Siostra przez 15 lat przyjeżdżała do mamy na święta z pustymi rękami. Kiedy mama umarła, pierwsza zapytała notariusza, czy testament jest „na pewno ważny". Mama przepisała jej wszystko.

Kiedy notariusz przeczytał to na głos, pomyślałam, że się przesłyszałam. Spojrzałam na Renatę - siedziała z wyprostowanymi plecami, ze splecionymi dłońmi, z twarzą tak spokojną, jakby ktoś właśnie potwierdził, że autobus przyjedzie zgodnie z rozkładem. A ja miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi podłogę spod nóg.

- Czy ten dokument jest na pewno ważny? - zapytała Renata, zanim ja w ogóle zdążyłam otworzyć usta. Nie do mnie. Do notariusza. Jakby mnie przy tym stole nie było.

Notariusz poprawił okulary i odpowiedział coś o formie aktu notarialnego, o dacie, o pełnej świadomości spadkodawczyni. Ja patrzyłam na siostrę i próbowałam zrozumieć, w którym momencie moje życie zaczęło wyglądać jak zły żart.

Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzydziestu pracuję jako księgowa w tej samej firmie budowlanej pod Poznaniem. Renata jest ode mnie młodsza o cztery lata. Wyjechała do Wrocławia, kiedy miała dwadzieścia trzy - za Dariuszem, chłopakiem poznanym na wakacjach w Łebie. Pobrali się szybko, potem równie szybko się rozwiedli, ale Renata we Wrocławiu została. Mama mówiła: „Przynajmniej jedno dziecko zobaczyło kawałek świata". Jakby Poznań to była wioska za lasem.

Przez te wszystkie lata to ja byłam przy mamie. Ja woziłam ją do lekarza na NFZ, ja stałam z nią w kolejce po skierowanie do kardiologa, ja podawałam jej krople do oczu trzy razy dziennie, kiedy przestała dobrze widzieć. To ja wymyślałam, co ugotować na niedzielny obiad, żeby było smacznie, ale bez soli, bo ciśnienie. To ja w listopadzie sprzątałam grób taty na cmentarzu, a potem jechałam do mamy na herbatę z cytryną i sernik z biedronkowej półki, bo jej własny sernik już nie wychodził, ale nie wolno jej było tego powiedzieć.

A Renata? Renata przyjeżdżała na Wigilię. Czasem na Wielkanoc. Wchodziła do mieszkania na osiedlu przy Szamotulskiej z torbą podróżną, w płaszczu pachnącym perfumami, które pewnie kosztowały więcej niż moja tygodniowa pensja. Całowała mamę w policzek. Siadała do stołu. Zjadała barszcz, uszka, rybę, makowiec. Potem mówiła: „Mamo, ale się najadłam, jak dawniej". Mama promieniała.

Nigdy nie przywoziła prezentów. Dosłownie - nigdy. Ani kwiatów, ani pudełka czekoladek, ani nawet tych głupich kart z życzeniami. Pierwszy rok pomyślałam, że zapomniała. Drugi, że nie ma pieniędzy po rozwodzie. Trzeci, piąty, dziesiąty - przestałam szukać wymówek. Renata po prostu przyjeżdżała z pustymi rękami i to jej wystarczało. A mamie najwyraźniej też.

Bo mama nigdy jej tego nie wypomniała. Ani razu. Za to mnie potrafiła powiedzieć: „Bożenka, ten sernik mógłby być trochę bardziej wilgotny" albo „Córeczko, może nie przyjeżdżaj w poniedziałek, bo Renata dzwoniła, że może wpadnie". Renatę traktowała jak gościa honorowego. Mnie jak mebel, który stoi i jest, i dobrze, że jest, ale nikt go nie zauważa, bo po prostu zawsze tam stał.

- Ty ją za bardzo rozpieszczasz, mamo - powiedziałam kiedyś, dawno temu, może z dziesięć lat temu, na Wszystkich Świętych. Stałyśmy przy grobie taty, było zimno, mama miała ten swój bordowy beret, który nosiła od lat.

Mama nawet na mnie nie spojrzała. Tylko powiedziała cicho: „Renatę trzeba kochać inaczej, bo Renata jest sama".

