biały. Figa nienawidziła śniegu - stawiała łapy ostrożnie, jak balerina, i patrzyła na mnie z wyrzutem, jakby to ja wymyśliła zimę. Kupiłam jej sweterek w sklepie zoologicznym przy Głogowskiej. Czerwony, z reniferami. Teresa z parteru zobaczyła i powiedziała: „Bożena, ty chyba zwariowałaś". Miała rację. Ale Figa w tym sweterku wyglądała jak istota, za którą można oddać życie.
W lutym poszłam na badania kontrolne do lekarza. Ciśnienie podskakiwało. Doktor Witkowski, który leczy mnie od piętnastu lat, zapytał, czy coś się zmieniło w moim trybie życia.
- Chodzę dużo - powiedziałam. - Mam psa.
- Od kiedy?
- Od listopada. Córka zostawiła na weekend.
Doktor Witkowski spojrzał na mnie ponad okularami i nic nie powiedział. Nie musiał. Sam ma troje dorosłych dzieci.
W marcu Kasia zadzwoniła niespodziewanie w środku tygodnia.
- Mamo, rozstałam się z Bartkiem. Mogę do ciebie wpaść?
Wpadła. Płakała na kanapie, a Figa leżała z głową na jej kolanach i patrzyła na mnie tymi swoimi oczami. Zrobiłam herbatę z cytryną, postawiłam na stole sernik z lodówki, usiadłam naprzeciwko.
- Zabiorę Figę - powiedziała Kasia nagle, między łykami herbaty. - Znalazłam mieszkanie, właściciel się zgadza na psa.
Serce mi stanęło. Tylko na sekundę, ale stanęło.
- Dobrze - powiedziałam. - W końcu to twój pies.
Kasia podniosła głowę i spojrzała na mnie uważnie. Coś zobaczyła w mojej twarzy, bo odstawiła kubek i powiedziała cicho:
- Mamo, chcesz ją zatrzymać?
Milczałam. Za oknem na osiedlu kwitł bez. Figa leżała między nami, ciepła i niczego nieświadoma.
- To nie chodzi o psa, Kasiu - powiedziałam w końcu.
Kasia kiwnęła głową, jakby zrozumiała. Ale ja nie byłam pewna, czy naprawdę zrozumiała. Bo jak wytłumaczyć własnej córce, że zostawiła mi coś więcej niż zwierzę? Że zostawiła mi powód, żeby rano wstać z łóżka. I jednocześnie - że mnie to boli. Że jedno nie wyklucza drugiego.
Figa śpi teraz w moim łóżku. Jest kwiecień. Kasia nie zabrała jej w marcu, nie zabrała w kwietniu. Czasem przychodzi w niedzielę, idzie z nami na spacer, kupuje Fidze nową zabawkę. Potem wychodzi, a ja zostaję z psem, z ciszą i z pytaniem, na które nie znam odpowiedzi: czy moja córka zrobiła mi coś złego, czy dała mi największy prezent w życiu?
A może jedno i drugie naraz.