Mąż powiedział, że jedzie na ryby z kolegą. Wracając z apteki, widziałam jego samochód pod restauracją „Wenecja". Na miejscu pasażera leżał szalik, którego nie kupowałam.
Stanęłam na chodniku z torebką z apteki w ręce - w środku leki na ciśnienie dla teściowej i tabletki na sen dla mnie - i patrzyłam na ten szalik. Bordowy, jedwabny, z delikatnym złotym wzorem. Taki, jaki kobieta kupuje sobie sama, bo żaden mężczyzna nie wybrałby czegoś tak eleganckiego. Nogi miałam jak z waty, a w głowie kręciło się jedno zdanie: „Jadę na ryby z Mirkiem, nie czekaj z obiadem".
Nie weszłam do restauracji. Nie zapukałam w szybę. Odwróciłam się i poszłam do domu. Dwanaście minut piechotą - liczyłam kroki, żeby nie myśleć.
Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt siedem lat i od trzydziestu dwóch jestem żoną Andrzeja. Poznaliśmy się na zabawie sylwestrowej w osiemdziesiątym dziewiątym, w domu kultury na Pradze. On był elektrykiem w zakładach na Żeraniu, ja pracowałam w księgowości w spółdzielni mleczarskiej. Ślub wzięliśmy po pół roku. Ludzie mówili, że za szybko - moja mama powtarzała: „Bożenka, ty go jeszcze nie znasz". Ale ja wiedziałam swoje. Andrzej miał ciepłe ręce, spokojny głos i zawsze otwierał mi drzwi. Przez trzydzieści lat ani razu nie podniósł na mnie głosu.
Mamy dwóch synów. Kamil, trzydzieści jeden lat, mieszka z żoną w Poznaniu, pracuje w logistyce. Bartek, dwadzieścia siedem, jeszcze na etapie „szukania siebie" - mieszka w kawalerce na Targówku i zmienia pracę co pół roku. Kocham ich tak samo, choć każdego inaczej.
Wróciłam do domu, postawiłam wodę na herbatę i usiadłam przy kuchennym stole. Na blacie leżała kartka od Andrzeja: „Rosół w lodówce, wrócę koło 20. Buziaki." Pisał „buziaki". Przez trzydzieści dwa lata pisał „buziaki" na kartkach zostawianych na kuchennym stole i ja zawsze się uśmiechałam. Teraz patrzyłam na to słowo i czułam, jak coś w środku pęka cicho, bez huku, jak nitka w swetrze, którą ciągniesz i ciągniesz, aż dziura robi się za duża, żeby ją zacerować.
Nie zadzwoniłam do nikogo. Nie do Kamila, nie do siostry Ireny, nie do koleżanki Marzeny z pracy. Usiadłam i zaczęłam myśleć. Odtwarzać. Szukać.
Ostatnie miesiące. Andrzej, który zawsze chodził w tych samych flanelowych koszulach, kupił sobie nową kurtkę. „Była na promocji w galerii" - powiedział. Andrzej, który nienawidził telefonów, zaczął wieczorami wychodzić na balkon „zaczerpnąć powietrza" ze smartfonem w ręce. Andrzej, który przez trzydzieści lat jeździł na ryby najwyżej trzy razy w roku, nagle zaczął wyjeżdżać co drugi weekend. A ja? Ja gotowałam rosół, prałam jego koszule i cieszyłam się, że mąż ma hobby, bo przeczytałam w gazecie, że mężczyźni na emeryturze potrzebują zajęcia.
Jakaż ja byłam głupia.
Albo nie. Może nie głupia. Może po prostu nie chciałam widzieć.
O dwudziestej pierwszej usłyszałam klucz w zamku. Andrzej wszedł, pachnąc świeżym powietrzem i - poczułam to wyraźnie - wodą toaletową, której nie znałam. Miał zarumienione policzki i ten specyficzny wyraz twarzy - lekko roztargniony, lekko zadowolony - który kiedyś, dawno temu, miał po naszych randkach.
- Cześć, Bożenka. Zmarzłem jak pies - powiedział, wieszając kurtkę. - Mirek mówi, że w przyszłym tygodniu spróbujemy nad zalewem pod Piasecznem. Podobno jest szczupak.
Patrzyłam na niego. Na jego twarz, którą znałam lepiej niż własną. Na zmarszczki przy oczach, na siwe skronie, na dłonie, które trzymały moje dłonie na porodówce, kiedy rodził się Kamil.
- Złapaliście coś? - zapytałam spokojnie.
- A, parę płotek. Wypuściłem. Za małe.
Kłamał. Kłamał, patrząc mi prosto w oczy, naturalnie, bez zająknięcia, jakby robił to od lat. I wtedy pomyślałam: a może rzeczywiście robi to od lat?