Ja też byłam sama. Mój Wojtek odszedł osiem lat temu - nie z domu, z tego świata. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do pogrzebu. Dzieci nie mieliśmy. Ale mama chyba uznała, że moja samotność jest lżejsza, bo mam pracę, koleżanki z biura i ją - mamę. Że Renata we Wrocławiu jest bardziej samotna. Może miała rację. Może nie. Już się nie dowiem.

Mama umarła w lutym, we wtorek. Spokojnie, we śnie, w swoim łóżku na Szamotulskiej. Znalazłam ją rano, kiedy przyjechałam ze śniadaniem - jak co wtorek i czwartek. Leżała na boku, z ręką pod poduszką, jakby po prostu zasnęła głębiej niż zwykle.

Renata przyjechała na pogrzeb następnego dnia. Płakała. Muszę jej to oddać - płakała naprawdę, nie na pokaz. Stała przy trumnie i trzymała się za brzuch, jakby ją coś bolało od środka. Potem usiadła w kościele w pierwszej ławce i nie ruszyła się przez całą mszę. Nawet na komunię nie podeszła.

Po pogrzebie, na stypie w restauracji przy rynku, Renata nie jadła. Kręciła łyżką w rosole i patrzyła w okno. „Nie zdążyłam" - powiedziała w pewnym momencie, do nikogo konkretnie. Nie zapytałam, z czym nie zdążyła. Nie chciałam wiedzieć.

Testament znalazłam tydzień później, w szufladzie maminej komody, pod stertą rachunków za prąd i starych dowodów wpłaty do ZUS-u. Biała koperta z logo kancelarii notarialnej. Zaadresowana do nas obu, do mnie i do Renaty. Zadzwoniłam do siostry. Umówiłyśmy się u notariusza w Poznaniu na piątek.

I wtedy usłyszałam to, co usłyszałam. Mieszkanie na Szamotulskiej, działka ROD na Strzeszynku, wszystkie oszczędności - dla Renaty. Dla mnie mama zostawiła meblościankę, kryształowy wazon, album ze zdjęciami i - cytuję - „wdzięczność za każdy dzień".

Renata wyszła z kancelarii pierwsza. Czekała na mnie na chodniku, z zapiętym płaszczem, z torebką przyciśniętą do boku.

- Bożena, ja nie wiedziałam - powiedziała.

- O czym nie wiedziałaś? - zapytałam.

- Że mama to tak napisała. Przysięgam ci.

Patrzyłam na nią i szukałam kłamstwa. W oczach, w rękach, w sposobie, w jaki stała. Ale widziałam tylko Renatę - moją młodszą siostrę, która zawsze była trochę zagubiona, trochę nieobecna, trochę za daleko od wszystkich. I nagle zrozumiałam, że mama nie zostawiła jej mieszkania dlatego, że mnie kochała mniej. Mama zostawiła jej mieszkanie, bo wiedziała, że Renata bez tego nie da sobie rady. A ja - dam.

To zrozumienie nie przyniosło ulgi. Przyniosło coś gorszego - poczucie, że całe życie byłam silna nie dlatego, że chciałam, ale dlatego, że nikt mi nie dał wyboru.

- Nie będę tego podważać - powiedziałam cicho.

Renata odetchnęła. Chyba po raz pierwszy od pogrzebu.

- Ale nie przyjeżdżaj do mnie na święta - dodałam. I poszłam do samochodu, nie oglądając się.

Siedzę teraz w kuchni, jest kwiecień, za oknem kwitną kasztany, a na stole leży album ze zdjęciami mamy. Na jednym zdjęciu mamy po cztery i osiem lat, stoimy przed blokiem na Szamotulskiej, mama trzyma nas za ręce. Renata się śmieje. Ja patrzę gdzieś w bok, poważna, jakbym już wtedy wiedziała, że to na mnie spadnie więcej.

Zastanawiam się, czy mama kiedykolwiek zobaczyła, ile mnie to wszystko kosztowało. I czy to, że mi nie powiedziała - było jej sposobem na miłość, czy po prostu przyzwyczajeniem.