Przez następne dwa tygodnie prowadziłam własne, ciche śledztwo. Nie grzebałam w jego telefonie - Andrzej miał hasło, a ja miałam resztki dumy. Ale zaczęłam zwracać uwagę na szczegóły. Na to, jak odbiera telefon i wychodzi do drugiego pokoju. Na esemesy, które przychodzą o dwudziestej trzeciej i na które odpowiada pod kołdrą, myśląc, że śpię. Na to, że w piątek znowu wrócił z „ryb" bez żadnej ryby, ale z plamką szminki na kołnierzu koszuli. Nie bordową - jasnoróżową. Prawie niewidoczną. Ale ja prałam te koszule od trzydziestu dwóch lat. Znałam każdą plamkę.
W trzecim tygodniu zadzwoniłam do Mirka. Do tego kolegi, z którym niby jeździł na ryby.
- Mirek, tu Bożena, żona Andrzeja. Andrzej zapomniał u ciebie termosa w sobotę. Mogę podjechać?
Cisza. Odchrząknięcie.
- Bożena... ja z Andrzejem nie byłem na rybach od... no, chyba od września.
- Od września - powtórzyłam.
- No. Słuchaj, ja nie wiem, o co chodzi, ja się nie wtrącam...
- Dziękuję, Mirek. Przepraszam za kłopot.
Rozłączyłam się. Ręce mi nie drżały. Byłam dziwnie spokojna, jakby organizm wiedział, że na płakanie przyjdzie czas później.
Wieczorem Andrzej wrócił z pracy, usiadł przy stole, nalał sobie zupy. Ja stałam przy zlewie, plecami do niego.
- Andrzej - powiedziałam. - Czyj to był szalik w twoim samochodzie? Ten bordowy, na siedzeniu pasażera?
Cisza. Słyszałam, jak łyżka uderza o talerz. Raz. Potem nic.
- Jaki szalik? - zapytał głosem, który miał być lekki, a był suchy jak papier ścierny.
- Bordowy. Jedwabny. Ze złotym wzorem. Widziałam go dwa tygodnie temu, kiedy twój samochód stał pod „Wenecją". Tam, gdzie łapiesz te swoje płotki.
Odwróciłam się. Patrzył na mnie, i po raz pierwszy od trzydziestu dwóch lat nie potrafiłam odczytać wyrazu jego twarzy. Strach? Ulga? Wstyd? Wszystko naraz?
- Bożena - zaczął. - To nie jest tak, jak myślisz.
- A jak jest?
I wtedy mi powiedział. Że od pół roku spotyka się z kobietą. Że poznał ją na kursie komputerowym w bibliotece na Grochowie. Że ona ma na imię Lucyna, jest wdową, ma sześćdziesiąt lat i „rozumie go". Że nie planował, że to się „samo stało", że mnie kocha, ale „inaczej", i że nie wie, co dalej.
Słuchałam. Stałam przy zlewie, za plecami miałam mokre talerze, a w radiu grał cicho jakiś szlagier z lat osiemdziesiątych, bo zawsze włączałam radio przy zmywaniu. Andrzej mówił i mówił, a ja myślałam o tym, że trzydzieści dwa lata temu obiecał mi, że będziemy razem na dobre i na złe, i że teraz siedzi przede mną człowiek, który wybrał „inaczej" zamiast „razem".
Kiedy skończył, zapytałam tylko jedno:
- Czy chcesz odejść?
Pokręcił głową.
- Nie wiem, Bożena. Naprawdę nie wiem.
- To ja ci powiem, co wiem ja - powiedziałam. - Wiem, że dziś będziesz spał w pokoju Bartka. A ja rano zadzwonię do Kamila, żeby przyjechał w weekend. Bo takich rzeczy nie załatwia się nad talerzem zupy.
Wyszłam z kuchni. Zamknęłam za sobą drzwi sypialni. Usiadłam na łóżku - naszym łóżku, tym samym, które kupiliśmy razem na Okęciu w dziewięćdziesiątym trzecim, bo było na wyprzedaży - i przyłożyłam dłoń do piersi. Serce biło równo. Nie płakałam.
Dopiero potem, w ciemności, kiedy usłyszałam, jak Andrzej chodzi po korytarzu, szuka pościeli w szafie i cicho zamyka drzwi pokoju Bartka, poczułam, jak coś gorącego spływa mi po policzku. Jedna łza. Potem druga.
I pomyślałam: trzydzieści dwa lata. Dwa synów. Dom. Życie. I bordowy szalik na fotelu pasażera, który nie należy do mnie.
Leżałam w ciemności i nie wiedziałam, czy rano otworzę drzwi sypialni, żeby z nim porozmawiać - czy żeby podać mu walizkę.